poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Double Week 16&17. 365 Project.

Wcięło mnie na cały tydzień.
Aż zapomniałam jak wygląda blog...
Tyle teraz robię, że nie wiem kiedy tydzień mija!
Ten był zwłaszcza busy busy, bo przyjechali znajomi, których poznałam 2 lata temu a którzy niestety ku rozpaczy wszystkich rok temu wrócili do Polski i teraz wpadli na cały tydzień w odwiedziny ze swoim synkiem.
Więc codziennie do nich jeździłam, żeby się nimi nacieszyć.
Dlatego dziś wrzucam na ruszt podwójnego hamburgera- dwa tygodnie razem.


105/365
Na drzwiach od lodówki zawisła dziś kartka wyznaczajaca ile czego mamy jeść...
Bo Młoda mimo jedzenia tylko warzyw i owoców ma za mało witamin i za mało wapnia, więc musimy ściśle tej listy przestrzegać. 
Dali by się dziecku porządnie najeść to by od razu jej wszystko do normy wróciło :)

 

106/365
Pies się zakochał..
...albo wyczaił dobrą zakąskę.
Od dwóch tygodni leży przylepiony do klatki z królikiem i świnką morską.
I wpatruje się jak zahipnotyzowany w świniaka.
Nie spuszcza go z oczu.
Przez pierwsze dni nawet nie jadł i nie pił.
Nie pomaga przykrywanie klatki, bo wskakuje tak, że ściąga koc na ziemię.



107/365
Mamy taki zwyczaj, że rysujemy sobie z Młodą różne rzeczy w kalendarzu i przeglądałam go dziś i to znalazłam...





108/365
Młoda w przyszłym tygodniu będzie miała super wycieczkę klasową.
Jadą na noc do zacumowanego w porcie dużego statku z 1866 roku.
Zanim tam dotrą musieli udawać, że składają aplikację to różnych grup na statku np: kuchnia, rozrywka, grupa od sprzątania itp.
Musieli też napisać podania i wyjasnić czemu się starają o taką pozycję.
Do tego przez 3 tyg uczyli się śpiewać szanty i każdy obowiązkowo musiał znać trzy.
Oprócz śpiewania mieli szkolenie jak wygląda musztra na statku, jakie komendy się wydaje i jak się na nie reaguje.
Każdy dostał też kawałek sznurka i musiał się nauczyć wiązać kilka węzów.
Czy to nie jest super pomysł!!?
I w to były wplecione inne przedmioty: historia, matematyka,muzyka i wszystko kręciło się wokól tej wycieczki.





109/365
Dziś Młody miał przedstawienie w szkole, w którym grał.
Nie mogłam nie pójść :)
Siedziałam po zupełnie innej stronie niż hości  i Młody przez całe przedstawienie patrzył się na mnie.
Sprawdzał czy klaszczę, czy się uśmiecham i robiłam mu oczywiście głupie miny :P
Na końcu przedstawienia przyleciał najpierw do mnie, mimo, że rodzice stali niedaleko...
Dopiero po chwili jak już go wyściskałam i pogratulowałam, przypomniało mu się, że musi iść do nich też.
Host poklepał go po ramieniu " god job son" zrobił mu zdjęcie i tyle.
Potem poszliśmy razem do stolika gdzie były ciastka, snacki dla dzieci i Młody się mnie pytał czy może słodycze a ja " no pewnie! bierz ile chcesz! zasłużyłeś po takim super show".
Młody dał mi do trzymania talerz, począstował kawałkiem swojego ciastka i wogóle nie zwracał na nich uwagi.
A oni stali... i się gapili...wręcz znudzeni.
Chcieli mi go potem zabrać do domu, mimo, że mieli już wolne do końca dnia.
I zamiast gdzieś z nim pójsć to miał siedzieć w chałupie...
Więc go zabrałam natychmiast i czekaliśmy 2h, żeby Młoda skończyła lekcje.
W tym czasie grałam z nim i jego kolegami w piłkę.
Nagle jeden walnął mnie niechcący piłką i powiedziałam AUA.
A Młody na to " dont you dare to kill my au pair!! Only i can hit her!" 
Mój broniący mnie potworek :)





