czwartek, 31 stycznia 2013

DRESs up!

Zespół Big Cyc kiedyś śpiewał:
Dresy moje ukochane
Ja zakładam Was nad ranem(...)
Ja noszę dres!
Dres spoko jest!
Ja noszę dres!
Dres modny jest!

W dresach ojciec w dresach matka
W dresach nawet jest sąsiadka
Dres mam dres!
Każdy u nas w dresach chodzi
w dresach starzy w dresach młodzi
Dres mam dres!
I w Szczecinie i na kresach
Cały naród biega w dresach
Dres mam dres!
Wczoraj moja siostra Ola
poszła w dresie do kościoła
Dres mam dres! 



ja dodam od siebie:

w Kaliforni, jak się wstanie
dres to główne jest ubranie!
:P

Będąc w Polsce miałam taki nawyk, że za każdym razem po wejściu do domu wskakiwałam w dres.
Bo ciepło.
Bo wygodnie.
Bo nic nie uwiera.
Oczywiście dres był zazwyczaj bardzo niewyjściowy i nie było mowy o spacerze dalej niż wyrzucić śmieci i z powrotem.
No bo jak to w dresie.
Się patrzą wszyscy, wytkną, że takie fiu-bździu  powyciągane idzie.
Kiedy przyjechałam tutaj codziennie rano, gdy musiałam zawieźć dzieci do szkoły,  wstawałam, ubierałam się  normalnie tzn jeansy plus tshirt, sweter, trochę gładzi szpachlowej na twarz, oko podrasować, żeby nie odstraszać i taka gotowa rozpoczynałam dzień.
Po miesiącu chowałam się już jak hollywoodzkie gwiazdy za okularami przeciwsłonecznymi, bo już mi się odechciało malować.
Głównie z powodu moich drzemek, które ucinałam sobie zawsze po powrocie ze szkoły.
Twarz wciśnięta w poduszkę - i o efekt pandy nie trudno.
Wszystko rozmazane.
Po dwóch miesiącach zaczęłam nieśmiało zakładać spodnie dresowe.
Po kolejnym tygodniu jeżdziłam już cała jak jeden wielki dres schowany za okularami przeciwsłonecznymi.
Teraz nie wyobrażam sobie innego zestawu.
Przebieram się dopiero jak mam jechać po dzieciaki i gdzieś chodzić w fancy nancy miejscach.
Zimą kupiłam sobie coś alla UGGs, więc po włożeniu dresów w buty i schwytaniu kubka z gorącą herbatą wyglądam iście lansiarsko amerykańsko jak 80% społeczeństwa :P
Nie byłam wcześniej przekonana do takich butów  i w PL nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby coś w tym stylu kupić.
Ale tu je uwielbiam.
Jak trzeba gdzieś szybko wyjść to tylko hop się wślizgnąc i już w stopy zmarzluchowi ciepło.



W dresach chodzą wszyscy.
Jak przejeżdżam koło high school to 3/4 dziewczyn ma albo zestaw: dresy + szeroka bluza z kapturem+UGGi, albo legginsy+szeroka bluza+ UGGi.
Atak klonów!

W szkole młodych matki dzielą sie na dwie grupy: MatkiFashionistki:- super odpicowane, w szpileczkach, z markowymi torebkami, albo MatkiAkrobatki-którę cały dzień spędzają na siłowni, więc biegają w trykotach, sportowych mini spódniczkach, sportowych koszulkach itp, a gdy otwierają bagażnik to zawsze jest pełen mat do yogi, rakiet tenisowych i innych narzędzi tortur.
Zawsze z kubkiem Starbucksa w garści.

Kolejną ciekawostką ciuchową w USA jest wychodzenie w piżamie.
Do spodni od piżamy obowiązuje duża bluza z kapturem i oczywiście UGGi.
Raz z Patrycją wystroiłyśmy się dokładnie tak i  poszłyśmy w SF do dużego sklepu Safeway ( coś w stylu Tesco, Piotr i Paweł, Bomi)
I co było najgorsze- nikt nawet nie zwrócił uwagi, że jesteśmy w piżamach!
Ludzie zaczęli się oglądać dopiero jak dostałyśmy ataku śmiechu i głupawkę z powodu tego, że właśnie nikt się za nami nie objerzał.
Piżama na zakupy- zupełnie normlane!
Muszę przyznać, że zdarzyło mi się  tak  ubranej pary razy wsiąść w samochód i słodyczowej nagłej potrzebie gnać do Safeway'a po lody czy czekoladę.



Następna rzecz o rzeczach:
dzieci w CA chodzą ubrane jak im się podoba.
Co wyciągną z szafy to założą.
Młoda czasem mi się tak wystroi, że od patrzenia na te kropki, kreski, kwiatki, futerka i falbanki to oczopląsu dostaję.
Na początku próbowałam ją trochę na prostować, no bo jak to tak fiu-bździu na ulicę wyjść.
Ale szybciutko odpuściłam, bo zobaczyłam, że wszystkie dzieci tak wyglądają.
Na przykład chodzą na plac zabaw w piżamach.
I nikogo to nie dziwi.

Jeśli czytacie plotkarskie strony, to na pewno nieraz widzieliście zdjęcia amerykańskich gwiazd  gdzie rodzice są ubrani w długie spodnie, kurtkę, włosy rozwiane od silnego wiatru i taka gwiazda niesie dziecko ubrane w letnią sukienkę i sandałki.
A pod zdjęciem miliony siarczystych komentarzy, że co to za matka, jak tak można dziecko ubrać, że maleństwo zamarznie.
Zapraszam każdego z tych komentatorów do USA na pierwszą lepszą ulicę w Kalifornii.
To jest zupełnie normlane!





W ostatnich tygodniach rano bywało po 5 stopni, a ja przy zostawianiu dzieci w szkole zawsze się przyglądam jak inni się poubierali.
Ja w zimowej kurtce, szaliku, a tam MatkaAkrobatka w japonkach odprowadza dziecko do szkoły.
A z drugiej strony idzie MatkaFashionistka w stylowej kurteczce, ciepłych kozaczkach z futerkiem, a dziecko w balerinach, spódniczce, gołe nogi i cieńki sweterek na górze.
Bo rano jest może i 5 stopni, ale za dwie godziny będzie 18C.
Dzieci tutaj biegają na prawdę porozbierane.
Na nogach UGGi, ale do tego krótkie spodenki i bluzka z krótkim rękawkiem.
Normalka.
Oczywiście jest też druga grupa dzieci, które wyglądają jak wyciągnięte żywcem z super modnej gazetki i za ich szaliczek Burberry'ego mogła bym kupić sześć par butów.




