sobota, 20 grudnia 2014

Do trzech razy sztuka.

Kurs zaliczony.
Decyzje podjęte.
Wypadałoby teraz gdzieś wyjechać.
I udało się.
Bo dobra karma wraca i  tak miało po prostu być.
Po milionie pytań, tysiącu etapów wykazywania się umiejętnościami żonglowania segregatorami, po zaprezentowaniu analitycznej zdolności do rozsadzania gości w autokarze wg długości palca serdecznego oraz błyskawicznego opowiedzenia Misji&Wizji Firmy podczas biegu przez płotki, dołączyłam do grona zacnych rezydentów Biura, nazwijmy go: WalizkaTravel.

[ Omińmy czterdziestoprzymiotnikowy opis radości ]

Wkrótce padła pierwsza propozycja wyjazdu: Ciao Bella Italia!

[ Omińmy sześćdziesięcioprzymiotnkowy opis radości ]

Wyjazd marzenie.
Trzeba było odkurzyć moje italiańskie słownictwo, przypomnieć sobie jak prawidło nawijać makaron na widelec i poćwiczyć wszystkie słynne włoskie gesty, żeby nie machać łapami w każdą stronę jak Ja-Pływak.
Byłoby zbyt dramatycznie.

W ramach przygotowań od razu zamówiłam sobie od razu fachowy, uczony przewodnik po tym rejonie.
Książka szła (chyba dosłownie szła) bardzo długo.
W końcu ją odebrałam, wracam w podskokach do domu, sprawdzam mail a tam....
                                                    " niestety nie pojedziesz do Włoch"
Mamma mia!!!!I co teraz ??
Zaproponowali mi dwa kierunki do wyboru i postawiłam na Turcję.
Koleżanka byłam tam aktualnie rezydentką, więc wybór był oczywisty.
Tak więc miałam poznać smak oryginalnej tureckiej chałwy zapijanej kawą po turecku siedząc po turecku na tureckim kazaniu.
Zaczęliśmy załatwiać formalności, bo tutaj już obowiązywała zaawansowana papierologia wizowa i konieczna wizyta w ambasadzie.
Żeby wczuć się w klimat Turcji i mile spędzić czas jadąc z Trójmiasta do Warszawy zamówiłam sobie przewodnik po tym kraju.
W Ambasadzie przedstawiłam PaniZaSzybką milion dokumentów,formularzy i zaświadczeń od Biura.
Pani zabrała moją makulaturę i zniknęła w czeluściach  konsulatu.
Gdy wróciła zadała mi pytanie czy byłam już w Turcji : NIE i czy skończyłam studia z zakresu turystyki: NIE i czy mam licencję pilota: NIE
Po czym PaniZaSzybką  wsunęła mi dokumenty w magiczną obrotową szufladę i powiedziała, że Nein-Niet-No-Nie ma szans, żebym wyjechała teraz, mam się zapisać na studia i wrócić za trzy lata.....
Negocjacje, tłumaczenia, prośby i oczy kota ze Shreka nie pomogły.
Przestaję jeść turecką chałwę! O! 
Wróciłam do Trójmiasta i po drodze ani trochę nie czytałam przewodnika po Turcji.
Na szczęście Biuro mnie nie opuściło i dzielnie pocieszało obiecując kolejny kierunek.
Byłam pewna, że teraz to pewnie wyląduję pod Ciechocinkiem, bo sezon już dawno rozpoczęty, więc nie będzie nigdzie miejsc...
Po paru dniach telefon:
"Anka mamy dla Ciebie miejsce: jedziesz na Zakynthos!"
I to raz dwa! Pakujesz się ekspresowo i lecisz"
Co jak co, ale jak ja słyszę w zdaniu "pakuj się" i "lecisz" to nie trzeba mi powtarzać nawet pół raza więcej!
Ale ale....
zapobiegawczo nie kupiłam żadnego przewodnika o Grecji.
Bo może to moje kupowanie przynosiło pecha :)
Zapobiegawczo nawet nie spojrzałam w stronę półek o Grecji.