110/365
Dziś pojechałąm do Berkeley w okolice uniwerku i natknęłam się na coś, co zwykle ogląda się w amerykańskich filmach i myśli: "taaa już ja to widzę, jak oni tak imprezują..ci scenarzyści to zdrowo przesadzają."
Otóż nie przesadzają.
W kilkunastu domach, gdzie każdy miał z przodu greckie litery wskazujące na studenckie organizacje typu Lambda PI itp,  były dzikie imprezy.
W ogródkach były porozstawiane dmuchane baseny, wodne zjeżdżalnie, mini tropikalne wyspy a jeden z domów był cały ogrodzony parawanem i dookoła niego stało 5 ochroniarzy!
Chyba w pięciu miejscach widziałam stoły do beer-ponga.
Ogólnie to była dopiero 12.00 w południe a wszyscy byli już zdrowo pijani.
Wszystko oczywiście odbywało się przy mega głośnej muzyce.
Strój obowiązkowy: bikini i spodenki kąpielowe.
DJ'e siedzieli na balkonach z profesjonalnymi stołami do mixowania, a kanapy stały nawet na dachach.
Szalleeeństwo.
American Pie party LIVE.  




111/365
Od dwóch lat wybierałam się na MT Diablo, którą mam zaraz za plecami.
Ale zawsze to przekładałam na później.
Niestety to PÓŹNIEJ kończy się juz niedługo więc stwierdziłam, że najwyższa pora tam pojechać.
Ma prawie 1200m i ponieważ okolice tutejsze są w miarę płaskie to widać ją z każdego miejsca i jest bardzo charakterystycznym znakiem East Bay i SF.
Nie lubię chodzić po górach więc jak to na leniwca przystało wjechałam autem na sam szczyt.
Dopiero tam trochę połaziłam i chłonęłam widoki.
Nad głową latali mi paralotniarze, ludzi nie było dużo, więc we własnym wolniutkim tempie miałam czas pokontemplować w ciszy i spokoju.
Co mnie zaskoczyło to, że faktyczny czubek tej góry jest schowany i zamknięty w malutkiej wieży na samym szczycie.
Truptałam sobie po tych zboczach Mt Diablo ok 4 godz. 
A na koniec pojechałam do pobliskiego parku z jeziorkiem, żeby posłuchać szumu wody.
Zdecydowanie jestem człowiek z nad morza.






WEEK 17

112/365
Z cyklu hostkowe szaleństwa.
Nalepki ze spiżarki.
Bo parę razy zostawiłam nie zamknięte pudełka po płatkach i nie domknięte orzeszki...





113/365
Dziś miałam ap meeting.
Byłam jak zwykle tylko ja i potem doszła trzytygodniowa świeżynka.
Świeżynka pochodzi z Francji i z miejsca rozłożyła mnie pytaniem:
"a to w Polsce nie mówi sie tak jak w Niemczech-po niemiecku? To jaki macie język? Rosyjski?" 
Ręce opadają...
Jak to podsumowała idealnie Paulina w komenatrzu na facebooku:  "my nie mówió, my dawać znaki dymne".
Dokładnie tak powinnam jej odpowiedzieć wtedy..
Dzisiejsze spotkanie miałyśmy w cukierni więc w ramach kolacji zafundowałam sobie potrójne, ciepłe brownies, z lodami french vanilla, z bitą śmietaną, polane ciepłym sosem karmelowym i czekoladowym a na końcu posypane orzechami włoskimi.
Ja nie mówić, nie dawać znaków dymnych, bo ja wsuwać i obżerać się deserem!
I potem ja się dziwić, że dupsko rośnie :P