Myślę, że kwestia ubioru jest zależna od każdego stanu i miasta w USA.
W NY, jako stolicy mody nawet metka na skarpetkach ma znaczenie, w Texasie liczą się modne kowbojki i kapelusz, w Seattle wygrywa ten z najmodniejszą parasolką, a w Kalifornii?
Myślę, że tylko LA jest nastawione na modę.
Za to w SF/Bay Area  króluje luz bluz ( i bluz-y :P) i kwiatki w ciapki.
My tu po prostu cieszymy się słońcem  i nie zwracamy uwagi w czym chodzimy :)
Ma być wygodnie i słonecznie!

Wasza Gdyńska Dresiara.


niedziela, 27 stycznia 2013

Week 4. 365 Project.

Nie wierzę, że styczeń już prawie minął.
Dopiero co było Boże Narodzenie!
Czas jakoś przyśpieszył.
Bo czekam juz niecierpliwie na czerwiec.
I odliczam.
I podliczam.
Liczę.
Ile mi jeszcze zostało do końca.
Ile dni pracujących.
Ile dni leniwych.
Ile na travel month.
Ile walizek zabrać.
Ile mam ciuchów, które muszę jakoś w nich zmieścić.
Ile mnie będzie kosztowało wywiezienie kota.
Ile jeszcze muszę zobaczyć.
Ile już niestety nie zdążę.
I bardzo się cieszę, że podjęłam się tego projektu, bo mogę chociaż w ten sposób zatrzymać jakąś chwilę z każdego dnia w tych ostatnich miesiącachu JuEsEj.
Za rok, dwa będę miała niesamowitą pamiątkę.
No to lecimy:


21/365
Martin Luther King Jr.
Wielkie święto. Wszystko pozamykane, szkoły nie ma, wszyscy mają wolne.
I ja o dziwo też.
Więc korzystając z pięknej pogody wybrałam się z Jo na plażę.
Strzał w dziesiątkę, bo było cicho, spokojnie i GORĄCO.
Ok. 28stopni.
W styczniu!!!!
Więc poopalałyśmy się, nagrzałyśmy zimowym słonkiem i poleniłyśmy.
Kudłaty wieloryb, którego wyrzuciło Morze Bałtyckie wygląda tak:


22/365
Zaszalałam i kupiłam sobie e-reader Kindle Paperwhite.
Ja, która sztacha się zapachem nowych książek jak narkomanka...
Książka drukowana zawsze będzie u mnie na pierwszym miejscu.
Ale trzeba być postępowym.
Kindle jest malutki, leciutki a mieści się w nim milionpięćsetstodziewięcset książek.
I gdy dotknie się ekran to można odnieść wrażenie, że przesuwa się po zwykłej kartce papieru!




23/365
Młody był na kung fu a ja z Młodą krążyłam po drogerii, która jest zaraz obok.
I znalazłam Jego.
Proszę Państwa oto Miś.
Miś ma koszulkę z mojego miasteczka, bardzo dobrze mu z oczu patrzy i uśmiecha się tak, że sama uśmiech odwzajemniam.
Więc zabrałam Misia w teczkę i pojedzie on ze mną do Gdyni.





24/365
W weekend zaczęłysmy z Patrycją planować nasz road trip.
Niestety trasę musiałyśmy trochę skrócić ze względów organizacyjnych, czyt: Ameryka jest wielka i odległości masakrycznie duże.
Ostatecznie wyszło nam bardzo ładne kółko.
W ciągu 10-11 dni przejedziemy ok 4000 mil, co daje 6500 km :D
Ładna liczba prawda? :)
Więcej szczegółów potem, jak dokładnie rozpiszemy każde miejsce.
I dziś siedziałam w bibliotece i zaopatrywałam się w mądre książki o planowaniu roadtrip, żeby mi może podpowiedziały jakieś fajne miejsca na trasie.





25/365
Dziś stuknęło mi 600 dni w USA.
Kawał czasu.
Uczciłam to ukochanym sushi.
W tym tygodniu byłam na nim trzy razy...
Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam.
I nie żałuję sobie, bo w PL pewnie pójdę trzy razy...ale w roku.
A tu za 10$ jest taki oto cudny talerz przeeepysznego sushi.



26/365
Zaczęłam sie powoli ewakuować.
Koleżanka powiedziała mi o polskiej prywatnej firmie, która zbiera paczki i dostarcza je prosto pod drzwi w PL.
Super rozwiązanie, ponieważ nie chciałam nic wysyłać przez Pocztę Polską, bo kradną nawet kartki, które wysyłam.
Dwa pudła zapełniłam:
-ciuchami, w które moje amerykaśnkie "przytyte" siedzenie już się nie mieści
-dekoracjami z pokoju
-broszurkami, które skrupulatnie zbierałam
-rzeczami, które już są za ciepłe na kalifornijską +25 stopniową zimę
-i milionami innych pierdół

Minimalna wartość wysyłanej paczki do 20lbs czyli ok 9-10 kg.
Jedna wyszła mi 22lb a druga 22lbs.
Zapłaciłam za obie 55$.
Opłacało mi się, bo wyszło, że 55$=20kg, a za dodatkową walizkę na lotnisku będę musiała zapłacić 80$=23kg.
Paczki mają dojść w ostatnim tygodniu marca.
Jak hości wyjadą na Hawaje w kwietniu to zrobię sobie "próbne pakowanie" i zobaczę czy wszystko mi się zmieści, czy jeszcze będę musiała coś wysłać.
Kota chyba jednak wezmę do podręcznego.



27/365
Wróciłam wieczorem od znajomych a tu nagle dzieciaki na mnie biegną i krzyczą "Ania Ania patrz!!!"
I pokazują mi kalendarz z agencji AuPair z naszym zdjęciem :)
Od Patrycji w zeszłym roku dowiedziałam się, że InterExchange robi co roku kalendarz ze zdjęciami au pairek i ich potworków.
Więc w tym roku wysłałam parę naszych zdjęć, uprzednio pytając hostów czy się zgadzają w razie czego na publikację.
Powiedzieli, że ok.
I tu dziś niespodzianka: w agencji wybrali moje ulubione zdjęcie.
Byłam z nimi wtedy w parku wodnym.
Karmiłam hot dogami, frytkami, lodami i gazowanymi napojami.
Zrobiłam im taki wolny-od-milionów-zasad rodziców dzień.
Były grzeczniutkie jak aniołki.
Nie musiałam nic dwa razy powtarzać.
Zostałam tam z nimi nawet dłużej niż pracowałam tego dnia, bo bawiliśmy się super.
Tak więc dziewczyny, które w tym roku wyjeżdżają z  InterExchange będą miały moje zdjęcie przez cały maj :P




poniedziałek, 21 stycznia 2013

365 Project. Week 3.

14/365
Tydzień zaczęłam od zrobienia czegoś dobrego.
Zgłosiłam się do amerykańskiej bazy dawców szpiku.
Wystarczyło wcześniej wypełnić formularz na stronie www i czekać aż przyślą tzw kit.
Kit zawierał kopertę zwrotną i cztery, długie patyczki do pobrania śliny z wewnątrznej storny policzków.
Kot nie był dołączony do zestawu.
Kiedy zalepiłam kopertę i poszłam na pocztę ją wysłać, uśmiechałam się sama do siebie.
Niesamowita była myśl, że być może ktoś ciężko chory czekał na mnie bardzo długo i jeśli nas "zmatchują" to mogę mu pomóc.
A nawet uratować życie :)




15/365
Od zeszłego tygodnia miałam grypę zwykłą, która przeszła w grypę żołądkową.
Nic nie jadłam.
Byłam w stanie  tylko pić.
Odrzucało mnie od każdego zapachu i nawet myśli o jedzeniu.
I w końcu zjadłam mój pierwszy posiłek od 3 dni.
Puree z masłem i coca cola.
Cola w małych ilościach na prawdę pomaga przy problemach z żołądkiem!