Dopiero kiedy siedziałam w samolocie lecącym na Zakynthos uwierzyłam, że faktycznie jadę!
A wiecie co jest najśmieszniejsze?
Że w poprzedniej pracy, co kilka tygodni ustawiałam jako tło pulpitu miejsca, które mnie chciałabym zobaczyć.
I tak miałam m.in. widok  na Ayers Rock w Australii, potem na Chiński Mur, zorze polarne oraz na Kanadę.
Natomiast przez ostatnie trzy miesiące pracy na tapecie miałam....
Zakynthos.
Tak, Zakynthos.
Widok na przepiękną Zatokę Wraku.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? :)


moje własne osobiste nogi i Zatoka Wraku :)


niedziela, 14 grudnia 2014

Rezydentem zostać.

A zaczęło się tak...
najpierw obdzwoniłam wszystkie towarzystwa podróżnicze i szkoły wyższe związane z turystką, żeby dowiedzieć się czy organizują jakiekolwiek szkolenia/kursy pilotów i rezydentów.
Odpowiedzią najczęściej było: 
a)      nie
b)      już nie
c)      próbowaliśmy, ale….nie
d)     za mało chętnych, więc…nie
e)      teraz już nie trzeba mieć licencji pilota wycieczek, dlatego… nie

W jednym miejscu a i owszem był w planie taki kurs, ale zajęcia miały się odbywać dwa razy w tygodniu w barbarzyńskich godzinach  bodajże 14-17.
Spytałam Pani czemu takie godziny w ciągu dnia, i czy nie ma wersji weekendowej, dla osób, które pracują normalnie w tym czasie ale chciałyby się kształcić dodatkowo w tym kierunku…
Opowiedź:

boponieważ NIE.
i kropka.

Tak  właśnie wyglądała  sytuacja kursów i szkoleń w Trójmieście.

Wstyd Ci Trójmiasto!

Zaczęłam przekopywać Internet i BINGO. Akademia Rainbow Tours.
Organizowali trzy różne szkolenia czyli dla każdego coś dobrego.
Przeczytałam opis szkolenia dla rezydentów i to było TO. Na dodatek mieli zorganizować kurs w Gdańsku.

Brawo Ci Trójmiasto!

Zapał troszkę ostygł kiedy zobaczyłam adnotację, że kurs się odbędzie tylko jeżeli będzie wymagana ilość uczestników, czyli na pewno milionpięćsetstodziewięćset.  Po moich wcześniejszych telefonach wiedziałam już jak Trójmiasto bardzo marzy o zostaniu pilotem/rezydentem.

A niech Cię Trójmiasto!

Ale i tak zdecydowałam, że nie ma na co czekać. Wysłałam zgłoszenie, zapłaciłam i czekałam…
Tak czekałam, że po ok. 2 tyg nie wytrzymałam i sama zadzwoniłam do Akademii dopytać się czy kurs będzie organizowany i okazało się, że TAK!

Wierzyłam w Ciebie Trójmiasto! :)

Kurs trwa dwa dni plus dodatkowo dostaje się link do e-learningu.
Żeby ukończyć cały kurs i dostać zaświadczenie trzeba ukończyć obie części z wynikiem pozytywnym.
JaKujon zrobiłam cześć internetową od razu. Na końcu każdego działu jest test i tylko kilka sekund na odpowiedź.  Dodatkowo nie można wracać do poprzedniego pytania. Jak się nie zda to trzeba robić cały dział jeszcze raz :P
Sam kurs stacjonarny był Re-we-la-cyj-ny.
Siedziałam z wytrzeszczem przez całe zajęcia, robiłam milion notatek JaKujon i  chłonęłam każde słowo prowadzącego. A w środku mnie wszystko krzyczało:
To jest TO! właśnie TO! TO jest moja wymarzona praca!

Sam kurs to nie jest wspólne omawianie slajdów.
O nie nie.
To są dwa dni ciągłych interaktywnych ćwiczeń, sprawdzania reakcji na różne sytuacje i próby przewidywania tego nieprzewidywalnego co może się stać.
Po tych dwóch dniach chodziłam jak na skrzydłach marząc o tym, żeby zostać już rezydentem.
Mogło się to tylko równać ze szczęściem jakie czułam po pilotowaniu samolotu.
Ale, że mózg mam wybitnie niematematyczny/nieścisły/niefizyczny/nieogarniającyzasadynamiki to zostanie pilotem  w tym wcieleniu odpada.
Więc trzeba się skupić na tej drugiej rzeczy: byciu rezydentem.

Czy taki kurs pomaga potem w pracy?