114/365
O tym, że markowe kosmetyki w USA są dużo tańsze wiadomo od zawsze.
Zwłaszcza jeśli, ktoś zarabia normalnie (czyt: nie au pairską pensję) to na prawdę może sobie pozwolić na porządne rzeczy.
Ja jako ta z au pairską pensją, poluję często na promocje, oferty wiązane albo wyprzedaże.
Od samego początku tutaj kupuje pudry Clinique, bo jako jedyne mnie nie uczulają.
Kosztuje on tutaj 27$, więc nawet dla AP nie jest to mega wydatek.
Do tego skusiłam się dziś na tonik do twarzy i wtedy babeczka ze stoiska podowiedziała mi, że jak złożę aplikację o karte kredytową tego sklepu to dostanę bonus i parę extra kosmetyków.
To mówię jej grzecznie, że raz już próbowałam i z moimi zarobkami to w banku przy rozpatrywaniu tego podania mieli chyba niezły ubaw.
A ona, że nie szkodzi, że mi odmówią.
Liczy się chęć złożenia podania, potem oni mi odmówią wydania karty a ja i tak z siateczką pełną fantów zostanę.
No to tak zrobiłam i tym sposobem dorzuciła mi dwie kosmetyczki, trzy tusze do rzęs, full size błyszczyk jakis magiczny krem i cienie z różem do policzków.
Zestaw warty fortunę, bo każda z tych rzeczy kosztuje min 25$!
W życiu nie miałam tylu markowych kosmetyków :P
Sioster i Mama już sobie zęby ostrzą...




115/365
No i nadszedł długoooooo wyczekiwany  dzień: koncert Bon Jovi!!
Było cudownie!!!
Jon, przystojny i sexy jak zawsze, powalał głosem, charyzmą i energią.
Śpiewali i grali wszyscy rewelacyjnie. 
Opiszę to szczegółowo w osobnym poście :)




116/365
Oj ciężko się rano gadało, bo gardło miałam zdarte od wydzierania się na koncercie...
Ale jakoś dzień zleciał.
Jedyną ciekawostką z dnia była kolejna tajna notka w kalendarzu.
Oczywiście nie powie mi tego osobiście...
Tak się zestresowała, że aż nie wiedziała czy ten hall ma być "tidy" czy "free from.."
A ja czasem nie wiem czy ona jest "stupid" czy po prostu " free from brain" :P




117/365
Sobota. 
Pracowałam dziś 14 godz!
Hostka sie wcześniej zapytała czy to będzie ok, bo jeśli nie to ja bym pracowała tylko rano a potem ona weźmie babysitter.
Ale jeśli się zgodzę to ona oczywiście zapłaci mnie.
To się zgodziłam.
Padałam na pysk po całym dniu, ale myślę sobie warto, bo co najmniej 100$ dostanę.
I żałuję bardzo, że się zgodziłam....
A czemu to się dowiecie z dnia jutrzejszego.
Zdjęcie z dzisiaj jest z bobasem tej mojej koleżanki.
Wzięłam na chwilę moje dzieciaki, żeby się z nią zobaczyli, bo ona ich pilnowała w przerwie między JO a mną.




118/365
Dzień zaczął się tak, że się mega wkurzyłam.
Wychodzę na górę i hostka do mnie, że ona mi zapłaci tylko za 4 godz for my private time wczoraj, bo przecież my możemy pracować max 10h dziennie tak legalnie.......
Aż kubek z wrażenia upuściłam.
Mój błąd, że jej nic nie powiedziałam.
Napisałam już do LCC, czy to nie jest niezgodne z zasadą, że musimy mieć 1,5 wolnego w ciągu weekendu a ja caaaaalutką sobotę pracowałam.
Co prawda w tygodniu miałam może 35h pracy, ale wydaje mi się, że to nie powinno mieć wpływu na weekendy. 
1,5 dnia wolnego to 1,5 dnia.
Na szczęście reszta niedzieli była jak najbardziej udana, bo wybrałam się popływać z delfinami.
Nie udało mi się na Hawajach a zanim z tymi australijskimi popływam to jeszcze trochę minie, więc mówię  a co tam! Jadę!
Opiszę to dokładnie osobno jutro, a tymczasem zdjęcie Ani całującej delifina.
Żadne z nas nie zamieniło się w ropuchę, więc to chyba dobrze :P