16/365
Na początku mojego pobytu tutaj, codziennie wkurzałam się na dzieci, że ich skarpetki są porozrzucane po całym holu przy naszych pokojach.
Groziłam zaprzestaniem prania i sprzątania oraz domagałam się przyznania które to tak je rozrzuca.
Aż tu nagle pewnego dnia słyszę pod swoimi drzwiami przenikliwy płacz kota.
Otwieram a tam mój sierściuch ze skarpetą w pysku!
I siedzi  i się cieszy.
I dumny cały, że udało mu się to upolować.
Dowiedziałam się, że koty, aby okazać wdzięczność właścicielowi i pokazać jakie są zaradne i sprytne przynoszą do domu różne żyjątka znalezione na dworze: myszy, ptaki itp.
Mój nie wychodzi na dwór więc znosi mi skarpetki.
Jak byłam teraz chora to przynosił mi po 3 dziennie.
Kochany :)







17/365
Poszłam do sklepu w poszukiwaniu zamrożonego bezglutenowego chleba i podczas przeczesywania zamrażarek znalazłam PIEROGIES!
Hahahah kupię je i wypróbuję w tym tygodniu :)








18/365
Nudny dzień.
Przespany dzień.
Nijaki dzień.
...a bałagan sam się zrobił.






 19/365

Kupiłam sobie kubek na smoothies.
Polowałam już na niego w zeszłym roku, ale jakoś sie zmyły.
Bo jest to kubek motywator.
If you can dream it. You can become it.
Belive in power of your dreams.
Be true to who you are.
Be te change you wish to see in the world.
Travel often.
Be thankful.
Love every moment.
Try new things.
Do what you love.
itp.



20/365
Dzisiaj pojechałam z Patrycją na światowe zawody surfingowe Mavericks Invitational w Half Moon Bay.
Więcej opiszę  w kolejnym poście, bo temat obszerny i warty uwagi.
Najpiękniejsza w tym wszytskim była pogoda przez cały weekend: ok 25 stopni!
Achh taką zimę to ja lubię!



wtorek, 15 stycznia 2013

Zasady zasad.

19-sto stronnicowa bomba.
Zasady zasad w domu Zasadniczych.
Istnieje bowiem coś takiego jak Au Pair Guidelines.
Agencje zachęcają rodziny aby coś takiego napisali dla AP, żeby było wiadomo co i jak.
Gdy przyjechałam tutaj moi powiedzieli, że już już prawie kończą tą "biblię" i niedługo mi ją dadzą.
"Niedługo" zajęło im około roku.
Było ok 10 niedbale zapisanych stron, z czego połowa żywcem ściągnięta z przykładowych Guidelines z internetu.
Jestem tu już półtora roku i przez ten cały okres, ani razu nawet nie mruknęli na temat mojej opieki nad dziećmi, ponieważ hostka po 3 miesiącach powiedziała mi, że ona widzi, że jestem bardzo odpowiedzialna i ona mi w 1000% ufa i wie, że w ogóle nie musi się martwić dziećmi.
Dosłownie.
Nie martwi się zupełnie.
Ale to już zupełnie inna historia.
Tak więc absolutnie nie mają żadnych zastrzeżeń związanych z moją pracą jako au pair i zajmowaniem się Młodymi.
Dzieci mnie kochają, ja kocham ich i to się widzi i czuje.
Więc jako, że nie mają do czego przyczepić z dziećmi, to czepiają się innych rzeczy.
Że miotła stała po lewej zamiast po prawej, że samochód stoi zbyt z przodu domu/z tyłu/ z sryłu, że okruszek zostawiłam rano na stole, że poduszki u Młodej w pokoju są niedbale rozrzucone, że milion innych rzeczy.
Najlepsze jest to, że czepia się głównie host którego przez 3/4 tyg w ogóle nie ma w domu i on nie ma zielonego pojęcia co się dzieje w codziennym naszym życiu (naszym w sensie: dzieciaki i ja).
Więc on jako główny Czepiacz, przed zatrudnieniem nowej au pair, postanowił napisać nową "biblię", żeby Nową bardziej sobie wychować od samego początku.
I tym sposobem ja też dostałam w sobotę tą Bombę, żebym sobie odświeżyła zasady i zwróciła uwagę na nowe.
Na wstępie powiem tak:
uważam, że sama idea napisania takiego "przewodnika" jest ok.
Bo wiadomo: dziewczyna przyjeżdża i ma mieszkać z obcą amerykańską rodziną rok albo dwa.
Rodzina amerykańska ma zuuuuuuuuuuupełnie inne przyzwyczajenia, nawyki, zwyczaje niż rodzina europejska, więc dobrze jest spisać co i jak, żeby było łatwiej.
Plus istnieje coś takiego jak rozmowa i jak to się mówi: większość i tak wyjdzie w praniu.
Codzienne życie samo pokaże większość zasad.
Więc wszystko wejdzie w życie naturalnie.
Dlatego przedstawienie potencjalnej kandydatce 19 stron, zapisanych maczkiem (plus tabelka :P ) jest jak dla mnie zdecydowanym przegięciem.
Jeżeli przy wyborze au pair podadzą jej mój mail, żeby mogła ze mną porozmawiać to zrobię tylko dwie rzeczy:
1)napiszę, że dzieci są super i z nimi na pewno nie będzie miała problemów
2)wyślę jej ten Guidline i każe bardzo dokładnie przeczytać. Przy 5 stronie,  jeśli nie wymięknie, to przejdzie do drugiego etapu :P hehhe
A tak na prawdę:  jeżeli po przeczytaniu całości stwierdzi, że jest w stanie przestrzegać wszystkiego, dokładnie, w 100% to zapraszam. Jeżeli nie, to niech ucieka jak najdalej.