A i owszem.
Wyjaśnia bardzo dużo pojęć związanych z zawodem, tłumaczy różne zachowania Grażynek i Januszy o których nigdy bym nie pomyślała., przybliża standardy pracy i schematy działania.
Oczywiście podczas prawdziwej pracy Grażynka i Janusz potrafią tak zaskoczyć, że nie będzie na to żadnego odpowiedniego szkolenia czy rozdziału w książce, ale mając podstawy można sobie poradzić.
Jeżeli ktoś z Was zaraz po przeczytaniu powyższych moich filozofii postanowi zapisać się na kurs rezydenta albo porzuci wszystko, żeby już jutro aplikować do biura podróży to:
 najpierw odetchnijcie trzy razy …..

TRZY POWIEDZIAŁAM! a nie jedno głębokie westchnięcie! :) :)


Prześpijcie się z myślą o zostaniu rezydentem i wyłożeniu pieniędzy na kurs.

Dlaczego?

Otóż praca rezydenta to nie są wieczne wakacje i fajna praca w ciepłym miejscu jak wiele sądzi.
To nie jest wylegiwanie się na plaży przez 5 miesięcy i sączenie drinków z palemką.
To nie jest tylko przywitanie gości na lotnisku, wsadzenie całej trzódki do autokaru, pomachanie i srululu niech sobie jadą do hotelu, a jutro przyjdę i wcisnę im tylko wycieczki.
To nie jest przewidywalny grafik OD-DO.

Jeżeli:
   -  lubisz choć trochę, nawet tyci tyci trochę, zaplanowany dzień i wieczór
    -  lubisz po skończonej pracy odłożyć telefon i zapomnieć o pracy
    -  lubisz mieć wolne weekendy i wtedy czas tylko dla siebie
    -  lubisz przewidywalne wyjazdy, sytuacje zaplanowane od A do Z
   -   lubisz jeść o stałych porach
  -  na któreś z tych pytań odpowiedziałaś/łeś TAK 

to nie jest praca dla Ciebie.
 
Również jeżeli byłaś/byłeś kiedyś Au Pair/nianią/babysitter i choć trochę irytowały Cię spóźnienia host rodziców i to, że hostmom zmieniała plany w ostatniej chwili niszcząc to co Ty sobie zaplanowałaś/łeś i lubiłaś/łeś mieć grafik na tydzień do przodu…

To nie jest praca dla Ciebie.


Jeżeli natomiast podoba Ci się, że

- grafik będzie Ci się zmieniał  średnio 6 razy w ciągu doby
-Grażynka będzie Ci dzwonić o 23.00 w piątek, żeby spytać czy może spakować filiżanki do podręcznego a Ty będziesz uważał, żę jest to śmieszne i nie masz ochoty zabić Grażynki za ten telefon
-spędzisz swoje imieniny przez 15 godzin na lotnisku w obcasach jedząc tylko BakeRollsy bo samolot miał milion godzin opóźnień i trzeba 150 ludzi z powrotem wpakować do hoteli
-będziesz musiała wstać w środku nocy i umalowana ,pachnąca, w wyprasowanym mundurze będziesz pędziła dowieźć gości na lotnisko i uśmiechała się do nich szczerze a oni będą Cię pytali co bierzesz i gdzie to sprzedają, bo nikt normalny nie ma tyle entuzjazmu o tej barbarzyńskiej 4.00 rano godzinie
-nie będziesz mieć jednego wolnego pełnego dnia przez  5-6 miesięcy
-co tydzień będzie  Ci przylatywało min 700 nowych osób i każdej będziesz musiała opowiedzieć o tym miejscu w którym jesteś tak samo, z takim samym szczerym uśmiechem i radością i będzie  Ci to sprawiało przyjemność

 TO JEST WŁAŚNIE PRACA DLA CIEBIE! :)


I koniecznie zapisz się kurs.
To będziesz miała/ł chociaż 30% wstępu do tego co Cię czeka:)



GOTOWI...DO STARTU..START!!!!

 







niedziela, 7 grudnia 2014

Znajdź pracę, którą pokochasz, a nie będziesz musiał pracować.

Gdzie ona była gdy jej nie było?
Na wyspie.
Na Zakynthos.
I ostatnio zatęskniła za pisaniem.
Nawet bardzo.
Tak bardzo, że chce napisać o wszystkim co było
greckie,
turystyczne,
kotowe,
rezydentowe,
smaczne,
romansowe,
oraz Zakynthosowe
i nie wie od czego zacząć...




