piątek, 30 listopada 2012

Bezsłoneczność w Seattle.


Bezsenności nie było.
Wręcz przeciwnie.
Zasypiałam jak małe dziecko po całych dniach intesywnego zwiedzania.
A było to tak...
w Thanksgiving wybrałam się z dwoma koleżankami do Seattle.
Dlaczego w Thxgiving?
Bo my indyka nie czcimy.
Bo trzeba odpocząć od hostów..
Bo bilety były dosyć tanie.
Bo nie będzie tłumów na mieście.
I nie było.

Na miejscu, już w hotelu, uśmiechnęłam się uprzejmie do Pana W Recepcji czy także tego no jakiegoś pokoju z widoczkiem na Space Needle by nie miał...
Miał.
Widok miał się tak:



Nie zdążyłyśmy się za dużo nacieszyć pokojem, bo od razu poleciałyśmy na Needle.


Z wieży widać było całe Seattle, które tego dnia było  mroźne jak ***&%^#%#$@$@.
Prawdziwa polska pogoda.


Wtedy bardzo bardzo zatęskniłam za Kalifornią.
Zgodnie z przewidywaniem, ludzi można by policzyć na palcach, więc miałyśmy sporo czasu, by dokładnie pooglądać okolicę.




Jako zagorzałe fanki Grey's Anatomy chciałyśmy również wypatrzeć jak najwięcej miejsc z serialu.
Ogólnie to jest jedna wielka ściema i prawie cały serial kręcony jest pod LA.
W Seattle robią tylko pojedyńcze ujęcia i potem podkładają pod budynki i scenografię kalifornijską.
Do paru prawdziwych rzeczy wykorzystywanych w serialu można zaliczyć dom Meredith, który faktycznie jest w Seattle ( ale tam nie zdążyłyśmy dotrzeć) i lądowisko helikopterów, które znajduje się na szczycie budynku telewizji i było jedną ulicę od naszego hotelu.
Ach!



Podniecałyśmy się za każdym razem, gdy tam przechodziłyśmy.
I podniecać się będziemy już zawsze oglądając helikopter i lądowisko  w Grey'sach.



Kolejnym przystankiem był Pike Place Market.
Jest  to jeden z najstarszych non stop działąjących rynków w USA
Obecnie głównym produktem tam sprzedawanym są różne i najróżniejsze ryby.


Muszę przyznać, że jest to niewątpiliwie urocze i klimatyczne miejsce.
I zatłoczone.



Jedynym minusem było to, że dookoła Pike Place jest pełno bezdomnych.
Ogólnie  w żadnym innym mieście i jego ścisłym centrum nie widziałam ich tylu!
Na każdej ulicy.
Na dodatek co chwila zaczepiają, proszą o pieniądze, podchodzą niebezpiecznie blisko.
I to w środku dnia.
Strach było chodzić gdzieś samemu.
W jednym miejscu zaraz przy Pike naliczyłam ich ponad 20!
Siedzieli na ławkach, krzyczeli coś i bacznie nas obserwowali.
Brrr. Uciekłyśmy szybciutko.


Po rynku wjechałyśmy jeszcze raz na Space Needle, bo wiadomo, że miasto nocą jest najpiękniejsze.
Oj jest.





Następnego dnia z samego rana pojechałyśmy do Museum Of Flight.
Czyli to co gumisie lubią najbardziej.
Boeingi, myśliwce, helikoptery. Aajajaj raj.
Całe muzeum jest ogromne i mają niesamowicie dużo modeli i opisanej historii.
Trzeba by tam siedzieć cały dzień by to wszystko przeczytać a nam jak wiadomo zegar tykał.
Więc szybciutko rundka po Air Force One, słit focia z astronautą i symulator lotu myśliwcem.

welcome on board, Miss President Anna

lecę bo, chcęęęęę



za rączkę, pod rączkę i do kawiarenki :)



 

Lot nazywał się fachowo Experience Flight.
Zamykają po dwie osoby i się zaczyna...
Każda z osób ma drążek i mogą się po jakimś czasie zamienić kto pilotuje.
A pilotuje się tak, że kapsuła kręci się dookoła własnej osi, do góry nogami i we wszystkich możliwych kierunkach.
Pani Pilot Anna i Pani Pilot Patrycja w swojej jakże krótkiej karierze lotniczej zasłynęły manewrem typu korkociąg i beczka.
Oraz niekontrolowanym atakiem śmiechu w krytycznej sytuacji.
Takim, że jak nam druga Ania doniosła-nawet ci co stali w kolejce się śmiali.
Nam było mniej do śmiechu, bo diabelstwo było tak wrażliwe na ruch, ,że jak żeśmy się obróciły ze 4 razy dookoła własnej osi to myślałam, że mi oczy wypadną.
Przez całą chwilę wisiałyśmy do góry nogami, bo za cholerę nie mogłyśmy wyprostować lotu i nie wiedziałyśmy do końca, której drążek jest aktualnie tym głównym.
Przeciążenia były niesamowite.
Genialna sprawa!
JA CHCĘ JESZCZE RAZ!!!!


