czwartek, 22 grudnia 2011

Ho Ho Ho!

Wiersz nr 1. Poezja własna z elementem przepowiedni:

Merry Christmas, Christmas Merry,
po świętach grubszam o kilo cztery.



Wiersz nr 2. Znalezione gdzieśtamkiedyśtam i co roku śmieszy mnie tak samo. A nawet i bardziej.


When snow pada na trotuar
And the children happy are,
When ślizgawka on the street,
And we all a grzaniec need,
Then you know, to wydarzenie:
It is coming Boże Narodzenie.


All parkingi są zajęte,
People jeżdżą jak najęte,
Tesco, Auchan, Hypernova,
Gorączka nearly zawałowa
Shopping choinkowe things
And the Christmas rings.


Mother in the kitchen bakes
Sernik, piernik i z polewą keks
Daddy zaś w living pokoju
Choinkę wielką ustroił
He is hanging big balls szklane,
Wherever he only z drabiny nie spadnie…


Finally rodzinka liczna i cała
W living roomie się zebrała
Now sings the happy family
„Oh, what a wonderful christmas tree”
And in the house każdy zajęty
Bo choinkowe roz-packing prezenty.


Mama ukrytą finds pod choinką
Patelnię z teflonu i bardzo red szminkę,
Papa gets socks and red krawatkę,
Children zabawki i shirts na dokładkę.
President speaks potem on TV,
Wszystko around in harmony.


Póki się mother do kitchen nie udała
i gęsi świątecznej all burned nie ujrzała.

And so comes brave straż pożarna,
Na wszystko ready i bardzo ofiarna
And they bring very, very long węże
I także drabiny jak mountains potężne.
Otwarli zawory i woda aż chlupie,
Christmas mają wszyscy już teraz w…


Merry Christmas, Merry Christmas,
Hear the music, enjoy ten czas,
Wesołych świąt, wesołych świąt,
Merry Christmas, pozdrawiam was…




WESOŁYCH ŚWIĄT!!

wtorek, 20 grudnia 2011

Chora od zaraz..

 Zaraz. Taki duży zarazek.





No i pieczenie marshmallows po nocach w grudniu wyszło mi bokiem.
Boczkami też, bo tak  mi zasmakowały..
A bokiem wyszło mi tak, że sobie z Jo przy ognisku zaczęłyśmy śpiewać.
Płonie ogniskoooo w lesieeeeee....
Tyle słońcaaaa w cAAAAłym mieścieeee...
Od wyboru to koloru.
Idol, Mam Talent i Jaka to melodia w jednym.
Po 3 godz jak opuściłyśmy to ogniskowe ciepełko to zaczęło mnie boleć gardło.
Calutką niedziele przeleżałam w łóżku faszerując się tutejszym Fervexem, witaminami i herbatą z miodem.
A tu w poniedziałek rano ani me, ani be ani kukuryku.
Na dodatek dzieciaki zaczynały ferie zimowe..
Dźwięk z mojego gardła przypomniał raczej zatkaną, krztuszącą się rurę wydechową.
Nawet śliny nie mogłam przełknąć.
Szeptem wydukałam hostce, że nie mogę mówić i, że w sumie to bym musiała iść do lekarza.
Tylko gdzie?
Zadzwoniłyśmy do mojej LC, ale ta niestety nie obierała telefonu.
Przypomniało mi się, że na szkoleniu dostaliśmy ubezpieczenie na cały nasz pobyt i tam jest adres strony, na której mamy znaleźć lekarza, który ma podpisaną umowę z agencją.
HM mi go wyszukała i umówiła wizytę.
Lekarz starszawy hindus.
Mówił strasznie niewyraźnie, i sytuację tę tylko pogorszył zakładając maseczkę.
Juuuu szhuuuuddd taaaakekeke blablabla.
Za przyjemność spędzenia 3 minut z hindusem plus wypisanie recepty policzyli sobie 100$ :/
Masakra.
W aptece przed wydaniem leku poprosili mnie o pokazenie ubezpieczenia i powiedzieli, że oni tego nie uznają, więc muszę zapłacić pełną cenę.
Na szczęście od ceny leku nie dostałam jeszczej większej gorączki.
Bo po kwocie 100$ za wizytę, 16$ za antybiotyk nie zrobiło na mnie dużego wrażenia.
Mam go brać przez 4 dni i się wygrzewać.
Jak się domyślacie chora au pair to problem dla rodziny.
Zwłaszcza jak dzieciaki akurat mają wolne.
Na szczęście zamiast mnie mogła przyjść moja koleżanka.
A ja leżakuję już trzeci dzień.
Przewracam się z boku na bok, śpię, słucham świątecznej listy przebojów i nadal jestem chora.
Ale na szczęście mogę już mówić.
Więc antybiotyk zaczyna działać.
Teraz pozostaje czekać czy w ubezpieczalni zadziała system oddawania pieniędzy za lekarza.
Muszę powypełniać jakieś formularze, porobić kopie rachunków i uzbroić się w cierpliwość.
Zobaczymy jak to działa w praktyce.
Jak tylko czegoś więcej się dowiem to na pewno dam znać :)




