środa, 22 maja 2013

Zachomikowani. Week 20. 365 Project,

133/365
Jak najlepiej uciszyć  dziecko i mieć je z głowy?
Albo jeśli jest jakiś problem i trzeba go jakoś przebić?
W "naszym" domu kupuje się zwierzaki.
Jak przyjechałam to były dwa psy, dwie świnki morskie i kot.
Stan:5
Potem hostka poszła po zakupy do spożywczego i jakimś cudem, tak po prostu wróciła z królikiem....
Stan: 6.
Następnie jeden pies zdechł, więc żeby się bilans zgadzał, natychmiast pojawił się nowy.
Stan: 6
Wtedy jedna ze świnek też się przeniosła do krainy wiecznej sałaty
Stan: 5.
No i dziś do ZOO dołączyło kolejne zwierzątko. Chomik.
Stan: 6.
Skąd się wziął chomik?
Młodemu się tak z dnia na dzień uwidziało, że go chce.
Jako swoje własne zwierzątko, które będzie trzymał u siebie w pokoju.
Chodził, marudził i stękał niesamowicie, więc hości stwierdzili, że mogą go trochę pomęczyć tzn, wszystko co miał Młody robić było na zasadzie:  jak nie zrobisz tego i tego, to nie dostaniesz chomika/ jak zjesz cały obiad, do dostaniesz chomika/ itp itd.
I tak przez 3 tygodnie aż do dziś.
Młody już 5 dni wcześniej miał wymyślone imię i nie mógł się doczekać kiedy go u siebie w pokoju postawi.
I tym sposobem trafił do nas Chewy.
Jak na chomika jest wielki.
Na dodatek Młody napakował mu  do klatki tyle rzeczy do biegania i rozrywki, że to biedne zwierzątko nie ma się jak obrócić.
Plus te wszystkie tuby, tunele, które kupili są za małe dla tego rodzaju chomika więc nie ma szans, żeby prw nich biegał.
Największe jajca były w nocy.
Siedzę w swoim pokoju i mam otwarte drzwi, żeby Sierściuch sobie wchodził i wychodził.
A tu nagle kocur wpada i biega po pokoju w kółko i widze, że coś goni i na coś poluje.
Wzięłam kapcia-mordercę, bo byłam przekonana, że goni albo jakiegoś szczura albo tarantulkę...
Dzielnie się czaję a tam.... CHOMIK!!
Nawiał z klatki!
Nie mam pojęcia jak!
I kotek mój kochany przegonił gryzonia przez całe piętro, prosto do mojego pokoju...
A miał tyle drzwi po drodze pootwieranych i mógł go na schody też zagonić, ale nie.
Przyprowadził go do mnie do pokoju.
Na szczęście nie w pysku, tak jak to ma w zwyczaju przynosić skarpetki pod moje drzwi :)
Więc złapałam zbiega i zaniosłam do klatki.
W sumie gdybym go nie zauważyła to myślę, że było by po chomiku.
Hostki nie było w tym czasie, więc jak wróciła to jej mówię co się stało i, że uratowałam Chewy'ego,
a ona tylko " oh takie to śmieszne zwierzątko jest..."
Nawet nie powiedziała dziękuję...





134/365
Ostanio mega dużo pracuję wieczorami.
Zwłaszcza we wtorki, bo hostka jeździ na swoje parenting class- jak być dobrym rodzicem.
Po tym jak zachowuje się w domu stwierdzam, że jeździ tam tylko, żeby uspokoić swoje własne sumienie.
Bo zamiast spędzać 4 godziny na takim kursie, mogłaby po prostu dla odmiany zająć się dziećmi.
Które w tym czasie spragnione przytulania leżą o tak na swojej niani zamiast na rodzicach:



Leżeli tak na mnie dwie godziny.
Gadaliśmy sobie na różne tematy, oglądaliśmy " The Voice" plus obowiązkowo drapanie po plecach i przytulanie:) 
Jak już pisałam na facebooku: ona chodzi na te mega drogie zajęcia, gdzie jej mówią co ma dać dzieciom.
A ja jej to mogę powiedzieć za darmo: dać im miłość i swój czas.
I za to kocham Moją Mamę :)


135/365
Rada dla wyjeżdżających do USA: nie przywoźcie ze sobą dużo rzeczy!
Ameryka to kraj przecen.
Wszędzie. Ciągle. Wszystko.
Na początku rzucałam się na każdą przecenioną rzecz, bo nie wierzyłam, że coś może być tak tanie i na pewno zaraz tą cenę zlikwidują.
Błąd.
Wyprzedaże są non stop, w każdym sklepie.
Dzielą się tylko na duże i na mega duże.
Można się ubrać na prawdę porządnie, w markowe rzeczy za małe pieniądze.
Ja osobiście markowych nie szukam, bo nie istnieje dla mnie coś takiego jak metka.
Nie widzię różnicy w trampkach Converse a trampkach, które mam od 5 lat kupionych za 10 zł na hali targowej w Gdyni.
Mój Sioster twierdzi inaczej i ciągle się o to sprzeczamy:P
Więc ja sobie chodzę w tych moich ruskich trampkach a jej wysyłam z USA torebeczki z Victorii Secret, trampki Converse i inne " metkowce" :)
Ja się zadawalam rzeczami z przecen np takich jak ta:


0,47 $ za koszulkę.
To się nazywa przecena prawda?
Tylko trzeba być cierpliwym i zaglądać co jakiś czas do sklepów.
Mnie znajoma nauczyła kupować na przecenach tak, że gdy widzę t-shirt za 10 $ to uważam, że to za dużo i czekam aż spadnie do 5-7 $.
Żadna koszulka, którą tu kupiłam nie kosztowała więcej niż 10$.
Kurtki zimowe kupiłam w markowych sklepach na przecenach na wiosnę: obie przecenione z ponad 200$ na 14$ i 20$.
Torebki: max 10$.
Spodnie: żadne nie przekroczyły 15$.
Bielizna  z VS: co pół roku robią przeceny gdzie można kupić gatki za 3$ i staniki za 15-20$
Jedyna rzecz na której nie oszczędzam to buty.
Tzn zawsze szukam dobrej promocji, ale jestem w stanie zapłacić trochę więcej, jeżeli leżą idealnie.
Więc w USA zdecydowanie najdroższym zakupem były adidasy: jedne za 50$ -zasuwam w nich 2 lata codziennie i ostatnio za 35$ też adidasy takie do biegania ( które okazało się w Polandii kosztują ok 300zł! a ja je kupiłam za ok 120...).
Więc na prawdę szczerze i dobrze wam radzę: nie brać za dużo ciuchów, butów, torebek!
Ja  w PL nie cierpiałam chodzić po sklepach, a tu to sama przyjemność :)
Więc ktoś, kto lubi shopping z natury, będzie się czuł tu jak w raju.


136/365
Młoda zaczyna bardzo przeżywać mój wyjazd...
Ponieważ jest nieśmiała, skryta i nie lubi otwarcie mówić co czuje to wyraża się za pomocą piosenek.
Każdą, którą śpiewamy przerabia na coś z ANIA w tekście.
Dziś zabrała się za  Bruno Marsa " Just the way you are"
Chodzi, wymyśla i śpiewa non stop.
Przerobiła m.in " Hey there Delilah" , " The lion sleeps tonight" i wiele wiele innych.
Do każdego kawałka jest też odpowiednia choreografia i strój.
Czasami aż chce mi się płakać jak mi tak śpiewa...
To musi być straszne dla dzieci, że mają kogoś, kto spędza z nimi całe dnie, wychowuje ich, oni się przywiązują, ufają i bach.
Koniec.
Nowa niania.
Po roku bach- kolejna.
I co chwilę mają kogoś nowego, kto wprowadza swoje własne zasady, muszą się na nowo ze sobą poznawać i jak już  coś zacznie między nimi "klikać" - bach, nowa niania.
Dorosłym jest ciężko tak się przestwiać,  a co dopiero dzieciom!






137/365
Lubię piątki.
Nie tylko ze względu na to, że jest to ostani dzień pracy.
Od jakiś dwóch miesięcy robię gremlinkom Ania's Crazy Friday.
Tzn po szkole robimy coś szalonego, albo organizuję playdates w parku, albo idziemy na kręgle.
Plus zawsze mamy coś słodkiego: idziemy na frozen yogurt/prawdziwe lody/gigantyczne smoothie itp.
I parę razy byliśmy na lunchu w jakimś innym miejscu niż organiczna pizza albo burrito.
Dzisiaj, ponieważ do końca zostało mi juz nie wiele i nie mam nic do stracenia, i nie obchodzi mnie co hości mi nagadają, zaciągnęłam dzieciaki do miejsca,  gdzie mogły zjeść coś o czym zawsze marzyły.
Zabrałam ich do naleśnikarni, gdzie zamówili sobie gigantyczne naleśniki wypełnione truskawkami i NUTELLĄ, której nazwy nawet nie można wymawiać  w domu, bo hostce się cukier do samego słuchania podnosi :P
Do tego posypane cukrem pudrem,polane czekoladą plus bita śmietana.
Nigdy nie zapomnę miny Młodego, kiedy kelner przyniósł jego nalesnik i postawił go przed nim.
Młody złapał widelec i  trzymając go w powietrzu, przez kilkanaście sekund z wieeeelkiem wytrzeszczem gapił się na talerz!
Jego uśmiech był tak niesamowity i biło z niego takie szczęście, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałam.
Młoda tak samo.
Po całej chwili tego zamarcia rzucili się na te naleśniki i w kilka minut nie było po nich śladu.
Młody dokończył jeszcze naleśnika koleżanki ze szkoły, która miała z nami playdate.
Był cały umorusany czekoladą i oczy miał nadal jak pięciozłotówki.
Jak szliśmy potem do parku to całą drogę mnie trzymał za rękę i grzecznie szedł.
Ileż to można radości sprawić zwykłym naleśnikiem z nutellą :)