EDIT: LCC napisała, że jeśli wszystko sie mieści w 45h to mogę tyle pracować i to obojętnie czy ona te godziny wykorzysta za jednym zamachem czy po trochu..ehhhh

czwartek, 18 kwietnia 2013

Fasolka. Chicago cz 2.

Wycieczkę po Chicago rozpoczęłam troszkę niechronologicznie, bo od SkyDeck, który odwiedziłam drugiego dnia.
Ale jakoś tak mnie wena naszła, żeby zacząć z dużej wysokości.
Dziś spadamy na ziemię i zaczynamy od początku.
W Chicago wylądowałam z prawie godzinnym opóźnieniem spowodowanym Latającym Barakiem Obamy czyli Air Force One, który to akurat lądował/krążył/czy poprostu stał na lotnisku SF i trzeba było wstrzymać dla niego ruch.
Tak więc dotarłam do Chicago ok 14 i do czasu kiedy miałam się spotkać z Natalią miałam 6 godz.
Z lotniska jedzie jedna linia prosto do centrum, kupiłam więc 3 dniowy unlimited rides bilet i uzbrojona w walizkę po 4 godzinach snu (bo lot miałam o 7 rano...) ruszyłam do centrum.
Kiedy wyjechałam ruchomymi schodami na powierzchnie nie mogłam lepiej trafić:




Tak, bez wątpienia jestem w Chicago!
Ponieważ na pójście do jakiegokolwiek muzeum było już za późno postanowiłam odszukać słynną fasolkę w Millenium Park.
Zanim tam dotarłam trafiłam do Visitor Center w nadziei, że mogę tam zostawić walizkę i chodzić dalej bez niej.
Niestety....
Okazało się, że nigdzie w centrum nie ma szafek na bagaże...
Więc wzięłam mapki i ciągnąc tą swoją kulę u nogi poszłam do fasolki.
Owa fasolka jest cudna!
NIe mogłam przestać się na nią gapić.
Ma taki opływowy kształt, że ma się ochotę ją pogłaskać, złapać i jak nikt nie widzi schować do kieszeni...
Dodatkowo wszystko się w niej odbija.
Niebo, ludzie, słońce i cała panorama Chciago za nią.
Obeszłam ją chyba z 5 razy z każdej strony, po czym usiadłam i po prostu się patrzyłam.




Find Wally: :)




 A tu wklęsłe wnętrze:



I wersja retro :)

No więc co to jest ta fasola?
Fasola vel The Bean,  a oficjalnie Cloud Gate.
Rzeźba została stworzona przez brytyjskiego artystę Anish Kapoor'a.
Ma wymiary 20x10m ,waży 110 ton i pokryta jest płatami stali, które dokładnie wypolerowano, dlatego jej powierzchnia jest równa i wydaje się jednolita.
Wszystko było polerowane już na miejscu, ponieważ była ona zbyt ciężka, żeby zrobić to gdzieś indziej i przenieść w docelowe miejsce w całości.
Inspiracją dla kształtu była płynna rtęć.
A skąd nazwa Cloud Gate?
"Chciałem w Parku Milenijnym stworzyć coś, co stanowiłoby połączenie z niebem. W tym przypadku możemy zobaczyć przepływające chmury i te bardzo wysokie budynki, które odbijają się w tej pracy. A także jako, że jest to forma wrót – uczestników, oglądających. Mają oni możliwość by bardzo głęboko wejść w to, w taki sam sposób, jak odbijające się części miasta. Niesamowity efekt wizualny czeka na odwiedzających to miejsce, kiedy staną „pod” Fasolką. Odbijają się wtedy w jej wielowymiarowym wnętrzu." AK.