Mnie zaczęła głowa boleć chyba w okolicach 8-9 strony.
Mnie,która tak naprawdę to wszystko robi chcąc-nie chcąc.
Tyle, że on sporo z tych mega szczegółowych zasad wprowadzał na przestrzeni 1,5 roku.
Jeżeli dostałabym takie coś na początku to poważnie bym się zastanowiła czy warto jechać do tak zasadniczej rodziny.
Na razie nie mogę wrzucić całego regulaminu z wiadomych względów, ale parę rzeczy skopiowałam i wam pokażę.
Całość napisana jest w stylu: musisz/oczekujemy do ciebie/wymagane jest/powinno byc/ma być przestrzegane itp.
I rzeczą, która niesamowicie mnie wkurza jest pisanie przez hosta DUŻYMI LITERAMI. bo ON to MUSI wykrzyczeć ŻEBYM NA PEWNO to WŁAŚCIWE odCZyTAła.
  • X needs to practice each song in his book 5 times each. IT IS YOUR JOB during days you
    are working to ensure this happens.
  • we simply do not allow Sugar in the house as a general rule.
    Sometimes the kids come home with candy from a party. This should be monitored
    with no more than 1 piece of candy per day
    .  (lub jeśli wracają ze szkoły z cukierami, hości dzwonią do dyrekcji z pretensjami) 
  • Juice: we prefer not to have juice in the house. The default should always be water and on a day to day basis (normal routine) No juice please. If you give them juice, please let us know. The sugar content is high and we do not want to give too much sugar
  •  Ice Cream: if you are out and about with the kids doing an activity and it is hot out or you want to reward them for something good, then Ice Cream is OK. If you give them ice cream, please let us know. The sugar content is high and wedo not want to give too much sugar 
  • Other Candy/Sweets: if for some reason other sweets are given or had, please
    let us know
    . (mógłby jeszcze raz powtówrzyć że The sugar content is
    high and we do not want to give too much sugar..... :P)
  •  Our kids should eat healthy, natural and organic snacks and food when every possible. We are focused on healthy food consumption and you as our AuPair must abide by this. Also, you too must abide by making healthy food choices when you are around our children.                             ( to już jest ich nowa zasada, że AP musi jeść zdrowo gdy jest z dziećmi, chora zasada! jak można narzucić komuś co ma jeść!?)
  • What to include in each lunch: one veggie (e.g. carrots), One Fruit (orange, cut
    apple), one starch (bread, granola, tortilla or natural corn chips), one dairy (cheese or yogurt). Snack should be healthy such as fruit.
    • For example for X you could give him Mac & Cheese - this takes care of
    the starch and the dairy. For Y you could give her half a ham sandwich
    which covers on starch, protein.
    •Y does not like dairy much and so you have to be clever -- yogurt and
    granola. Having dairy is important for her to get proper calcium.
     Please report to us each day what you have packed for lunch, what they are eating, what not, etc.
  • Each Friday rooms are to be fully picked up, play room picked up,and any toys, games in other areas of thehouse which did not get put away should be picked up. It is also expected that you keep your own room and bathroom clean.If for some reason the rooms do not get cleaned on Friday, you MUST let us know. There should be few reasons. ( Pani która przychodzi sprzątać dostała od nich zakaz wchodzenia do mnie do pokoju i sprzątania jakichkolwiek moich rzeczy)

  • Our children should never be dropped off at another child's house without you present unless we have said this is okay. If this happens without our prior consent, it is reason for dismissal. Same for another child coming to our house. The other child’s parent should be with them here unless we have OK’d this and they have as well. Same consequences apply if this rule is broken (playdates maja od zawsze organizowane tylko z dziećmi ze szkoły i zawsze polega to na tym, że albo matki zostawiają u nas swoje dzieci, albo ja podrzucam jedno moje. chyba logiczne, że nikt nie zostawiłby dziecka w obcym nieznanym domu... :] )
  • we expect to see a weekly plan outlining what you will be doing with the kids 
  •  On nights when you eat dinner with the family, we would appreciate your help with getting ready for dinner (pouring drinks, helping with the kids’ plates) and cleaning up afterwards (clearing the table, loading the dishwasher). We do not expect you to do everything yourself, just to help out. ( w praktyce wygląda to tak, że gdy na początku wstawiałam wszystko do zmywarki i zestawiałam ze stołu to miałam rozmowę, że "nie pomagam". Oni po obiedzie, który jemy razem się zmywają. Hostka idzie czesać królika, host wychodzi nie wiem gdzie, dzieciaki się rozbiegają a ja zostaję z całym stołem, zmywarką i milionem garnków i patelni do pozmywania....)
  • Our goal is to have a monthly family meeting. These meetings will occur on the second Saturday of each month at 9:30am. We would appreciate your attendance at this meeting.                                                                                                                                            ( ja im powiedziałam ,że nie ma mowy w soboty o 9.30, bo albo śpię albo mnie nie ma. Mogę albo w tygodniu, albo w niedziele wieczorem. Ale tak czy siak nigdy takie spotkanie nie miało miejsca. Pusta zasada)
  • Also, we ask you be mindful of the temperature setting: 75 degrees in summer and 58-62 degrees in winter. At night, we ask heat is turned off and you bundle up. This includes space heaters. In Summer dress light. (zasada weszła głównie przeze mnie, bo dogrzewam się kaloryferem. Ale ciężko się nie grzać zimą, gdy na dworze jest 0st C a na moim piętrze jest 13st... to samo latem, bo tak chłodzą że masło stoi na zewnątrz i się nie topi...dzieci też się grzeją przy małych nagrzewaczach)
  •  if you choose to use the computer during work hours, you will still be expected to satisfy your household duties, either during work hours or during your free time

A teraz przykład jak cenią sobie bezpieczeństwo dzieci a jak psów. Jedna z instrukcji na temat co robić w przypadku trzęsienia (kolejność oryginalna)
 -In both cases try to get the dogs. If you can’t, at least leave them with plenty
of water and leave one of the doors open so they can come in and out. Give
them food.

-In the absolute worst case, care for your safety and those of the children
first.


Najpierw psy nakarmić, zapewnić im wodę... aaaa a tak przy okazji to jesteś bezpieczna z dziećmi???
Sytuacja identyczna jak z wypadkiem: o to czy jestem ok z Młodym spytali po 10 sms o ubezpieczenie i gdzie odholowali auto.

No i kwiatek na koniec:

No, smoking around our house or near the children. Your friends should
not be smoking around the house or around the children either. If you choose to smoke during your free time, away from the house and the children (and not in our cars), that is fine. If you do smoke, or if you go out someplace where other people are smoking, please wash your clothes right away to get rid of the smoky smell. Same rule applies to your friends


chyba postawię pralkę przy wejściu do domu :P

No i absurd nad absurdy:

No drugs should ever be used in our house. If you choose to engage in this activity outside the house, please be careful. Marijuana is common and not considered a major drug but it is still illegal and should be used
with caution if you engage outside of the home. Other drugs such as ocaine, ecstasy, heroine, or meth (and other like them) will not be tolerated under any circumstances.