138/365
Od momentu kiedy kupili Mini Van, czyli od stycznia, panują nowe zasady dot używania przeze mnie auta.
Jeżeli przykładowo chce sobie w sobotę pojechać do sklepu po waciki, na lunch, czy gdziekolwiek, to muszę o tym ich poinformować mailowo do max czwartku.
Muszę też napisać gdzie chcę jechać, gdzie będzie samochód  i ile mil od domu jadę.
Zdarzyło mi się pary razy, że wyskoczyło mi coś niespodziewanego  w sobote, i dowiedziałam się o tym dopiero w piątek wieczorem, to gdy pisałam maila do hosta, zawsze w odpowiedzi dostawałam, że on się czuje zdezorientowany, i że muszę z wyprzedzeniem takie rzeczy mówić, bo on sobie musi zaplanować jakim autem akurat będzie miał ochotę zawieźć Młodego na kung fu.
Bo jak tłumaczył przecież może się zdarzyć, że on i hostka będa potrzebować wszystkich trzech aut....
Tak-ich dwójka musi mieć trzy auta.
Bo chyba hosta wielkie rozbuchane EGO musi  jechać osobnym autem, bo z nim to się raczej w jednym nie zmieści...
I od kiedy mamy Mini Van, okazało się, że on nie może już pojechać do sklepu po zakupy jego BMW, tylko musi MiniVanem.
Mimo, że jedzie np tylko on i Młody.
Na dodatek moje maile nie mogą brzmieć: potrzebuję auto na weekend, które mogę wziąć? dziękuję.
Jak to powiedział na naszej rozmowie z LC (kiedy to prawie chciał mnie wyrzucić z domu): maile muszą mieć formę uprzejmie proszącą, niezakładającą, że samochód dostanę, ponieważ jest to przywilej i jeśli on stwierdzi, że ma takie widzimisię, że potrzebuje auta to mam sobie sama jakoś poradzić.
Więc moje prosby o auto brzmią tak: " chciałabym w sobotę pojechać po waciki i na lunch z koleżanką o godzinie XXXX. Będę w okolicach Walnut Creek cały dzień. Czy jest możliwe, żebym wzięła jeden z samochodów? Z góry dziękuję, Ania" lub " chciałabym pojechać w niedzielę popływać z delfinami, to wesołe miasteczko jest oddalone o 35 mil od domu, czy jest szansa, że mogłabym dostać jedno z aut? Samochód będzie zaparkowany na parkingu w parku"
Po 1,5 roku chodzenia jak w zegarku, gdzie nic nigdy nie zrobiłam z samochodem, nie wróciłam nie wiadomo kiedy itp muszę się teraz płaszczyć za każdym razem jak chcę wyjśc z domu w weekend.
W kraju gdzie bez auta ani rusz!
Z tego naszego zadupia nawet na rowerze nie zjadę do sklepu, ani nie dojdę na piechotę, a taxi kosztuje 25$.
Gdybym taką akcje miała od początku to szybko bym podziękowała.
Więc taka rada dla wybierających się jako au pair: dopytajcie się baaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo szczegółowo jak będzie wyglądała sytuacja z autem.
Kiedy możecie używać, ile, czy sa limity na odgległości, czy są miejsca w które hości nie chcą żebyście jeździli ( w moich okolicach popularny jest zakaz jeżdżenia do San Francisco autem, ale to akurat popieram w 100% :P byłam w SF autem dwa razy- myślałam, że zejdę na zawał. )
Nie liczcie na autobusy.
Tu nie istnieje komunikacja miejska.
Zwłaszcza w okolicach SF/East Bay.
Autobusy są tylko w centrum SF.
Większość przedmieść jest tak położona, że nie ma szans dojechać gdzieś na rowerze.
Tylko samochód wchodzi w grę.
Tak więc jeszcze raz powiem jasno i wyraźnie: dopytać się dokładnie o auto!
I nie słuchać hostów, jak powiedzą, że oczywiście jak tylko będziecie potrzebowali gdzieś pojechać to was podrzucą, odbiorą i ach och.
Może raz czy dwa to zrobią.
Ale wy będziecie chcieli wychodzić, zwiedzać, spotykać się co chwilę ze znajomymi a oni nie będą robić za waszych szoferów i was ciągle odbierać.
Zresztą wam też będzie głupio tak za każdym razem ich o to prosić.
Ja się muszę teraz co weekend płaszczyć przed hostem i stresować co on znowy wymyśli, i jaki samochód mu będzie akurat pasował do humoru.
I potem dostaję takie smsy.
Wszystkie w ciągu 2 minut:



Prawda, że można oszaleć?
Zamiast powiedzieć, że ok cały weekend używasz ten i tan a my tamten, albo my w sobotę bierzemy mini van to weź sobie bmw, to on robi loterię i co chwilę zmienia zdanie...

139/365
Dziś siedziałam cały dzień w domu.
Robiłam porządki, wyrzucałam rzeczy, bo za tydzień pakuję się już tak wyprowadzkowo.
Na dworze były 32 C, więc jak wszyscy sobie wyszli to skorzystałam z okazji i poszłam się poopalać na balkon.
Potem zachciało mi się poleżeć na brzuchu, ale niestety cały taras był obsikany przez psy, którym nie chce się schodzić na dół pod balkon, więc nie było jak się położyć.
Więc wykorzystałam stół, który stoi na tarasie od roku a i tak nikt na nim nie je i nikt go nie używa.
Nakładałam ręczników, koców i się wywaliłam.
A co!






niedziela, 19 maja 2013

Travel Month Road Trip. The Big Plan!

Już za miesiąc Big Trip.
A konkretniej Road Trip.
Może parę liczb na początek:
1 auto
2 baby
2 chłopów
2 kaniony: Grand Canyon, Antelope Canyon
5 parków narodowych: Redwoods, Arches, Monument, Yellowstone, Mesa Verde ( a kto wie czy nie będzie ich więcej :) )
9 stanów: California, Nevada, Utah, Arizona, New Mexico, Colorado, Wyoming, Idaho, Oregon
11 dni w trasie (niestety tylko tyle, bo chłopaki mają ograniczony urlop)
ok 4000 mil= ok 6500km.  i jest to liczba bardzo szacunkowa, bo wiadomo, że będziemy zjeżdżać tu i ówdzie, więc ile wyjdzie dokładnie dowiemy się na końcu:)





A teraz plan wycieczki w skrócie.:

PONIEDZIAŁEK 17.06:
Z samego rana wyjedziemy z SF i naszym pierwszym przystankiem będzie Los Angeles.
Patrycja i ja byłyśmy już tam, ale nie udało nam się wejść na Hollywood Sign i do Griffith Observatory z pięknym widokiem na całe LA.
Tam nocujemy i z samego rana jedziemy do Las Vegas.





WTOREK 18.06:
 Ponieważ będziemy w LV już w południe to po zostawieniu rzeczy jedziemy zobaczyć Hoover Dam:




Potem wracamy i idziemy poszaleć w Vegas :)
Hotel mamy rewelacyjny: nazywa się Circus Circus i ma w środku rollercoaster i wesołe miasteczko!!!
Niesety nie będzie "party hard", bo z samego rana jedziemy dalej.


 



ŚRODA 19.06:
Pobudka o 6.00 i celujemy w Grand Canyon West Rim.
Jest to zupełnie po innej stronie niż byłam poprzenido.
Więc cieszę się, że zobaczę to cudo z dwóch różnych miejsc.
Tym razem jedziemy w okolice słynnego Skywalk:
Połazimy sobie po Kanionie, pozachwycamy się i śmigamy popołudniu do Page w Arizonie.