To cudo obejrzałam dwa razy, raz w ciągu dnia a potem by night.
Bo nocą wszystko wygląda piękniej i magiczniej.
I nie mylilam się:












Po napatrzeniu się na fasolkę pojechałam na Navy Pier.
Kolejną atrakcję Chciago.
Pier, czyli nabrzeże/molo.
Ale Pier'y w USA wyglądają trochę inaczej niż molo w Sopocie.
Tutaj są to betonowe mega "wybiegi" na których są duże wesołe miasteczka, budynki, wielopiętrowe parkingii normalna droga.
Jako, że pogoda sprzyjała to ciągnąc moją walizkę za sobą przeszłam całe molo, po 1km w każdą stronę i podziwiałam jezioro Michigan i panoramę Chicago.

















 Teatr Szekspirowski:




Człowiek z walizką.
Ona tylko wygląda na wielką.
To malutki bagaż podręczny...
Chociaż po przejsciu z nią 2 km miałam wrażenie, że mam tam co najmniej 10 kg cegieł.



Po caaaałym dniu chodzenia miałam każda betonowa ławka wydawała się wyłożona mięciutkimi poduszkami...



cdn..

wtorek, 16 kwietnia 2013

412 m ponad chodnikami. Chicago cz 1.

Najwyższa pora odwiedzić Chicago.
Wybrałam się tam w czasie  narzuconego urlopu tzn hości pojechali sobie na Hawaje i kazali mi w tym czasie wykorzystać resztę moich wolnych dni.
W sumie 5 dni plus dwa weekendy.
Czemu akurat do Chicago?
Głównie dlatego, że do Waszyngtonu były za drogie bilety :P
Marzyło mi się DC i White House, ale finansowo nie dałabym rady.
Więc czaiłam się na jakieś lotnicze promocje i tak padło na "Czikagowo".
Robili wyprzedaż, bo tydzień wcześniej skończył sie tam spring break i musieli jakoś zapełnić samoloty.
Kiedy bookowałam bilety, ich cena wynosiła 279$, ale za długo klikałam i w momencie kiedy na 100% zdecydowałam się, że jadę podkoczyły już do 300$...
Nauczka na przyszłość.
Do tego przez bloga skontaktowała się ze mną Natalia, która tam mieszka i przygarnęła mnie pod swój dach na te cztery dni.
Nie żałuję, że tam pojechałam, bo miasto bardzo mi się spodobało.
Oczywiście w życiu nie zamieniłabym SF na Chicago.
Ale ma to COŚ.
Kto był w San Fran, wie, że jest tu uroczo, tak przytulnie, jedna główna ulica plus wąskie boczne, parę wieżowców, ale w większości to małe urokliwe domeczki, a Chicago to porządne amerykańskie miasto.
Kilkadziesiąt wielkich wieżowców, mega ulice, mega ruch, wszystko biegnie.
A wycieczkę po tym mieście zacznę z lotu ptaka.
Z najwyższego niegdyś budynku na świecie.
Obecnie nr 8, ale wciąż nr 1 w Ameryce.
Nazywa się Willis Tower, ale większość pewnie zna go pod nazwą Sears Tower.




Inna nazwa wynika po prostu ze zmiany właściciela budynku.
Wieżowiec ma wysokość 442 metrów.
Dla porównania Pałac Kultury i Nauki w Warszawie ma 237m (z anteną).



Inspiracją jego powstania była paczka papierosów, które architekt budynku powysuwał na różną wysokość,
I tak mamy 9 idealnych kwadratów 22mx22m.





Willis Tower jest drugim budynkiem w USA, zaraz po Pentagonie z największą liczbą biur i pomieszczeń.
W końcu jest co upchnąć na 108 piętrach!
Ale my staniemy ciut niżej: na 103 piętrze i wjedziemy tam jednymi z najszybszych wind na świecie.