Oczywiście absurdem w tej zasadzie jest stwierdzenie, że marihuana w wolnym czasie jest okejjjjj, ale jak już chodzić o zwykłe palenie to goście i ja musimy prać wszystko po papierosach po wejściu do domu....


To jest czubek góry lodowej.
Sporo rzeczy nawet nie wypisali np umawianie lekarzy, jeżdżenie z nimi na kontrole/szczepionki/do ortodonty; robienie lekcje/przepytywanie/spradzanie; sprzątanie w szafach z ciuchami/zabawkami/butami itp.
Ciekawe jest to, że bardzo mało jest w tym regulaminie samych dzieci.
Są same nakazy, zakazy i zasady.
Nie ma nic ze spontaniczności, zabawy.
I nie ma między nimi więzi.
Bo na to niestety jeszcze nie wymyslili  zasady...


niedziela, 13 stycznia 2013

365 Project. Week 2.

Tydzień nr 2.
Przepełniony choróbskami, lenistwem, nowym autem i sobotnią bombą w postaci 19-sto stronnicowego, uaktualnionego Regulaminu Host Family.
Ale o tej bombie napiszę osobno.

7/365
Pierwszy dzień oficjalnego używania nowego auta.
Przed wyjazdem do USA dostałam od Mamy św. Krzysztofa - patrona kierowców.
Mama ufa jemu, ja Mamie, więc Krzychu jeździ ze mną w każdym aucie.
Tak więc trafił i do Vana.
Niestety w sobotę dowiedziałam się, że to już koniec jego przejażdżekw, bo cytuję " we put it in the bin, because you are not allowed to place any stickers or personal items in any car".
Jakoś w poprzednich autach im nie przeszkadzał.
 Pozostawię to bez komentarza.




8/365
8.01.1935 urodził się Elvis Presley.
Pana myślę nie trzeba przedstawiać.
Uwielbiam muzykę z lat 50-60 oczywiście z nim na czele.
Dzieciaki już tak wyszkoliłam, że rozpoznają jego piosenki po pierwszych nutkach.
Raz Młody niesamowicie mnie zaskoczył gdy puściłam UB40 i ich wykonanie "Can't help falling in love",
a on do mnie: "Aniaaaa przecież to jest piosenka Elvisa, dlaczego ktoś inny ją śpiewa?!??"
Aż mi szczęka opadła.
W nowym aucie mamy taki bajer jak radio z satelity i oprócz kanału tylko na lata 50-te i osobnego na 60-te  ( :D !!!! ) znalazłam  Radio Elvis, w którym non stop lecą jego piosenki :)
Cudo!
Happy Birthday Elvis!!








9/365
Nic się nie działo.
Termofor-Day.
Nie podchodzić. Nie dotykać. Nie denerwować. Nie au pairować.



10/365
Czekałam wieczorem na Młodego po kung fu i stwierdziłam, że nie mam żadnego zdjęcia z dziś.
I wtedy spojrzałam w górę i TA DAM, zdjęcie zrobione.
Kolejny bajer w aucie.
Lusterko, w którym widać caaaaaałe długie wnętrze samochodu i wszystkie rzędy.
Super sprawa, bo w nie muszę się oglądać w czasie jazdy do tyłu, żeby sprawidzć co psotniki knują :)




11/365
Wszyscy mają grypę.
Mam i ja.
Wszyscy się szczepią i już trąbią w wiadomościach, że brak szczepionek, bo jest już epidemia zachorowań w tym roku.
Ja nie mam zamiaru, chociaż hości mnie usilnie namawiali.
Raz w roku zawsze jestem chora, więc swoje odchoruję.
Niech się organizm sam broni.
Dzisiaj mu pomagam herbatą ze świeżym imbirem, cytryną i miodem.
Niesamowicie rozgrzewa od środka.
Ok 2 cm imbiru trzeba obrać, pokroić w plasterki i zanim włoży się do zaparzacza, dobrze jest trochę zmiażdżyć, żeby herbata lepiej wchłonęła sok.
I potem trzymać w kubku ok 10 minut.




12/365
Kiedy au pair choruje?
Zawsze na weekend.
I to piękny słoneczny.
Leżakuję cały dzień i wkurzam się sama na siebie, że taka ładna sobota się marnuje.
Było tak pięknie, że wyrzuciłam na balkon kołdrę i poduszki, żeby wytłuc bakterie i, żeby wszystko wieczorem pięknie pachniało świeżym powietrzem.
Pamiętam, że gdy zrobiłam to pierwszy raz, jak tylko tu przyjechałam, to hostka byłą bardzo zdziwiona...



13/365
Chorowanie day two.
Z nudów zaczęłam sprzątać.
Nawet dobrze mi poszło.
Potem spojrzałam do mojej szafy, potem rozejrzałam się po pokoju i się załamałam...
nie wiem jak ja to wszystko spakuję w dwie walizki!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Plus buty.
Plus kurtki.
Plus pierdoły.
Plus kot.
Plus książki.
Plus prezenty.
Chyba zacznę się pakować miesiąc przed wyjazdem, żeby w razie czego drogą eliminacji wyrzucić trochę rzeczy..


czwartek, 10 stycznia 2013

Who am I ?


Koleżanka wrzuciła wczoraj na swojego bloga sto punktów opisujących ją, jej charakter,
jej przyzwyczajenia, wady i zalety.
Pomyślałam, że to świetna sprawa!
Idealna lista na początek roku.
Takie podsumowanie siebie.
Na dodatek każdy lubi połechtać swoje egoistyczne "ja", więc napisanie 100 takich rzeczy nie wydało mi się trudne.
A tu psikus.
Zaczęłam pisać i się zacięłam.
Doszłam może do 30-40 punktów i stanęłam.
Bo nie chodzi o to, żeby wpisać: jestem miła, uczynna, kulturalna.
Takie rzeczy to do CV i listu motywacyjnego.
Więc spytałam siebie jeszcze raz: co sprawia, że jestem pogięta, wyjątkowa i normlanie nienormalna?
I wtedy poszłoooooooo!!
Wyszła lista osobista.
Spróbujcie sami tak zrobić!
Nawet dla samych siebie.
Fajna zabawa :)

No to lecimy:


1. Urodziłam się w 1986 r. Potocznie nazywają nas "Dzieci Czarnobyla" tudzież " Dzieci wszystkich nowych reform edukacji, nowej matury i gimnazjów".
2. Mój znak zodiaku to Waga i jak ta waga ciągle się waham a to z jednej strony euforia a to z drugiej dół kompletny :P
3. Od urodzenia mieszkam w Gdyni i za nic w świecie nie chciałabym mieszkać gdzie indziej.
4.  Skończyłam studia licencjackie- germanistykę.
5. Uwielbiam język niemiecki, jego dźwięk, akcent, wymowę. Za to nie lubię francuskiego i hiszpańskiego.
6.  Mam bardzo kręcone włosy, których nie znosiłam przez ok 20 lat  i namiętnie je prostowałam.  Potem mi przeszło i teraz je ubóstwiam.
7. Przez całe gimnazjum i liceum byłam tak jakby skejtem. Chodziłam w mega szerokich spodniach i ogromnych bluzach, słuchałam hip hopu i rysowałam graffiti.
8. Wytapetowałam kiedyś cały swój pokój wycinkami z gazet i plakatami Eminema.
9.  Nie cierpie rodzynek i większości suszonych owoców.
10. Uwielbiam gry planszowe. Cała familią gramy w Scrabble, Monopoly i Rummy.
11.  Zdanie dzięki, któremu nauczyłam się iść własną drogą :
"Czy jeśli wszyscy będą skakać z mostu, to ty też skoczysz?" cyt. Mama :)
12.  Po przyjściu do domu natychmiast przebieram się w dres.
13.  Lubię czytać słowniki języków obcych.
14.  Jestem uczulona na połączenie koloru czerwonego z różowym. Brrr.
15. Kawę piję tylko popołudniu.
16. Uwielbiam herbatę. Mogę nie zjeść śniadania, ale muszę wypić gorrrącą herbatę.
17.  Jestem  w 110% wzrokowcem.  Jest obrazek do zadnia, tekstu itp - jest dobrze.
18. Mam b.dobrą orientację w mieście. Nie zgubię się nawet jeśli jestem pierwszy raz w zupełnie obcym miejscu.
19. Jestem bardzo rodzinna.
20. Słucham głównie muzyki z lat 50tych i 60 tych. Elvis żyje;)
21. Od kiedy skończyłam 7 lat zawsze mieszka z nami jakaś świnka morska. I zawsze nazywa się tak samo: Gucio I, Gucio II itd. Teraz mamy pierwszy raz taką kudłatą i nazywa się Czupur.
22. Non stop oglądam serial FRIENDS. Znam go na pamięć.
23. Poza angielskim mówię jeszcze po włosku i niemiecku.
24. Nie lubię chodzić na imprezy.
25. Zapaliłam papierosa tylko raz w życiu. Fuj.       
26. Mam " Pudełko na Armagedon"- są w nim najcenniejsze dla mnie rzeczy i pamiątki. W  razie armagedonu-łapię tylko to pudełko i uciekam! :)
27. Jest mi wiecznie zimno. Zwłaszcza w stopy i ręce. Śpię czasem w dwóch parach grubych skarpet.
28. Jestem uzależniona od pomadki Bebe. Zużywam jedną w tydzień. W Stanach ich nie ma więc mi dosyłają z PL :P
29. Na koniec studiów założyłam stały aparat na zęby i nosiłam go przez prawie 3 lata. I w końcu mam amerykański uśmiech :D
30. Zbieram magnesy na lodówkę z miejsc, w których byłam. Myślę, że razem z tym, które nazbierałam z rodzicami to będzie ich ponad 100.
31. Uwielbiam zapach nowych książek.
32. Nie umiem grać na żadnym instrumencie. Ale baaardzo chciałabym się nauczyć grać na pianinie.
33. Jak opowiadam coś ekscytującego to mój głos robi się piskliwy i wchodzi w wysokie tony, co irytuje nawet mnie, więc co dopiero innych :P
34. Dirty Dancing, Chicago i Grease obejrzałam setki razy.
35. Mama mi powiedziała, że gdy wracam z Niemiec mówię przez sen po niemiecku a jak z Włoch to po włosku.
36.  Moje ulubione danie to makaron z pesto.
37.  Jak byłam au pair w Niemczech to raz zapomniałam, że muszę zapłacić za szkołę i przez trzy tygodnie jadłam jajka pod każdą postacią, bo tylko na to miałam pieniądze (rodzina płaciła raz w miesiącu i nie mogłam korzystać z ich lodówki). Chodziłam cały czas głodna, ale nikomu sie nie przyznałam. Potem przez ponad rok nie mogłam nawet spojrzeć na jajka ani ich zjeść.
38. Nie lubię zmywać naczyń. Za to lubię odkurzać.
39. Nie umiem zrobić fikołka w tył.
40. Jazda pociągiem, metrem lub tramwajem niesmowicie mnie uspakaja i usypia.
41.  Jeśli idę do kina to muszę siedzieć na samym końcu, na samym środku.
42.  Nie oglądam horrorów i czegokolwiek z duchami, zjawami, zombie, bo boję się, że potem te paskudztwa mi gdzies wyskoczą zza szafy.
43. Nigdy nie byłam na żadnej diecie.
44. Jestem śpiochem. Uwielbiam spać. Ulubiona godzina do wstawania: 11.30.
45. Jedyna gra komputerowa, w którą lubię grać to Roller Coaster Tycoon.
46. Wycinam wszystkie metki w koszulkach, bo mnie drapią.
47. Nie rozumiem  po co są  rękawiczki bez palców. To jakby nosić buty bez podeszw.
48. Uwielbiam frytki z tooooną keczupu Heinz
49. Zachwycam się często i gęsto, nawet małymi pierdołami, więc nie można mnie pytać o  subiektywną opinię, bo nawet w czymś beznadziejnym znajdę coś, co mi się spodobało.   
50. Nie lubię biżuterii, a najbardziej pierścionków.
51. Jeżeli wygrałabym w totka to sporą część oddałabym fundacji " Mam marzenie", która spełnia życzenia śmiertelnie chorych dzieci.
52. Ukończyłam kursy języka migowego.
53. Nie lubię cyfrowych zegarków. Muszę mieć wskazówki i widzieć "wzrokowo" ile czasu jeszcze mi zostało.
54.  Nie lubię matematyki. Nie ograniam liczb. Nawet najprostsze równania mnie przerażają.
55. Gadam do siebie. Czasami mi się nawet niechcąco włącza głośnomówiący i wtedy uuppppss :P
56. Muszę mieć wyprasowane ciuchy.
57. Obieram ptasie mleczko z czekolady.
58. Kalorie, zawartości czegoś tam w czymś tam, E234 E666 itp do mnie nie przemawiają - jak mam na coś ochotę to, to jem.
59. Nie chcę wyjść za mąż. No chyba, że za Kevina Costnera.
60. Potrafię zostać dłużej w sklepie tylko dlatego, że akurat puścili fajną piosenkę.
61. Przez 5 lat chodziłam na zajęcia plastyczne. Wygrałam nawet raz konkurs w Rosji.   
62. Chciałabym napisać kiedyś książkę, która stanie się bestsellerem (może wydam bloga?:P Kupicie??)
63. Boję się burzy.
64. Nie umiem chodzić na szpilkach.
65. Muszę mieć radio w łazience.
66. Bardzo często brak mi wiary w siebie.
67. Zawsze obracam mapę " po babsku", tak żeby zgadzała się z kierunkiem jazdy :P
68. Nie lubię czytać książek w internecie. Muszę ją mieć w ręce, dotknąć, przekładać kartki.
69. Wolę czarno-białe zdjęcia od kolorowych.
70. Czasami za dużo gadam i nie dopuszczam innych do głosu.
71. Nie cierpię biegać. Dopuszczam tylko biegi przełajowe na autobus.
72. Lubię leżeć na trawie, piasku lub gdziekolwiek i po prostu patrzeć w niebo i na chmury.
73. Nie przepadam za  "Królem Lwem". Fajna bajka, ale coś tak jakoś no nie za bardzo :)
74. Płaczę przy "Can't help falling in love" Elvisa.
75. Nie umiem zanurzyć nosa pod wodę. Topię się od razu. Nawet jak myję twarz :]
76. Uwielbiam jeździć samochodem. I jako kierowca, i jako pasażer.
77. W sobie najbardziej podobają mi się moje oczy.
78. Nigdy nie miałam nic złamanego.
79. Za swoje pierwsze zarobione pieniądze i na swój pierwszy urlop pojechałam na Kretę.
80. Zdecydowanie wolę morze od gór.
81. W kwietniu idę na swój pierwszy w życiu koncert (Bon Jovi).
82. Nigdy nie spałam w namiocie.
83. Nie rozumiem brytyjskiego akcentu.
84. Umiem szyć na maszynie.
85. Dostałam stypendium we Włoszech i miesiąc mieszkałam we Florencji i chodziłam do szkoły.
86. Nie potrafię przyjmować słów krytyki. Roztrząsam potem każde złe słowo z osobna przez tydzień.
87. Lubię kiedy w domu pachnie świeżo upieczonym ciastem.
88. Byłam na stażu w regionalnej telewizji.
89. Jeżeli podróżuję, mogę spać nawet na podłodze,ale muszę mieć przyzwoitą łazienkę.
90. Robię przepyszne pierogi ruskie i z kapustą&grzybami.
91. Jeżeli z kimś dużo przebywam to zaczynam używać tych samych słów co ta osoba.
92. Przez ostatnie 1,5 w USA dowiedziałam się sporo sama o sobie, bardziej wiem  jak chcę, żeby wyglądało moje życie, co jest dla mnie ważne i w jakim kierunku chcę iść.
93. Jeżeli nie liczyć au pair, obijania się po świecie  itp to miałam tylko jedną porządną pracę: pracowałam w księgarni językowej przez rok.
94. Lubię układać rymowane wierszyki i wysłać je familii i znajomym.
95. Na Wigilię moich dwanaście potraw to 2 talerze pierogów i 10 misek barszczu z uszkami. Innych dań nie jem.
96. Lubię używać słów: tudzież, azaliż, co by, zaiste, gdyż ponieważ.
97. Czasami nieświadomie  zbyt mocno narzucam komuś moje zdanie, mój plan działania i zbyt mocno chciałabym kimś rządzić. Wtedy ten ktoś się wkurza, a ja sobie uświadamiam, że to znowu zrobiłam i jest mi głupio.
98. Piosenki, których słucham zawsze odzwierciedlają mój natrój.
99. Jak byłam mała to chciałam pracować w FBI.
100. .... latttt.100 lattt niech żyje żyje nammmmm!! :)