Więc postanowiłam, że zacznę od końca. Od podsumowania.
Podsumować mogę to tylko jednym zdaniem:
                                                          znalazłam pracę marzeń.
Taką pracę, która daje mi ogromne szczęście.
Pracę, która codziennie zaskakuje czymś innym.
Pracę, która pozwoliła mi połączyć przyjemne z pożytecznym.
Pracę dzięki, której mogę gdzieś być, zwiedzać, oglądać, przeżywać, fotografować, poznawać.
Pracę, która  motywowała codziennie, żeby wiedzieć więcej, nauczyć się więcej, być lepszym rezydentem/pilotem niż dzień wcześniej.

Życzę każdemu znalezienia takiej pracy.
Dla jednego będzie to milion papierków z cyferkami, dla innego stos kabli/śrubek a dla kogoś jeszcze innego będzie to laboratorium pełne fiolek i wybuchających cieczy.
I nie jest łatwo znaleźć taką pracę, bo na pewno milion osób po drodze, będzie mówiło, że po co? / dlaczego? / źle Ci w obecnej pracy? / inni mają gorszą pracę / będziesz ryzykować wszystko? / za stara jesteś / jutro Ci przejdzie.
 [ niepotrzebne skreślić :) ]
 [można nie skreślać niczego]

Ale jak się jest młodym, bez własnej rodziny, bez dzieci, to jak to mówią: WHY THE HELL NOT?!

                           Znajdź pracę, którą pokochasz, a nie będziesz musiał pracować.

Od maja do października zasuwałam jak królik Energizera.
Bez dnia wolnego.
Lotnisko, prowadzenie wycieczek, spotkania informacyjne, dyżury w hotelach, osobliwi turyści.
Praca 24/7.
Bo nigdy nie wiesz kiedy Janusz zadzwoni się poskarżyć na głośno tupiącego pająka lub, kiedy Grażynka  będzie domagać się wymiany kafelek w basenie.
To wszystko doprawione autem bez klimy przy 35 stopniach, pomykaniem w obcasach , mundurową, aseksualną za kolanko spódnicą oraz bezwzględnie nieprzepuszczającą powietrza koszulą zapiętą na przedostatni guzik.
Wieczory wypełnione ustawianiem grafiku na dzień następny, odbieraniem milion telefonów od Januszy (bo pająk nadal tupie) i Grażynek (Niemcy mają ładniejsze kafelki!), na koniec łyk greckiego wina, grecki chłopak, grecka kolacja i spać.
I choćby nie wiem jak mnie Grażynka kafelkami zdenerwowała, i choćby  nie wiem jak wielka bieganina była tego dnia, zasypiałam przeszczęśliwa i zadowolona.
Budziłam się równie przeszczęśliwa i zadowolona, że dziś mogę znowu to robić!
Że będę gnać w nieoddychającym mundurze w rozgrzanym do granic możliwości aucie przez miasto gdzie połowa restauratorów macha i pozdrawia mnie już z kilometra.
Że będę mogła po raz 30-ty obejrzeć jedną z najczęściej fotografowanych plaż na świecie i TEN wrak.
Że znowu poprowadzę wycieczkę, podczas, której z uśmiechem na ustach wytłumaczę Grażynce po raz setny czemu Niemcy mają inne kafelki w basenie.
Że gdy po wycieczce owa Grażynka będzie  mi biła brawo w autokarze , to będę wiedziała, że poza kafelkami Grażka zapamięta mnóstwo ciekawostek o greckiej kawie, będzie w Polsce sypać historyjkami o greckich bogach i błyśnie wiedzą o oliwie z oliwek.
I to wszystkie dzięki mnie.
To jest cudowne.
To jest motywujące.
To mnie uszczęśliwiało.
Co więcej: udało mi się również uszczęśliwić Grażynkę :)


I dlatego mam zamiar się tak uszczęśliwiać przez najbliższe 5 lat.

OPAAA!!!!