Tam znajduje się nawyżej położona toaleta na zachodniej półkuli..
Ok, to też, ale główną atrakcją nie jest WC a Skydeck.
Skydeck to taras widokowy otwarty dla publiczności w 1974 na wysokości 412m, do którego w 2009 roku dołączyła obecnie największa atrakcja Chicago: cztery balkoniki wykonane z przeźroczystego szkła, które wystają ze ścian wieżowca na odległość 1,3 m.




Jeżeli ktoś ma lęk wysokości to zdecydowanie nie polecam.
Ja lęku nie mam, więc wlazłam z marszu.
SUPER SUPER SUPER!!



Świetne uczucie.
Jakby się latało w powietrzu.
Więc sobie siadałam, leżałam, opierałam się i podziwiałam widoki.


                                          Czy się stoi, czy się leży, coś od życia się należy :D



AAAA zaraz spadnęęęę !!!



ŻARTOWAŁAM!! Jest super!



W siną dal...w siną dall.....



Miałam szczeście, ponieważ byłam tam w piątek, zaraz po otwarciu, więc spokojnie można było nacieszyć się każdym balkonikiem.
I było dość czasu na głupie zdjęcia...



A tu się oprę...



 Zdjęcie stóp musi być..



Informacje praktyczne
Cena: 18$
Godz otwarcia: kwiecień-wrzesień 9.00-22.00
                        październik-marzec 10.00-20.00
Otwarte 365 dni w roku
Podobno czas stania w kolejce, żeby tam wjechać może wynieść nawet 1,5h...
Mi się udało i weszłam z marszu, w kolejce stałam może 2 minuty.
Ale to był piątek, w normalny szkolny dzień i godz 9.20


niedziela, 14 kwietnia 2013

Okruszek. Week 15. 365 Project.

98/365
Czas wrócić do pracy po urlopie.
Muszę przyznać, że stęskniłam się za gremlinkami :)
W poniedziałek rano wyszłam do kuchni i przyleciała Młoda a za nią Młody i jedno przez drugiego krzyczało i opowiadało mi co robili na Hawajach.
Myślałam, że się pobiją o to kogo mam słuchać!
I nagle Młody zaczął się dopytywać: Aniaaa a rozpakowałaś prezenty??
Na co Młoda: ojejj jeszcze jej nie dałam!!
To się wkurzył :P
I wtedy przynieśli mi torbę z paroma rzeczami w środku.
Oprócz tej torby, dostałam dwa magnesy, skórzaną jaszczurkę, którą  Młoda osobiście zrobiła,drewnianego żółwia z wygrawerowanym moim imieniem i dwie rzeczy o które ich poprosiłam czy by nie mogli mi przywieźć: nalepkę na samochód i moją ukochaną herbatę Mango, którą można kupić tylko tam.
Oba gremlinki się przytulały jak nigdy.
Młodego tyle wycałowałam i wyściskałam, że aż sama byłam zdziwiona, że tak cierpliwie to znosi.
A hości?
Hostka spytała krótko jak było w Chicago i nie czekając na odpowiedź spytała się czy może dac mojego maila kandydatce na przyszła au pair, którą bardzo lubią....
Aż mnie zatkało.
Powiedziałam, że fine i tyle.
Potem dzieciaki wypytałam co i jak, więc się okazało, że dziewczę ma 20 lat, jest z Kolumbii i już z nią gadali na Skype jak byli na Hawajach.
Spytałam czy ją polubili, to powiedzieli takie "eeeeee yes, shes okay..."
I na tym temat się skończył.