A teraz przyznać się kto jeszcze obiera ptasie mleczko z czekolady? :P


niedziela, 6 stycznia 2013

365 Project. START!

Minął pierwszy tydzień nowego roku 2013 i  tym samym pierwszy tydzień zdjęciowy.
Idea robienia jednego zdjęcia dziennie spodobała mi się jeszcze bardziej!
Też zacznijcie!
Nie ważne, że rok się już zaczął!
Można zacząć w każdej chwili.
Od jutra, od czwartku, od maja.
Liczy się 365 dni.
Spróbujcie!



1/365
Nowy rok.
Przeleżałam na kanapie u Jo oglądając romansidła i maraton popularnego w USA program Storage Wars.
Po wypiciu litrów herbaty i tony popcornu naszła mnie ochota na wino.
Ja-antypijak, się napiłam. Za Nowy Rok, Nowe Marzenia i Nowe Doświadczenia!





2/365
Zagoniłam moje gremliny do parku i tarzaliśmy się po zimowych liściach.
Jaki klimat, taki śnieg.




3/365
I znowu do parku.
Tym razem znalazłam  przepiękną, kwitnącą różę.
W styczniu!




4/365
Młoda mnie niesamowicie zakoczyła dając mi w prezencie gigantyczną flagę Californii.
Kupiła ją za własne gwiazdkowe pieniądze!
Kochana :)


5/365

W ramach moich planów dot. systematycznego chodzenia na siłownię, postanowiłam się odpowiednio przygotować.
Jak już zaczynać to porządnie.
No i będzie lepsza motywacja, bo skoro te ciuchy kupiłam to muszę używać, bo inaczej będzie strata pieniędzy.
Chciałam zrobić zdjęcie moich zakupów i wtedy Sierściuch zaczął po nich chodzić, spojrzał na mnie Are-you-serious-with-that-gym- wzorkiem,   po czym połozył się na nich jakby chciał powiedzieć " Eeeejjj weź się kulnij tak jak ja, po co Ci ta siłownia, zobacz jak wygodnie się leży".
Nie sam się sprowokować!




6/365
To zdjęcie zrobiłam już na sam koniec dnia.
Jechałam odebrać Jo z lotniska i akurat stałam w tunelu przy wjeździe na Bay Bridge, który łączy East Bay  z SF.
Złapałam szybko aparat i pstryk.
I wyszło mi super zdjęcie.
Zdecydownie moje ulubione w tym tygodniu.


sobota, 5 stycznia 2013

Mini-Maxi.

Dostałam nową zabawkę.
Stara poszła do kasacji.
W wyborze auta popadli ze skrajności w skrajność i tak po malutkiej Hondzie Fit kupili Honde Odyssey- Mini Vana.
To Mini jest bardzo maxi: ma trzy rzędy siedzeń, wbudowaną lodówkę i dysk twardy.
Super samochód!
W środku normlanie można chodzić jest tyle miejsca!