Panna Anna




"Ja rozumiem, że obowiązująca w naszym kraju religia nie
 pozwala na cieszenie się życiem bo z zasady tu na ziemi powinniśmy
cierpieć a prawdziwy raj to będzie jak nas złożą dwa metry pod ziemią.
Ale wierzę, (może dlatego, że jestem głupi) że powinniśmy dążyć do tego
 aby zwyczajnie bywać – tu duże słowo SZCZĘŚLIWYMI.
 A pierwszym elementem prowadzącym w tym kierunku jest zrozumienie co nam tak naprawdę sprawia przyjemność.

Może nie stać cię teraz na wiele rzeczy,
 które wydają się ważne: mieszkanie,
samochód, wakacje, kieckę, buty (wstaw sobie dowolną pierdołę).
Ale stać cię na pewno na szczerość. Ona nie wymaga kasy.
Zastanów się więc co chcesz robić? W czym jesteś dobry/a?
A dalej po prostu to rób i idź za marzeniami. Kiedy masz to robić jak nie teraz?
Kiedy masz ryzykować jak nie teraz? Wiem, że to niepopularne
ale w życiu nie chodzi tylko o to aby zarabiać dużo banknotów,
 ale o to aby każdy dzień zaczynać z uśmiechem na ustach.
"

cyt.z Piotr C. "POKOLENIE IKEA"











 

środa, 21 maja 2014

Moje Wielkie Greckie Rezydentowanie.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

W Turcji mnie nie chcieli, ale za to w Grecji a i owszem.

I tym sposobem już od czerwca będę na wyspie ZAKYNTHOS, zwaną  Zante.

photo: Google


A tutaj mała zapowiedź jak wygląda wyspa.
(Oczywiście wszystkie zdjęcia są z internetu, na moje możecie liczyć za parę tygodni :D)


Słynna Zatoka Wraku:

photo: Google


photo: Google


 Blue Caves:

photo: Google



Żółwie Caretta Caretta:


photo: Google


photo: Google


Miasto Zakynthos:

photo: Google


photo: Google






niedziela, 11 maja 2014

Na tureckim kazaniu...

Jak już pewnie cześć z Was wie z Facebooka zagadka mojego miejsca już się wyjaśniła.

I niestety nie w pozytywny sposób..
Otóż w piątek miał być dzień, w którym uroczyście miałam powiedzieć gdzie się wyprowadzam i co będę robić...
O 4.30 w nocy jechałam półprzytomna do Warszawy  busem, żeby na 10.00 być w Ambasadzie....Tureckiej.
Tak- miałam jechać do Turcji.
Jako rezydent biura podróży.
Zupełnie nowa kultura, nowy kontynent, nowe wyzwanie.
Niestety... Pani w Ambasadzie stwierdziła, że rezydenci muszą mieć ukończone studia z zakresu turystyki lub mieć licencję pilota.
Grzecznie wytłumaczyłam, że przecież  od tego roku nie ma już państwowego egzaminu na pilota, ale Pani mi powiedziała, że muszę wtedy mieć ukończone studia, po czym poradziła mi się na takie zapisać i wrócić za 3 lata...
I to by było na tyle z postawienia nogi na nowym kontynencie.

Ale, ale....
biuro wyśle mnie gdzie indziej :)
Mam się dowiedzieć w przyszłym tygodniu.
Widać Turcja nie była mi pisana i może ten drugi kraj ma dla mnie ciekawsze plany :)



fot.Google


piątek, 2 maja 2014

The adventure is calling so I must go!

Hello po dłuuugiej przerwie!
Dużo się działo w ostatnim czasie i doba była zbyt krótka, by na bieżąco pisać.
Ale już niedługo szykuję niespodziankę.... 


Otóż już pod koniec maja znowu ruszam w świat ! 


I na kilka miesięcy wyprowadzam się do innego kraju, zupełnie innego niż wszystkie w jakich byłam dotychczas...

Więc będą nowe atrakcje, relacje i rewelacje. 

Kto, co, jak i dlaczego napiszę wkrótce :)

fot. Google

niedziela, 16 lutego 2014

Road Trip. Day 6. Salt Lake City.

Po dwóch parkach: Mesa Verda i Arches pojechaliśmy do miejsca noclegu: Salt Lake City.
Miasto to kojarzy się głównie z zimową olimpiadą w 2002 r.
Wjechaliśmy tam późnym wieczorem i po chodzeniu przez cały dzień w 40 stopniach po pustyniach miło było poczuć chłodek i świeże powietrze.
Gdy wjeżdża się do miasta nie sposób zauważyć wielkiego oświetlonego budynku, który wygląda jak zamek.