CZWARTEK 20.06:
Dziś będzie mega szalony dzień i najbardziej napakowany.
Page, AZ. W tym miasteczku nocowałam podczas porzedniego road tripu.
Jest świetnie położone, bo w okolicy jest  Antelope Canyon, Lake Powell i Horseshoe Bend, który już opisywałam wcześniej.
PannaAnna na krawędzi:



Jedziemy również do Antelope Canyon.
Z tym, że ja byłam poprzednio w  Upper a teraz pojedziemy do Lower.
W  Upper chodzi się po dnie, ogląda ściany, przechodzi tunel i jesteśmy done, a w Lower wchodzi się z góry i zwiedza kanion zasuwając po drabinach :)



Potem znowu hop w auto i jedziemy do Monument Valley National Park.
Na pewno kojarzycie widoczki z wielu westernów, czy filmów gdzie ktoś ucieka przez pustkowia :P






Tam zatrzymamy się pewnie tylko na chwilę, porobić zdjęcia i  odpocząć.
Nasza trasa przebiega wzdłuż MVNP, więc napatrzymy się do woli, a musimy prędziutko dojechać do  Four Corners Monument.
Znalazłam to cudo wgapiając się w mapę i pomyślałam: tam na pewno jest miejsce gdzie można stanąć...
Co to jest Four Corners Monument? 
Jest to jedyne miejsce na terenie USA, gdzie granice stanów krzyżują się pod kątem prostym: Utah, Colorado, New Mexico i Arizona.
Można przyjąć odpowiednią, wygiętą pogiętą pozycję i tym sposobem być w czterech miejscach jednocześnie.
Schizofrenia gwarantowana :)
Jak już się odschizofrenujemy to jedziemy do Cortez w Colorado gdzie śpimy.





 



PIĄTEK 21.06:
Miasteczko Cortez jes położone najbliżej Mesa Verde National Park, który też znalazłam przez przypadek i stwierdziłam, że warto by to zobaczyć.
Główną atrakcją parku jest miasteczko Indian powstałe w okresie między VI a XIV wiekiem naszej ery i zbudowane w ścianie kanionu. 
Robi wrażnie prawda?


Po tym parku śmigamy  w kierunku Salt Lake City, po drodze stając w Arches National Park.






SOBOTA 22.06:
Salt Lake City było tylko przystankiem na mega długiej trasie z Cortez do Yellowstone Park.
Z samego SLC do Parku jet 7 h jazdy, więc jak dojedziemy to będziemy mieli spokojnie czas, żeby odetchnąć przed resztą trasy.
W Yellowstone mamy dwa noclegi, bo był to nasz główny cel, no i nie da się zobaczyć tego parku mając jeden krótki dzień.
Salt Lake City:




NIEDZIELA 23.06:
Calutki dzień przełazimy po Yellowstone.
W planie: Old Faithfull Geyser, Grand Prismatic Spring i bizony :)






PONIEDZIAŁEK 24.06:
Jedziemy z Yellowstone w kierunku Portland w Oregonie, jednak jest to tak daleko, że zatrzymujemy się w Boise, Idaho.
Jestem jeszcze na etapie szukania co tam po drodze warto zobaczyć.
Myślę, że po prostu będziemy się rozkoszować widokami i może uda się w jakiś dzikich rzekach czy jeziorach popływać :)




WTOREK 25.06:
8 godzinna jazda do Portland.... Tam pochodzimy po mieście i zobaczymy gdzie kończy się słynny Oregon Trail, o którym każde amerykańskie dziecko musi wiedzieć.
Oregon Trail to nazwa jednego z najważniejszych kierunków migracji osadników na zachód Stanów Zjednoczonych.
Pionierzy "Dzikiego Zachodu" podróżowali tym szlakiem krytymi wozami w XIX w., rozpoczynając liczącą około 3000 km podróż z St. Louis.
Dzisiejsze drogi krajowe w USA na tamtych terenach biegną w dużej mierze dokładnie po dawnym szlaku, lub w jego bliskim sąsiedztwie (np. autostrada 86W w Idaho).


 

ŚRODA 26.06:
 Już bliżej niż dalej do SF :)
Z Portland jedziemy do Crescent City, CA gdzie mamy nocleg.
Po drodze będziemy enjoyować się widokiem oceanu i stawać gdzie nam się będzie podobało :)

CZWARTEK 27.06:
Miasteczko Crescent City wybrałam, bo jest najbliżej do Redwoods National Park, w którym rosną sekwoje.
Jest tam  najwyższe drzewo świata, o wysokości 115,55 metra.





Kiedy już napatrzymy się na te giganty jedziemy do SF, po drodze zahaczając jeszcze o parę miejsce m.in Fort Bragg, Ca gdzie jest słynna Glass Beach.
Jest to plaża, na której jest pełno "wyślizganego" szkła, które ludzie wrzucali ze śmieciami do oceanu.



I tak nasza trasa dobiegnie końca....
W SF będziemy pewnie w nocy.
Wykończeni  i niesamowicie szczęśliwi :)
O ile się po drodze nie pozabijamy... :P


BON VOYAGE!!! :)



środa, 15 maja 2013

Week 19. 365 Project.

126/365
Dokładnie za miesiąc o tej porze będę wolnym człowiekem.
Koniec z robieniem lunchboxów, z odrabianiem lekcji, byciem na każde zawołanie i użeraniem się z hostami.
Ahhhh.
Błogie lenistwo nadchodzi.
Póki co, dzisiejszy dzień był mega nudny i monotonny.
Z nudów odkryłam po co jest szufladka w aucie... na frytki.
Zdecydowanie.
Pasują tam idealnie.