                                                                       ( photo: Google)


O tym jaki dostanę samochód, kiedy go kupią i co wyszło z rozmowy w warsztacie na temat naprawy starego auta  dowiedziałam się przypadkowo od dzieci.
Tak czy inaczej, mailowo poinformowali mnie, że dziś o 10 rano będę miała lekcję wprowadzającą do używania auta.
Przez cały czas myślałam, że padnę ze śmiechu.
Host pokazywał mi jak otwiera się  i zamyka bagażnik przyciskiem na kluczyku, po czym podawał  mi  go i kazał powtórzyć czynność.
To samo było z otwieraniem drzwi, ustawianiem fotela i włączaniem radia.
"Ten guzik jest do tegoooo, a ten otwiera wlew paliwa..."
I jak to mój Tata świetnie podsumował: powinnaś powiedzieć:" a u nas jak się TEN guzik naciśnie to można bardzo zdenerwować niedźwiedzia".......
Idealnie by pasowało do sytuacji.
W czasie całego "show" Młoda siedziała z tyłu i krzyczała : "ale Ania już to wieeeee, przecież jeździ już tak długo autem z namiiii"
"Ale ja mam przygotowane szczegółowe wprowadzenie, proszę mi nie przeszkadać. Będę kontynuował!"
Rozumiem gdybym przyjechała tu wczoraj i miała prawo jazdy od paru godzin, ale po 1,5 roku jeżdżenia tyyyyyle po tutajszych drogach, różnymi autami, to myślę, że taki wykład był co najmniej śmieszny i nie na miejscu.
Zwłaszcza, że właśnie jak przyjechałam to tylko dał mi kluczki w garść i bez słowa wysłał na drogę.
Wtedy by mi się przydała taka rozmowa!
Tak więc grzecznie i cierpliwe słuchałam jego przemówienia, od czasu do czasu wygłaszając komentarze typu "Wowww, that's cool, oh really? thats awesome!".
Oprócz nowego auta przedstawił mi również nowe zasady.
Było ich trochę, ale opiszę najśmieszniejszą...
Do tej pory miałam ograniczenie 75 mil odległości od domu gdzie mogłam pojechać.
I trzymałam się tego, bo dalej nie było po co się zapuszczać i limit był w zupełności wystarczający.
Jakieś pół roku temu zrobili z tego 60 mil, ale dyplomacyjnie powiedziałam, że ja bardzo przepraszam, ale inaczej się umawialiśmy i sprawa się rozeszła.
Nikt się potem nie wychylał.
A dziś weszła nowa zasada: 30mil!
Z wrażenia aż zapytałam się czy dobrze usłyszałam...
Tak, 30 mil.
W przeliczeniu na minuty jest to ok pół godziny jazdy.
Tyle co do SF.
Potem dodał, że on zdaje sobie sprawę, że już tu tyle jestem i w związku z tym mam znajomych, którzy mieszkają dalej niż 30, i na jeżdżenie do nich mam pozwolenie, bo mi ufają i jestem odpowiedzialna.
Potem  pierwszy raz usłyszałam bezpośrednio od niego, że będą mieli na wakacje nową au pair.
Bo cytuję " nowej au pair, która przyjedzie w wakacje nie będzie wolno jeździć dalej niż 30 mil".
Więc dziewczyny- uwaga, moi hości ruszają wkrótce na polowanie...
Sądzę iż będą celować w grupę 18-23 lata.
Bo jak sami powiedzieli " ja już jestem za stara, żeby mi dawać curfew".
Oni bardzo chcą mieć większą władzę nad au pair.
A szkoda, bo nie o to w tym wszystkim chodzi...


wtorek, 1 stycznia 2013

Postanowienia chcenia.




Nigdy nie byłam fanką noworocznych postanowień, bo wiedziałam, że skończą się one tak jak postanowienia nowoszkolne.
Czyli: od 1 września będę odrabiać lekcje zaraz po powrocie ze szkoły,
będę ładnie notować,
nosić wszystkie podręczniki i zeszyty,
zakreślać/podkreślać/nadkreślać istotne informacje
i co nawjażniejsze: będę się uczyć systematycznie.
Kończyło się to zwykle już w okolicach października kiedy lądowałam z jednym zeszytem do wszystkiego na korkach z matmy, bo znowu groziła mi jedynka, a jedyne co było zakreślone to moje esy floresy na bokach książek.
Słomiany zapał jak nic.
Chce, chce, potem moment, w którym myślę, że już osiągnęłam najwyższy moment mojego 'chcenia',  więc wewnętrzne sumienie zaspokojone i od razu następnego dnia uroczyście celebruję lenistwo.Eh..
Jednak w tym roku, ze względu na to, że poł 2013 spędzę w USA, a pół w Polandii, co nie zdarza się często, postawnowiłam coś postanowić. 
Na pierwszy ogień idzie: 365 project.
Chodzi o robienie jednego zdjęcia dziennie przez cały rok.
Co się na nim znajdzie jest kwestą indywidualną.
My, zwierzaki, krajobrazy, czyności czy miejsca.
Myślę, że będzie to ciekawostka, co z tych wszystkich zdjęć wyjdzie na końcu roku :)
Zwłaszcza, że jak pisałam wyżej każde pół roku spędzę na innym kontynencie.
Od razu uprzedzam, że na na bloga nie będę wrzucać zdjęć pojedynczo, tylko co tydzień.




Następnie zaczynam od ruszenia leniwego cielska.
Jak mam zwiedzać to biegam jak z motorkiem, ale jak mam wolne to jestem couch potato.


Teraz wymówki się skończyły, bo dostałam na święta 3 miesięczny karnet na siłownię i mam jeszcze do wykorzystania też 3 miesięczny karnet na zumbę.
Więc wściskam się w dres i zaczynam.
Bo od patrzenia na drzwi siłowni jeszcze nikt nie nabrał kondycji.



Kolejną rzeczą jest oszczędzanie, które już zaczęłam  jakiś czas temu.
I o dziwo nawet jakoś mi to idzie.
Travel month i road trip zbliża się wielkimi krokami, a za coś trzeba pojechać.
Dlatego założyłam sobie w banku specjalne konto FOR TRIP, na które co miesiąc przelewa się pewna kwota z mojego głównego rachunku.
Plus jeśli tylko widzę, że mam za dużo na głównym, to od razu przerzucam na FOR TRIP.
Na mieście jem tylko w weekendy, kawki w Starbucksie tylko w towarzystwie.
Przyhamowałam z wszelkiego rodzaju zakupami przekonując sama siebie, że za 5 miesięcy muszę zmieścić swój cały pokój tylko dwóch walizkach.
Na dodatek z limitem wagowym.



Cele podóżnicze niestety w tym roku  zostaną trochę ograniczone.
Po powrocie do Polski czeka mnie dużo zmian i przede  wszystkim chcę  się nacieszyć familią po tych dwóch latach.
Pieniądze też przestaną wpływać w dolarach.
Ale jeżeli miałabym wybrać jedno miejsce to chciałabym pojechać choć na chwilę do Norwegii zobaczyć zorzę polarną.
O tego właśnie bym sobie życzyła.
 

Mam jeszcze parę osobistych postanowień, które zdecydowanie będą wymagały duuużo samozapracia i kontroli z mojej strony.
Ale myślę, że małymi kroczkami się uda.

Jeszcze raz życzę wszystkim: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO YORKU!!! :)