99/365
Dzieciaki nadal do mnie przylepione.
Młody chyba zaczyna przeżywać, że wyjeżdżam, bo dziś sam z siebie zaczał mowić, że nowa au pair się z nim pewnie tłuc nie będzie, i że ja za krótko tu byłam, a na koniec powiedział mi w szczegółach jak wygladało nasze spotkanie na lotnisku jak przyszli mnie odebrać i dokładnie opisał w co bylam ubrana! 
On nie pamieta co jadł na śniadanie, nie mówiąc już o zeszłym tygodniu, a zapamietał ciuchy, które miałam na sobie dwa lata temu!
A mial wtedy 5 lat..
Dla niego mój wyjazd będzie najtrudniejszy, bo jemu brakowało zawsze kogoś, kto nie bawił się tylko z Młodą lalkami.
Kiedy Jo ( ich poprzednia au pair/moja koleżanka z liceum)  przyprowadzała swojego obecnego już męża to Młody był w niego zapatrzony jak w obrazek.
Bo on się z nim bawił, gonił itp.
Jemu po prostu brakowało męskiego towarzystwa.
Na ojca to raczej  nie ma co liczyć..
Zresztą pamiętam jak dziś, że na samym początku mi powiedział, że on by wolał 'male au pair' a nie same baby..
A tu szybko się okazało, że Anka umie się tłuc równie dobrze i zdecydowanie woli budować statki kosmiczne z StarWars z LEGO niż bawić się lalkami Barbie.
Szybko, zdobyłam jego zaufanie i tak nam już zostało.
Codziennie widzę ten jego uśmiech na twarzy i miłość w oczach kiedy mnie zaczepia, żebym tylko zaczęła go gonić, albo jak biegnie mi powiedzieć, że zamówili mu nowe LEGO i koniecznie z nim muszę to zbudować.
Dlatego średnio to widzę z nową au pair.... jak on ją kopnie to ona poleci z hukiem przez pół pokoju....
Auć :P
Dzisiejsze zdjęcie zrobiłam jak czeklaiśmy na Młodą na chińskim.
Wdrapał się na mnie w 3 sek i najpierw się położył, przytulił a potem zaczęliśmy się przepychać i śmiać.
Na końcu usiadł na i siedzeniu obok i mi powiedział: " close your eyes aniaaaa, it will be fun, i promise...."






100/365
Sto dni minęło!!!
Wow!
Teraz już poleci z górki :)
Z tej okazji chyba dzisiaj było tak gorąco!
Trąbili o tym już od niedzieli i prognozy sprawdziły się w 100%.
Musiałam wyciągnąć karton z krótkimi spodenkami, bo były 32C!
Najlepiej różnicę pogodową między Gdynią a SF podsumowała moja przyjaciółka:
A: chodzę już w krótkich spodenkach!
D: a ja juz bez rękawiczek!!



101/365
Dziś hostka przeszła samą siebie.