Wieczorem wpadłyśmy jeszcze do Pacific Science Museum na chwilę przed zakmnięciem.
Super muzeum.
Mnóstwo doświadczeń i ciekawostek.
Polecam!





Ostatniego dnia rano pojechałyśmy szybko do aquarium i na rejs statkiem po porcie.
Wyjątkowo pokazało się chociaż trochę błękitnego nieba i słońca.










Po porcie poleciałyśmy do EMP Museum.
Muzeum bardzo ciekawe jeśli ktoś słucha Jimi'ego Hendrixa, Rolling Stones, Nirvany lub jeśli ktoś umie grać na jakimś instrumencie.
W środku są wytłumione boxy z gitarami, keyboardami, perkusją i można sobie pograć.
Jak ktoś nie umie, to komputer  go nauczy.
Można nawet podłączyć swoje mp3 i grać do swojej piosenki.




Niestety muzeum nie trafiło w nasz gust muzyczny, więc pobrzdąkałyśmy trochę na gitarze, powaliłyśmy w perkusję i pojechałyśmy się spotkać z Gosią, au pair w Seattle, którą poznałam przez swojego bloga.
Niestety miałyśmy mało czasu więc poszłyśmy coś zjeść i potem Gosia zaprowadziła nas do najbardziej obrzydliwej i osobliwej atrakcji miasta: Gum Wall.
Tak- GUM. Guma. Guma do żucia.
Guma, która po przerzuciu uroczyście trafia na ścianę z milionem innych gum.
Wygląda to niesamowicie!



Pachnie już niesamowicie mniej ładnie.
Oczywiście dorzuciłam swoją wymemłaną,miętową gumę do owej ściany.
Można by więc rzecz, że jestem częścią atrakcji turystycznej.
Jak nie, jak tak.
Stick it!



 Jak już udało nam się odlepić od tej ściany Gosia pokazała nam restaurację, w której kręcili Bezsenność w Seattle.


Ach no i zapomniałam o najważniejszym:
pierwszym Starbucksie!
Byłam, w kolejce stałam, kawę wypiłam.





A potem zmarznięte, zapadane i wywiane wróciłyśmy do hotelu, położyłyśmy się spać na trzy godziny i fruu do Kalifornii.
Kalifornio! Jak ja się cieszę, że ty jesteś taka ciepła!
Słoneczko moje :)

 A na koniec seattlowskie śmieszności:




P.S.
Przed wyjazdem wykupiłyśmy sobie tzw City Pass za 70$ i w tej cenie były wejścia do tych wszystkich muzeów, rejs po porcie plus wjazd dwa razy na Space Needle. Gdybyśmy kupowały każdy osobno to wyszło by trzy razy drożej. Korzystne jest równieź to, że mając City Pass omijamy kolejki po bilety bo wchodzi się wejściami vip :)

wtorek, 13 listopada 2012

Oahu-Go-Round. Hawaii vol. 4

Na dworze zimno, ciemno, więc najwyższa pora wrócić na Hawaje.
Kolejną atrakcją, którą wykupiłysmy w biurze była wycieczka busem dookoła wyspy.


Można by powiedziec, że jest to pójscie na łatwiznę.
Bo co to za zwiedzanie w autokarze, przez szybkę.



Otóż nie jest to zupełnie pozbawione sensu, bo pozwala się swietnie rozeznać w terenie co, gdzie, jak i wtedy wiem gdzie chce wrócić.
Zwłaszcza jeśli ma się tak napięty grafik jak my i mało czasu.
Kolejnym plusem jest to, że kierowca ,rodowity Hawajczyk, przez cały czas opowiadał ciekawostki  i anegdoty związane z miejscami, w których bylismy.
Niektórych informacji na próżno szukać w przewodnikach.
Minus był tylko jeden.
I to dosłownie minus.
Jedno słowo: KLIMATYZACJA.
Zimno, zimniej, lodówka.
Pogoda na wyspie również nie rozpieszczała tego dnia.