Budowla ta jednak nie jest zamkiem a kościołem.
Bajkowo oświetlonym kościołem.






 Wyglądał na prawdę nieziemsko..




Salt Lake City jest  miastem w większości zamieszkanym przez mormonów, czyli ludzi wyznających religię Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, po angielsku:. The Church of Jesus Christ of Latter-day Saints – w krajach anglojęzycznych przyjął się skrót LDS.
Główna siedziba znajduje się właśnie w Salt Lake City.




W USA religia ta jest bardzo popularna. Kościół jest w większości krajów świata i liczy około 15 mln wiernych.
Mnie osobiście uczyła Zumby babeczka, która była mormonką i była przecudowną osobą, zarażała wszystkich optymizmem, poświęceniem i radością.
Na prawdę niesamowita kobieta.
Wbrew wszystkim stereotypom mormoni wcale nie uprawiają poligamii. Wręcz przeciwnie.
 "Wierzą w  małżeństwo na wieczność oraz, że związek między mężem a żoną (oraz przyszłymi dziećmi) będzie trwał nie tylko do śmierci jednego ze współmałżonków, ale jeżeli oboje dochowają wierności (sobie nawzajem oraz Bogu i jego przykazaniom), to ich małżeństwo i rodzina będą trwały przez całą wieczność. Mormoni kładą duży nacisk na szczęście rodzinne. Mają też zazwyczaj wielodzietne rodziny" / Wikipedia

Moja babka od zumby miała 4 dzieci :)

Następnego dnia rano udało mi się wyciągnąć Patrycję na szybkie wyskoczenie pod Utah State Capitol.
Nie udało mi się dojechać do Washingtonu, żeby obejrzeć ten najsłynniejszy Capitol, ale po obejrzeniu tego w Salt Lake mogę śmiało powiedzieć, że teraz nie śpieszy mi się tak do tamtego.



Budynek jest nieziemski!
Ogromny, potężny i cudnie góruje nad miastem.



Przed samym wejściem znajduje się ul.
Ul i pszczółki to symbol stanu Utah i nie ma on nic wspólnego z wytwarzaniem miodu czy tym bzyczącym przemysłem.




Otóż założyciel miasta i kościoła mormońskiego po przybyciu na obecne tereny Salt Lake City zdecydował, że tu osiądą a symbolem ich nowego miasta będzie ul, który ma pokazywać, że tylko wspólną pracą wielu ludzi można zbudować coś wielkiego i znaczącego.
I w ten sposób stan Utah został "The Beehive State" i ul znajduje się na fladze stanowej.



Po wejściu do środka można powiedzieć tylko WOOOOOW.
Wszędzie wypolerowany marmur, niesamowita gra świateł wpadająca przez okna, rzeźby i przenikliwa cisza.
Mnie urzekły najbardziej przepiękne schody.
Już widziałam oczami wyobraźni jak schodzę po nich w sukni balowej...AH!




Ta sama wyboraźnia podsunęła mi również wizję jak pięknie ślizgają mi się buty na tych wygładzonych do granic możliwościach schodach i spadam z gracją i łomotem na sam dół...



Dlatego skupiłam się na oglądaniu innych rzeczy.



Wnętrze kopuły:






Po wyjściu z Capitolu w końcu ukazał się przepiękny krajobraz
Osoby tam pracujące mają niezły widok z biura :)









 Potem skoczyłam tylk raz dwa kupić magnesik z Salt Lake City do kolekcji i jechaliśmy dalej, bo czekała nas jazda do Yellowstone.

Ale,ale...
Jakże wyjechać z Salt Lake City bez zobaczenia tytułowego Salt Lake?
Otóż terrorem i stanowczością zarządziłam, że nie ma takiej możliwości, żeby nie podjechać i chociaż z daleka zobaczyć tego jeziora.
Bo muszę i kropka.
Wypytałam parę spotkanych osób, gdzie w kierunku naszej jazdy, jest jakiś punkt widokowy i okazało się, że to wcale nie taka prosta sprawa.
Więc po sterroryzowaniu reszty grupy pojechaliśmy na Antelope Island, które było jednym z najlepszych punktów.