127/365
Dziś miałam dzieciaki do nocy, bo hostka pojechała na zajęcia jak być dobrym rodzicem.
Host był w domu o 23.00, bo mu się  "pomyliło", że hostka mówiła, że ona wróci na 20.00, a nie, że zaczyna te klasy o 20.00.
Więc miałam fajny dzień z dzieciakami, robiliśmy co tylko mieli ochotę, nikt z rodziców ich nie poganiał a i tak wszystko było zrobione.
Po kolacji włączyliśmy sobie American Idol na Wii i darliśmy się w niebogłosy.
Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej... albo bardzo źle jak Ania.
Nie szkodzi.
Bawiliśmy się świetnie i brzuchy nas bolały od śmiechu :)




128/365
W sobotę wysłam kolejne paczki do Polski.
Dlatego dziś spakowałam dwa kartony pełne ciuchów i butów.
Jak tak patrzyłam na te pudła to wydawało mi się, że one takie wielkie są, tyle się w nich zmieści a tu włożyłam kalosze, parę trampek, trochę tshirtów i już nie ma miejsca na połowę tego co tam miałam wpakować...
Tak czy inaczej teraz powinnam się już zmieścić w dwie walizki, które mam.
Dwie- bo jedną bedę musiała i tak dokupić jako extra bagaż.





129/365
Oglądam ostatnio non stop Hawaii Five O- serial kriminalny, którego akcja dzieje się- jak nazwa sama wskazuje-na Hawajach  :P
Poza wpatrywaniem się jak głupie ciele w głównego aktora: Alex'a O'Loughlin'a, zmotywował mnie ten serial do ruszenia dupska i popracowania nad moją kondycją.
Oni tam ciągle biegają, skaczą i głupio mi się zrobiło, że taka młodam i leniwam.
Męczyłam się od samego patrzenia jak oni zasuwają.
I ja się wybieram na mega road trip, a w przyszłości być może i do Australii a tu z czym do ludzi...no z czym....
Więc jak już wspomniałam we wcześniejszych postach chodziłam przez 2 miesiące na siłownię, a potem zaczęłam codziennie dreptać po moich wzgórzach  ok 5km
Plus wróciłam na zumbę i dzielnie zumbuję 4x w tyg.
Diet, żadnych nie uznaję.
Kocham jeść.
Jak mam na coś ochotę to jem i już.
Bo nie chcę schudnąć.
Chcę poprawić zerową a wręcz minusową kondycję.
Więc zagoniłam dziś mojego wewnętrznego leniwca do wysiłku i jak Młody miał mecz basball'owy przez 1,5 h, to w tym czasie odziałam się godnie, jak na sportowca kalifornijskiego przystało, i poszłam "pobiegać".
W cudzysłowie, bo nie było to  dokładnie biegnięcie a megaaaa szybki marsz przez ok 7km
Biegłam tylko z górki :P
I biegłam na odcinku, który był przy boisku, na którym grali.
Płot był mega długi, a ja dumna, wyprostowana biegnę i udaję, że kicam lekko jak sarenka.
Jak dobiegłam do końca do myślałam, że umrę....
Puls: milionpięćset, nogi jak galaretki, mięśnie mi drżały jak szalone.
Sarenka zmieniła się w hipopotama na lekcjach baletu.
Ale co tam! I tak byłam z siebie dumna!
A tu jedyne zdjęcie, które zrobiłam tego dnia.
Niestety w stylu " słitaśna focia w lustrze łazienki" z tym, że łazienki i lustra nie było to będzie "słit focia w szybie samochodu".



130/365
Dziś Młoda miała przedstawienie w szkole, na które oczywiście poszłam.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie porobiła Młodej i jej koleżankom głupich min...
Więc siedziałam na widowni i jej rozśmieszałam.
Chichrały się jak szalone.
Potem w ramach nagrody za super show zabrałam oba gremlinki na frozen yogurt.
Dziś znowu pracowałam do 23.00 więc po lodach i po kolejnym meczu Młodego, spełniałam ich wszystkie zachcianki dot wyboru kolacji.
I tak z Młodą poszłam na chińszyznę, a po odebraniu Młodego z nim na pizzę.
W domu oglądaliśmy film, bo w piątki zawsze jest movie night.
Na koniec  przyniosłam moje zachomikowane gigantyczne pudełko z lodami i trzy łyżeczki wbite bezpośrednio w lody.
Aż im oczy wyszły  z orbit.
-no bowls?????
-no bowls!! thats Ania's-friday-movie-night-relax-style :)
-wowwww.
-do you know why we're eating like this?
-CUS YOU'RE AWESOMEEEEE!!!!
-yes, yes i am.

Obsiedli mnie z obu stron i razem tacy przytuleni wyżeraliśmy lody prosto z pudełka.
Frajdę mieli niesamowitą.
Potem grzecznie dokończyliśmy film, mówię idziemy lulu i oni truptają do pokoi, gaszą światła, śpią.
W 5 minut jest cisza.
A hostka nie może ich czasem przez godzinę zagonić do łóżek i jeszcze mi wmawia, że Młody ma sugar rush, bo wczoraj zjadł pół ciasteczka i po cukrze robi sie nie do opanowania i nadaktywny.
Jak długo go karmię cukierkami to nigdy przy mnie nie miał, żadnej szajby z powodu cukru.
Ciągle mu powtarza, że on wariuje od cukru, więc Młody sam w to zaczął wierzyć.
Myślę, że ona i Mickiewiczowi by dysleksje wmówiła....
Dzień był super udany, bo hostów nie widziałam przez cały czas i miałam dzieciaki tylko dla siebie.
Nikt nas nie poganiał, nikt nas nie stresował i robiliśmy wszystko w naszym tempie.
Takie dni lubię :)




131/365
Dziś pojechałam z Patrycją zawieźć nasze paczki w miejsce zbiórki, z którego firma kurierska wysyła je do Polandii.
Potem wróciłyśmy do mnie i zaczęłyśmy bookować hotele na nasz road trip.
Po 5 godzinach sprawdzania, bookownia, obliczania mil, godzin, minut udało nam się wszystko zaplanować.
W następnym poście opiszę co i jak, a przede wszystkim gdzie będziemy.
Kot oczywiście sam się uwzględnił w tych planach...