.

niedziela, 18 grudnia 2011

Świątecznie przed.

Za tydzień już święta.
A nastroju nie ma.
Brak śniegu- brak nastroju.
Choć wiem, że w PL śnieg jeszcze też nie zalega tonami na ulicach.

Co bym nie narzekała, to nie zaprzeczę, że to miła odmiana, tak sobie popatrzeć na palmy z choinkowym oświetleniem.
I, że  w połowie grudnia o 22.00 siedziałam przy ognisku piekąc swoje pierwsze w życiu marshmallows.
No dobra...pierwszego zjarałam całkowicie.
Ale reszta wyszła idealnie.

Jednak klimat jest tutaj bardzo świąteczno-konsumpcyjny.
W sklepach są ogromne przeceny więc wszyscy szaleją.
Więcej, taniej, jeszcze więcej, kupmy to!
Ileż oni tu mają gadżetow, pierdółek, dekoracji, drobiazgów świątecznych to się w głowie nie mieści.
Jedną z moich ulubionych rzeczy jest renifer.
Próbowałam sama zrobić zdjęcie renifera, ale niestety jest to bardzo ciężkie.
Wszystkie renifery, które mijałam poruszały się bardzo szybko lub były otoczone ludźmi więc nie było jak się dopchać.
Tak więc wstawiam zdjęcie znalezione w internecie.
Renifer wygląda tak:



I jak tu się nie uśmiechnąć.
Zwłaszcza jak można się czasem natknąć na całe stado! :)

Jak ktoś nie lubi reniferów to ma też wersję ze zwykłym wieńcem:



Tak więc jak widać święta u Amerykanów w pełni/

Oczywiście nie może się obejść bez odpowiedniej oprawy muzycznej.
Tradycyjnie co chwilę słyszę, że Marysia tylko mnie chce na święta, choć Dżordż  twierdzi, że już w zeszłe święta oddał mi swoje serce.
A ja nie chciałam i oddałam.
Głupia ja. Oj głupia.
Jednak najbardziej rozczula mnie Jaś, który swoim seksownym zachrypniętym głosem prosi mnie, żebym wróciła na święta do domu.
Niestety nie mogę wrócić.
I będą to moje pierwsze święta bez familii.
Więc ile razy on to śpiewa to mnie ściska.
A jak nikt nie widzi to i nawet intenstywnie nawilżam oczy.
Domyślam się, że nie ja jedna.