Tak na Hawajach też bywa brzydko.
Więc na pierwszym stopie, poleciałam do sklepu i kupiłam najtańsze pareo jakie znalazłam, żeby chociaż trochę się przykryć.
Pati kupiła sobie jedno też, ale że jej nie było zimno, to ukradłam to jej również i zawinęłam się w oba jak takie ludzkie burritko tudzież nalesnik.
Nalesnik w pozycji chodząco-zwiedzającej wyglądał jak porządna arabska pozakrywana kobieta:



Wycieczka trwała 8 godzin, w tym godzinny postój na lunch.
Zobaczyliśmy m.in:
Plantację DOLE gdzie rosną najsłynniejsze anansy.
Apropo rośnięcia to byłam bardzo zdziwiona, że te owoce rosną w ziemi!


Znalazłam również drogowskaz z paroma sugestiami na kolejne wycieczki :)



Ktoś tu przedawkował ananasy...


Jest tam również najwięjszy labirynt na świecie.
Poradzono nam nie wchodzić, ze względu na ograniczony czas wycieczki oraz obawy przed zgubionymi turystami.
Podobno paru z zeszłotygodniowej wycieczki jeszcze się tam błąkało....



Udało się nam też zobaczyć Monk Seal- najstarszy gatunek foki na świecie.
Jest  to zagrożony gatunek, dlatego gdy tylko jakaś sztuka wylegnie na plażę, natychmiast dostaje swojego Guarda, który pilnuje by foczysko się wyspało i nikt jej ogona nie zawracał.



Tak więc foka spała a inne foki robiły sobie zdjęcia.
Foka polska wygląda tak:



Kolejny stop był moim ulubionym, bo dawali jeść :)
Dotraliśmy na planatację orzeszków.
Orzechy makadamii są bardzo zdrowe i pełne witamin, ale mają największą ilość tłuszczu z orzechów, dlatego nie wolno ich wcinać jak cukierków.
Ciekawostką jest, że  z niewiadomych powodów  te orzeszki są trujące dla psów i kotów i to nawet w niewielkiej ilości.
Ludziom zdecydowanie nie szkodzą o czym przekonałam się na własnej skórze próbując ok 10 różnych rodzajów i smaków.
Były karmelowe, popcornowe!, kawowe i kilka innych.
Robiło się jedną rundkę między koszami i można było brać skromnie po ok 2-3 orzeszki, ale ja, jako konser i degustator, by dosmakować każdy okruszek zrobiłam jeszcze dwie rundki.
A co!
Najpyszniejsze orzechy jakie jadłam!!!
Po tej, jakże udanej konsumpcji trafiłyśmy na tyły sklepu gdzie Hawajczyk W Przepasce Z Liści Na Biodrach,
otwierał kokosy, robił z nich sok na życzenie i malował pięknie na skorupach.
Komentujemy z Pati zawzięcie wszystko dookoła, a tu nagle słyszymy Dzień Dobry piękną, płynną  polszczyzną, z akcentem i N z dziwną kreseczką.
Odwróciłyśmy się napięcie i szukamy, kto to powiedział.
A to Hawajczyk W Przepasce.
I się śmieje.
Ale skąd , jak to, skąd ta poprawna wymowa????
"A bo moja dziewczyna była z Polski...ale zostawiła mnie dla Polaka,,,ehhh"

 Ah te Polki!

Naszym ostatnim stopem było miejsce, w którym był gejzer Halona Blow Hole , ale niestety trzeba mieć dużo szczęścia, żeby trafić kiedy wylatuje w powietrze.
Nam udało się zobaczyć malutkie piernięcia Matki Natury.
Zawsze coś!
Do tego widzieliśmy żółwia w wodzie. O.
Ja dopiero za trzecim razem go wypatrzyłam, bom ślepa, ale w końcu zobaczyłam.
No i najbardziej niesamowitym zjawiskiem w tym miejscu były skały, a w  zasadzie skamieniała lawa.
Idealnie było widać jak lawa układała się warstwami, jak wpadała do oceanu i jak wodą ją zatrzymywała.
Dopiero tam faktycznie było widać, że Hawaje to jeden wielki wulkan.
No nie powiem, ale jakąś mała erupcję to bym sobie obejrzała,
Ale to następnym razem, na innej wyspie.








A tu jeszcze parę widoczków po drodze:

















I FRYTKI DO TEGO!!! :D 

 Chinaman’s Hat, wyspa, która zagrała w wielu  filmach i serialach, m.in: Piraci z Kraibów, Karate Kid II czy Lost.


Aloha!