132/365
Miał być ap meeting a nie było.
Bo PannaAnna i Patrycja niezależnie od siebie stwierdziły, że ten meeting jest dziś, czyli w niedzielę, a niestety nie był.
Był wczoraj.
Więc jako, że już byłyśmy w SF to postanowiłyśmy się przejść.
Gdzie nas nogi poniosą.
Powoli bez pośpiechu.
Doszłyśmy do włoskiej dzielnicy, gdzie zjadłyśmy lunch w iście burżujskim stylu, wypiły cappuccino, i dalej włóczyłyśmy się między domami.
I tak przez 3 godz.
Potem wyciągnęłam Patrycję na ulicę Lecha Wałęsy, która jest dwie przecznice od City Hall.
I tu miałyśmy niespodziewane spotkanie...
Otóż parę dni wcześniej Magda, czytelniczka bloga napisała do mnie, że wpada na chwilę do SF i czy może się spotkamy.
Niestety nam się to nie udało.
Przynajmniej nie celowo....
Idziemy z Patrycją na przejściu dla pieszych przy ratuszu i gadamy.
Przeszłyśmy na drugą stronę a tu nagle słyszę jak ktoś krzyczy coś co brzmi jak ANIAAAaaaaaa ,ANKAAAAAAAA!!!!!.
Ja głucha na dwa ucha, ale odruchowo się odwróciłam zobaczyć, kto gdzie krzyczy.
A tam po drugiej stronie pasów dwie dziewczyny stoją się śmieją i machają do nas.
Od razu rozpoznałam Magdę z jej zdjęcia na facebooku!
Zaczęłyśmy się wszystkie histerycznie śmiać z tego zbiegu okoliczności.
Dziewczyny powiedziały, że minęłyśmy się na pasach i one usłyszały, że ja gadam z Patrycją po polsku  i szybko połączyły fakty, że ja to ta Anka z bloga, więc zaczęły krzyczeć, żeby nas zatrzymać..
Takie wielkie miasto!
Tyle ulic!
No i zupełnie przypadkowo trafiłyśmy w okolice ratuszu i akurat na siebie trafiliśmy!
Jaki ten świat jest jednak mały.
Szkoda, że na Kevina Costnera nie mogłabym tak wpaść... ;)
Tak więc pozdrawiam Magdę i może następnym razem spotkamy się gdzieś na dłużej niż przebiegając po pasach :P



środa, 8 maja 2013

Week 18. Jump! 365 Project.


119/365
Temperatura nie odpuszcza. 
Kolejny dzień jest po 35 stopni. 
Nie ma czym oddychać i w wiadomościach trąbią o pożarach w LA i proszą, żeby uważać i zgłaszać każde najmniejszy zauważony płomyczek. 
 Jako, że mój 3 miesięczyny karnet na gym już wygasł to zaczęłam chodzić na spacery wieczorami, jak już słonko trochę zajdzie i można oddychać.
Zabieram ze sobą psa, bo nie chce sama chodzić a z tym szczekaczem jest śmieszniej.
Niestety przez położenie naszego domu na górze, mam bardzo graniczone chodzenie.
Więc robię szybkim tempem kółko z jednego końca ulicy do drugiego- czyli jakieś 3 mile,czyli ok 5 km






120/365 
Kolejny dzień mega gorąco.
Dzieciaki wróciły ze szkoły mega padnięte, ale jakoś udało mi się je zagonić do zadań domowych.
Za to potem już nie mieliśmy siły na nic i po prostu leżeliśmy na kanapie i oglądaliśmy kreskówkę
"Phineas and Ferb".
Hostka coś tam brzęczała, że nie mamy siedzieć przed pudłem i próbowała zabrać nam pilota, ale dzieciaki tak marudziły i turlały się ze zmęczenia po podłodze, że odpuściła.






121/365
Dzisiaj mieliśmy w domu gościa, na którego czeka każde dziecko w klasie Młodego.
Gość nazywa się  Clifford.
Jest to wielki, czerwony, pies, który jest bohaterem bajek i każde amerykańskie dziecię go uwielbia.
Można by go porównać do naszego, poczciwego Reksia. 
Sprawa z Cliffordem ma się tak, że trafia on do każego w klasie na jeden dzień.
W tym czasie dzieciak musi zrobić parę zdjęć podczas czynności, w których pies brał udział, np. mecz basball'u, budowanie Lego, czytanie książek itp.
I potem musi wkleić zdjęcia do specjalnego zeszytu i ładnie to opisać.
W ten sposób powstaje Clifford's Diary.
Na koniec roku jedno z dzieci może zabrać Clifforda i jego pamiętnik na zawsze do domu.
Młody niesamowicie przeżywa kiedy on trafia na jeden dzień do nas.
Kombinujemy wtedy ile wlezie gdzie zrobić Cliffordowi zdjęcie, żeby było mega orginalnie.
Psiakowy, szkolny zestaw wygląda tak:



122/365
Młody miał dziś mecz baseball'u i mimo, że i hostka i host byli w domu, to żadne nie poszło mu kibicować.
Host siedział i oglądał filmiki na YouTubie, a ona zmywała.
Tak mi się zrobiło szkoda Młodego, że siedziałam cały mecz i mu kibicowałam.
Za każdym razem jak trafił w piłkę sprawdzał czy widziałam i jak reaguję.
Po meczu mnie wypytywał " did you see that?? Did you see my catch??? Did you see how fast my ball go??"
Dla niego to jest bardzo ważne, żeby ktoś był z nim w czasie meczu.
Bo co innego treningi.
Zwłaszcza, że mecz  zaczyna się o 17.00, to myślę, że mogli by znaleźć raz w tygodniu czas...