Czemu Salt LAke jest takie sławne?
Otóż jest ono po Morzu Martwym drugim najbardziej słonym akwenem świata oraz czwartym co do wielkości jeziorem bezodpływowym na świecie.
W jeziorze nie występują ryby, tylko algi i jakieś małe skorupiaczki pędraczki.
Wielkie Jezioro Słone stanowi pozostałość plejstoceńskiego jeziora Bonneville, które miało powierzchnię ok. 50 tys. km². (Wikipedia) /dla porówniania: to cała powierzchnia Słowacji /
Woda w nim jest tak gęsta, że można wręcz pić herbatę leżąc na powierzchni wody :)





Na wyspę wjeżdza się dłuuuuuuuuuuuuuuuuuugą drogą po której bokach jest tylko sól, sól, martwe zasolone żyjątka i kosmiczny krajobraz.
Ale potem, po wjechaniu już na wyspę ukazuje się takie cudo:


O ile np widoki na Hawajach skłaniają do rozpływania się w marzeniach, zachody słońca wywołują romantyczny nastój a Wielki Kanion do przemyśleń o wielkości tego świata i potęgi natury, tak tutaj mogłabym absolutnie siedzieć i medytować.
Idealne miejsce do yogi, wyciszenia się.









Natura tutaj milczy. Cisza. Zupełnie nic.

Woda jest tak idealnie równa, szklana, że aż wydaje się sztuczna.




Tylko cisza i niesamowity spokój.



Niestety moje wyciszenie i stan zrelaksowania prysnęły kiedy wybuchnęłam śmiechem po przeczytaniu tej oto instrukcji wiszącej w Visitor Center na wyspie:




I tak oto bizońskim akcentem zakończyliśmy pobyt w Salt Lake City.
A na koniec  jeszcze człowiek-zwiedzacz w pełnym rynsztunku,
plecak:checked!
lustrzanka: checked!
na-paśnik w pasie: checked!
zdjęcie z ręki w lustrze: checked! :)














wtorek, 28 stycznia 2014

Don’t date a girl who travels.



She’s the one with the messy unkempt hair colored by the sun. Her skin is now far from fair like it once was. Not even sun kissed. It’s burnt with multiple tan lines, wounds and bites here and there. But for every flaw on her skin, she has an interesting story to tell.



Don’t date a girl who travels. She is hard to please. The usual dinner-movie date at the mall will suck the life out of her. Her soul craves for new experiences and adventures. She will be unimpressed with your new car and your expensive watch. She would rather climb a rock or jump out of an airplane than hear you brag about it.




Don’t date a girl who travels because she will bug you to book a flight every time there’s an airline seat sale. 




She wont party at Republiq. And she will never pay over $100 for Avicii because she knows that one weekend of clubbing is equivalent to one week somewhere far more exciting.
Chances are, she can’t hold a steady job. Or she’s probably daydreaming about quitting. She doesn’t want to keep working her ass off for someone else’s dream. She has her own and is working towards it. She is a freelancer. She makes money from designing, writing, photography or something that requires creativity and imagination. Don’t waste her time complaining about your boring job.




Don’t date a girl who travels. She might have wasted her college degree and switched careers entirely. She is now a dive instructor or a yoga teacher. She’s not sure when the next paycheck is coming. But she doesn’t work like a robot all day, she goes out and takes what life has to offer and challenges you to do the same.


Don’t date a girl who travels for she has chosen a life of uncertainty. She doesn’t have a plan or a permanent address. She goes with the flow and follows her heart. She dances to the beat of her own drum. She doesn’t wear a watch. Her days are ruled by the sun and the moon. When the waves are calling, life stops and she will be oblivious to everything else for a moment. But she has learned that the most important thing in life isn’t surfing.




Don’t date a girl who travels as she tends to speak her mind. She will never try to impress your parents or friends. She knows respect, but isn’t afraid to hold a debate about global issues or social responsibility.



She will never need you. She knows how to pitch a tent and screw her own fins without your help. She cooks well and doesn’t need you to pay for her meals. She is too independent and wont care whether you travel with her or not. She will forget to check in with you when she arrives at her destination. She’s busy living in the present. She talks to strangers. She will meet many interesting, like-minded people from around the world who share her passion and dreams. She will be bored with you.



So never date a girl who travels unless you can keep up with her. And if you unintentionally fall in love with one, don’t you dare keep her. 

Let her go.




Żródło tekstu: https://medium.com/better-humans/802c49b9141c