Przyznać się tu, która tam zagranicą by na święta chciała być w domu...
Choćby nie wiem jak nam za tą granicą dobrze było, to "dom Twój tam , gdzie serce Twoje"...i barszcz z uszkami plus pierogi :)

A teraz czas na świąteczną listę przebojów. Kolejnośc przypadkowa. Uwielbiam wszystkie.
Opróczy trzech nieśmiertelników, które wymieniłam już wcześniej, w dzisiejszym notowaniu znalazły się:

1. It's beginning to look alot like Christmas
2. Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!
3. Have a holly jolly Christmas!
4. Rockin' Around the Christmas Tree
5. Santa Claus is Coming To Town
6. Do they know it's Christmas time
7. Santa Baby
8.
9. Here Comes Santa Claus
10. Blue Christmas




Ho! Ho! Ho!

wtorek, 6 grudnia 2011

0,5..

 ...nie litra na głowę.
Pół roku minęło.
Aż pół, tylko pół czy po prostu pół?




Siedzę właśnie w amerykańskim rozciągniętym dresie z amerykańskim MAC-em na kolanach, gadam sama do siebie i to po angielsku na dodatek.
Nie dziwią mnie już ludzie w piżamach w sklepie.
Za to pani w skarpetkach  chodząca po ulicy trochę tak.
Szczerze odpowiadam na tysięczne pytanie "How are you doing?"
Na śniadania zamiast polskiej buły wcinam pełnoziarniste tosty z przeorganicznym dżemem.
Ale nadal zapijam herbatą.
Uwielbiam lunch'e i  brunch'e.
Kocham tutejsze autostrady i szerokie drogi.
Podoba mi się bardzo pomysł ze skrętem w prawo na czerwonym świetle.
Nie wkurzam się kiedy jest korek. Bo i tak się pruje 90 km/h.
110 /h to ja na kawę jadę.
Starbucks kosztuje grosze.
I miło jak mówią do mnie po imieniu.
Nie szkodzi, że jestem raz Ana, innym razem Hannah a jeszcze innym Annie.
Ludzie w supermarkecie jak mnie mijają to przepraszają, że musnęli i naruszyli swoim podmuchem  moją przestrzeń osobistą.
Z hamerykańskim uśmiechem oczywiście.
W sklepach można wszystko zwrócić.
Poza wczorajszym nieświeżym obiadem.
Ciuchy, buty, gumki do włosów, pinezki, wykałaczki.
Cokolwiek co nam się przestało podobać.
I nie trzeba się godzinę tłumaczyć czemu i wypełniać milion papierków, z podaniem i trzema zdjęciami włącznie.
"I'm not satisfied" i kropka.
Nasz klient, nasz pan.
Kasa z powrotem, fenk ju wery macz, si ju egen!
Pogoda jest cudna.
Wstaję rano i aż chce się wyjść.
Słońce, słońce i jescze raz słońce.
Aczkolwiek  "Last Christmas" w połączeniu z palmą przozdobioną bożonarodzeniowymi lampkami bardzo razi.
Śniegu nie ma, ale nie jeden bałwan się znajdzie.
Wkurzają mnie inch'e, feet'y, mile i farenheit'y.
Ameryka jest za daleko od Gdyni.
Zdecydowanie Pangea była by mi bardziej na rękę.
Tęskno, smutno i samotno mi czasem.
Ale można przywyknąć.
Coś za coś.
Widok Wielkiego Kanionu rekompensuje wszystko.
I na szczęście mam grupę wspaniałych znajomych, bez których nie wyobrażam sobie życia tutaj.
Dlatego następne pół roku minie jeszcze szybciej.
I trzeba będzie się znowu zastanowić co dalej.
Co, gdzie, jak wybrać.
Bo oczywiście wolałoby się mieć wszystko.
Ale nie można.

A jeśli się podoba w dwóch miejsach?
To problem z wyborem będzie podwójny.
Ehh.
Żeby nie było zbyt podnośle, to z okazji Mikołajek świąteczny pokemon do kolekcji:
Ho Ho Ho!


I obyście byli niegrzeczni! :)



P.S. szklanka szklance nie równa.

No i która szklanka jest wasza?
Bo ja pomyślałam o frytkach...........


Good Night America.