123/365
Dziś pojechałam zawieźć koleżankę na laserową korektę wzroku.
Pozbyła się okularów raz na zawsze.
Naśmiejszniejsze było to, że okulista miał na imię Hilary...
Tak. Hilary.
Cała procerdura trwała może z 10 minut.
A ja miałam niesamowitą frajdę, bo pozwolili mi siedzieć koło koleżanki podczas zabiegu i mogłam wszystko oglądać na telewizorze.
Było widać mega dokładnie co lekarz robił, jak ciął oko, "laserował" itp.
Dla większości z was pewnie byłoby to obrzydliwe, ale ja mam jakąś taką ciekawość, że chce wszystko zobaczyć, wszystko mnie interesuje i absolutnie nie ruszają mnie takie rzeczy.
Za to obrzydza mnie jak Młoda całuje psa-boksera, prosto w pysk i pozwala się mu lizać po twarzy.
Fuu , fuuu, fuuuu.
Ale pokroić oko i naprawić laserowo wzrok- chętnię spojrzę.
Zdjęcie jest z pokoju, w którym ją przygotowywano. bo na sali zdjęć nie robiłam, gdyż ponieważ byłam zbyt zapatrzona w całą procedurę dłubania w oczach.





124/365
Myślę, że wszyscy już wiedzą co AnkaSkanka robiła w sobotę :)
Jedynie wyjaśnię, co ja na tym zdjęciu pokazuję rękoma.
Otóż jest to hawajski gest "hang loose".
Wystawiony kciuk i najmniejszy palec.
Czyli po prostu wyluzuj, bądź szczęśliwy.
Live Aloha.

"Rdzenni mieszkańcy Hawajów używają"hang loose" w celu przekazania tzw. "energii aloha", gestu przyjaźni i zrozumienia pomiędzy poszczególnymi grupami etnicznymi, znajdującymi się na Hawajach. Z tego powodu także gest ten nie ma bezpośredniego odpowiednika w dosłownym tłumaczeniu. 
W zależności od kontekstu, w jakim używany jest ów gest, może on oznaczać także: "dziękuję", "cześć", "jak się masz" etc.
 Może oznaczać także "wyluzuj", "witaj", "żegnaj", "trzymaj się" lub "w porządku", przy czym konkretne znaczenie gestu zależy także od kontekstu w jakim został on użyty." (Wikipedia)



125/365
Dziś byłam na Pierwszej Komuni Świętej synka znajomej.
Była to też moja pierwsza msza w kościele amerykańskim.
W Polsce do kościoła nie chodzę. 
Nie jestem zagorzałą ateistką czy  niewierzącą, tylko po prostu nie zgadzam się z jego formą, z tym co się w nim dzieje i przekazem ze strony księży.
Ale jeżeli wiem, że dla kogoś mi bliskiego,ważna jest moja obecność na mszy, to idę i zawsze wysłucham co tam księża mają do powiedzenia.
I tak właśnie trafiłam na katolicką mszę po angielsku.
Wszystko odbyło się bardzo skromnie, bez wydawania nie wiadomo ile pieniędzy na wystrój kościoła, szarfy, bibułki itp.
Każde z dzieci siedziało przez cały czas z rodziną.
Msza była jak zwykła msza, z tą różnicą, że w połowie ksiądz wyszedł na środek i rozmawiał z dziećmi i rodzinami, zadawał pytania
Dzieci Komunię przyjęły razem z resztą ludzi plus dostały jeszcze do wypicia trochę wina mszalnego.
Nie można było też absolutnie robić zdjęć czy filmować w trakcie mszy, co było świetny posunięciem, bo dzięki temu rodzice nie biegali jak szaleni po ołtarzu, żeby złapać dobre ujęcie.
Dopiero na samym końcu dzieci stanęły całą grupą przed ołtarzem i "paparazzi" mieli 5 minut na zdjęcia.
A jak wygląda amerykańska msza?
Prawie identycznie jak polska.
Wszystkie teksty modlitw były wyświetlane na dwóch dużych telewizorach.
Skrupulatnie sprawdzałam je w głowie i wszystko było bardzo dokładnie przetłumaczone.
Rzeczą, która niesamowicie mi się podobała były piosenki.
Chór stał zaraz przy ołtarzu, a nie schowany gdzieś pod niebiosami za organami..
Obok perkusja, pianino, tamburn, harmonijki.
To co śpiewali, było świetne.
Rytmiczne, niesamowicie wesołe, noga aż sama latała.
Aż wystukiwało się rytm.
Śpiewali o tym, że Bóg się cieszy, że jesteśmy, że żyjemy, że życie jest piękne, żeby dawać z siebie radość i się nią dzielić.
A nie smutne, długie, depresyjne psalmy o tym jak to grzeszymy cały czas, Bóg jest hen hen wysoko, wszystko widzi i musimy się kajać przez cały czas, żeby do tego Nieba trafić.
Kolejną różnicą były np piosenki w obcych językach.
I to nie po hiszpańsku, jakby się mogło logicznie wydawać w CA, ale np.  po filipińsku.
Na dodatek wszyscy je śpiewali...
Nie wiem dlaczego akurat w takim języku, ale się dowiem.
Następna ciekawostka:  podchodzenie do Komunii Świętej.
Ksiądz powiedział przed jej rozdawaniem, że bardzo mu zależy, żeby każdemu dać błogosławieństwo, więc jeżeli ktoś nie czuje się na siłach by przyjąć komunię, to ma przed podjeściem do księdza skrzyżować ręce na ramionach i wtedy go tylko pobłogosławią.
Muszę przyznać, że bardzo dobry pomysł.





sobota, 4 maja 2013

Spadaj!