Wczoraj wieczorem, już po mojej pracy, zrobiła im corn bread, który się bardzo sypie i kruszy.
Rano wstałam i cała kuchnia była w żółtych okruszkach.
Walały się wszędzie.
Plus blachy od pieczenia, garnki itp czyli standard.
Wyszykowałam dzieci, zawiozłam do szkoły, wróciłam i poszłam spać.
Wstałam po 3h godzinach, idę do kuchni  a tam błysk.
Wszystko elegancko wypicowane, pomyte, odkurzone i nagle patrzę na stół....
i odjęło mi mowę...
Hostka umyła, wytarła i posprzątała tylko swoje miejsce przy stole, a wszystkie okruchy, które leżały przy serwetkach dzieci zostawiła...
Widać było mega linię jak przetarła tylko swoją część..
Stałam jak wryta i nie wierzyłam własnym oczom.
Jak trzeba być, no nie wiem: złośliwym/ bezmyślnym/ wrednym. żeby zrobić takie coś?
Mogłabym to choć trochę zrozumieć, gdybym to ja im dała ten chleb, gdyby nakruszyli przy mnie, ale oni to jedli z nią!
Ale przecież jaśnie pani nie może po własnych dzieciach sprzątnąć okruszków, bo płaci mnie za sprzątanie...
Bo, że rzeczy dzieci zostawia mi na suszarce albo jak opróżnia zmywarke to zostawia młodych talerzyki, żebym to ja je wsadziła do szafki obok, to juz przywykłam.
Cały dzień chodziłam wyprowadzona z równowagi.
Przebiła dziś wszystko i wszytskich.
Mistrzostwo.
Na szczęście humor zdecydowanie poprawiła mi Młoda. 
Otóż ma ona  misia, który nazywa się Brown Bear i zabiera go ze sobą wszędzie. 
Dosłownie wszędzie. 
Nie zaśnie bez niego, nie pojedzie do szkoły, nic bez niego nie robi. 
I dziś wieczorem przyszła ze mną pogadać, przytulam ją na dobranoc a ona taka wtulona we mnie mówi
"you are my human Brown Bear.."
 Poryczałam się. 
Z jej strony to najpiękniejsza i najcenniejsza rzecz jaką mogła powiedzieć.. 
Zostawienie tych potworków będzie dużo cięższe niż myślałam :(
Chyba teraz łatwiej Wam zrozumieć czemu wytrzymałam z walniętymi hostami ten rok...
Dzieciaki są cudne :) 




102/365
Zdjęcie oszukaństwo, ze środy, bo nie zrobiłam dziś żadnego :P
Po moich ostatnich wizytach na siłowni, postanowiłam zainwestować w porządne buty.
I padło na mega lekkie i mega żarówiaste turkusowe New Balance.
Jako, że budżet miałam ściśle ograniczony to kupione je oczywiście, w Rossie ( to ten sklep co ma oryginalne rzeczy z 40-60% zniżkami)
Sioster mi powiedziała, że takie buty w Polsce kosztują po 400zł... a ja za nie zapłaciłam 120zł :P
A jak się w nich biega!
Jak po poduszkach!
Cudownie podbijają i sa mega wygodne.
Lubię takie zakupy:)



103/365
IHAAAAA!!!!!
Rodeo vol 2.
Powtórka z zeszłego roku.
Było mega gorąco i pył latał w powietrzu tak, że osadzał się od środka na okularach...
Kowboje, byki, konie- nie mogło być nudno :)
Ciekawostka dnia: hostka pożyczyła mi swój kapelusz kowbojski ..



104/365
Wyskoczyłam z kowbojskiego kapelusza prost w kosmos.
Dziś wyciągnełam koleżanki do miejsca, które znalazłam jakiś czas temu: NASA Research Center.
Jest to dość ważny ośrodek badawczy NASA więc nie mogło mnie tam zabraknać.
Niestety cały teren jest niedostępnym dla publiczności ze względów bezpieczeństwa.
Odwiedzający mogą jedynie wejść do mini visitor center, gdzie można zobaczyć kamyczki z księżyca z pierwszej misji, parę wystaw i mega ciekawe filmy.
Spędziłyśmy tam 2 godz!
Pokazali nam m.in. prezentację jak dokładnie wygląda Wszechświat, gdzie się kończy miejsce do którego ludzie na dzień dzisiejszy mogą zajrzeć przy pomocy dostępnych teleskopów itpo i poczułyśmy się takie małe jak mróweczki....
Jesteśmy takim małym pyłkiem, kropeczką w całym kosmosie!
To co lata dookoła nas jest tak wielkie, potężne i niezbadane, że wystarczy  małe pierdniecie, pyknięcie, bum i PUFFF nie ma nas.
Czy istnieje gdzieś tam hen hen daleko inne życie?
Zielone ludziki? 
Inne formy?
Ja wierzę, że tak.
Najlepiej podsumował to Einstein ( uwielbiam jego cytaty :) )

"Jedynym dowodem na to, że istnieje jakaś pozaziemska inteligencja jest to, że się z nami nie kontaktują..."

Zgadzam się :)