Dziś będzie o spadaniu.
Chyba padło mi na mózg.
To jest stwierdzenie, nie pytanie.
Kiedy nurkowałam na Hawajach w mojej łepetynie uruchomiła się wcześniej nie znana opcja: adrenalina...
Ja-oaza nieśmiałości i nudności - dostałam niesamowitego kopa i z miejsca polubiłam to uczucie.
Po nurkowaniu poszło już szybko: lot za motorówką...tatuaż...latanie samolotem...jazda konno..pływanie z delfinami...
I każda z tych rzeczy nakręcała mnie na następną.
Tak więc znalazłam kolejną atrakcję: skok ze spadochronem.
A co!
Wszystko było trzymane w tajemnicy, gdyż ponieważ moja Mama baaardzo nie lubi kiedy skaczę/biegam/latam/siedzę na wysokościach.
Więc nikomu nic nie mówiąc miałam się wybrać skakać już 3 tyg temu, ale plany pokrzyżowała mi infekcja ucha i katar.
A numerem jeden na liście przeciwskazań do skoków jest właśnie chore ucho lub zapchany nos.
Od przeziębienia, przy takiej zmianie ciśnie podczas spadania, może pęknąć błona bębenkowa i bye bye słuchu.
Więc sobie wtedy odpuściłam, podkurowałam i dziś się udało :)
Pojechałam skakać razem z Jo.
Na początku dostałyśmy do podpisania formularz do podpisania że śmierć/że jak spadochron dziurawy/że jak z nas naleśnik zostanie/że na naszą odpowiedzialność.




Potem czekałyśmy aż wywołają nasz numerek i poszłysmy do innego pomieszczenia gdzie  przedstawiono nam naszych Współspadaczy, do których będziemy podczepieni i kamerzystów.
Mój Współspadacz na dzień dobry powiedział mi, że pierwszy raz skakał wczoraj i tak dobrze mu poszło, że dziś już mu pozwolili z kimś spadać :P
Takie żarciki cały czas rzucał.
Potem wsadzili nas w uprząż i pokazali jak mamy się ułóżyć w czasie wyskakiwania, spadku i potem lotu.

                                      Polska flaga rzucała się w oczy:) " Albercik! Nasi tu byli!" 


I w końcu zaprowadzili nas do samolotu.
Jak Mamę kocham nic się nie denerwowałam.
Jo, może potwierdzić, że skakałam z ekscytacji jak małe dziecko!
A jak ten samolot wzbił się w górę to już w ogóle byłam przeszczęśliwa i mega spokojna.
(..chyba jednak powinnam coś z tym lataniem podziałać...im lovin' it!)
Kiedy zaczęliśmy lecieć mojej kamerzystce zepsuła się kamera...
Przez cała drogę w górę próbowała ją naprawić i udało się w ostatniej chwili.
W samolocie było nas: 6 ofiar (my), 6 skoczków, 6 kamerzystów i dwóch jakis extra spadochroniarzy.




Na 4000 metrów nad ziemią otworzyli wielkie drzwi na końcu samolotu i zaczęliśmy wyskakiwać...
Najpierw wychodził kamerzysta robił nam zdjęcia, filmował i wyskakiwał sekundę przed nami.









Jak wygląda sam jump?
Otóż trzeba ręcę trzymać bardzo blisko przy sobie, trzymając się takich uchwytów na wysokości biustu.
Nogi razem, ugięte, i głowa wygięta do tyłu.
I HOP.







Spada się na łeb, na szyję, do góry nogami...
Po chwili wszystko się wyrównuje i na znak instruktora można rozłożyć ręce i wtedy to już można pokazywać co się żywnie podoba.
I się spada....
Spada się mega szybko.
Przez 60 sekund leci się z prędkością 200km/h.
Do tego trzeba się jeszcze:
uśmiechać i machać do kamery
rozglądać i podziwiać widoki
i pamiętać o oddychaniu.



 







                                                       na dłoniach miałam napisane HI MOM :)







Sam freefall jest tak szybki, że nie ma za dużo czasu na myślenie co się robi.
Powietrze uderza w twarz, skóra lata, każde obrócenie głowy czy spojrzenie w bok wymagało wysiłku..
Do tego szum, szum szum..
Hałas,świst i jedno wielkie szzzzzsSZZZZSZZZZ .
Dźwięk rozbijania się cielska o powietrze.
Nagle szarpnięcie, poderwanie i lecimy cały kawał do tyłu....
I nagle cisza.
Bujamy się powolutku od lewej do prawej.
Można normalnie oddychać i słychać własne myśli.
Różnica między freefall'em a tym momentem jest olbrzymia!
Tam był power! Akcja! Coś się dzieje! Nie ma czasu na myślenie!
A tu nuuuuuuuuuuuuuuuuda.
Cisza.
Bujantos w jedną i drugą stronę.
A w środku organizm krzyczy : JA CHCĘ JESZCZE RAZ!!!
Niestety zamiast JeszczeRaz przyszła pora na lądowanie.








Kamerzystka wylądowała wcześniej więc widać jak worek kartofli (czyt. ja) uderza o ziemię.
Wszystko- lot, skok, spadanie, lądowanie- trwało może 15 minut.
A minęło jeszcze szybciej.



Po dojściu do hangaru trzeba było poczekać na film i zdjęcia, niestety przez zepsutą kamerę musiałyśmy z Jo czekać 1,5 h na moje CD.
Na dodatek po otworzeniu filmu w domu okazało się, że nie ma głosu :/
Ale zadzwoniłam już do babki i ona ma zapisane wszystkie ostatnie filmiki i nagra mi drugą płytę już działającą.
Jak mi już ją przyślę to się pochwalę.
I to by było na tyle, koniec postu, spadać mi! :P





INFO:
Parachute Center http://www.parachutecenter.com/
23597 N. Hwy. 99,
Acampo, Ca 95220

koszt: 100$ skok
            50$ photo
            25$ video