poniedziałek, 29 października 2012

Polinezja-Finezja. Hawaii vol. 3

Kolejny punkt na liście MUST DO dla odwiedzających Hawaje:
Polynesian Cultural Center.



Jak to, gdzie to, za ile to, jak długo?
Jak: oczywiście idziemy do biura z wycieczkami
Gdzie: North Shore. w skrócie: my byłyśmy na Waikiki a to jest dokładnie po drugiej stronie wyspy, ok 1h20min jazdy
Za ile:  no przyjemność nie należy do najtańszych : prawie 100$ plus (fakultatywne) oprowadzanie z przewodnikiem 25 $ (wliczone w cenę: transfer, lunch i dinner -all you can eat, pokazy i wieczorny 1,5 h show z zarezerwowanymi wcześniej miejscami)
Jak długo: 12 h. Tak. Dobrze przeczytaliście. 12 h.
Co  można robić za 125$, przez 12 godz w centrum kulturowym?
Można na przykład zakochać się w obcej kulturze, muzyce, tańcu.
I to nie tylko hawajskiej.
Jak sama nazwa wskazuje: polinezyjskiej.
Cóż to?
Polinezja to ponad 1000 wysp i wysepek na Pacyfiku oczywiście z Hawajami na przedzie, jako największą i najbardziej zaludnioną wyspą.
Tak więc w tym centrum można wpaść np na Fiji:






Z pod hotelu zabrał mnie i 40 innych osób Uroczy Przewodnik.
Droga do PCC zajmuje ok 1,5 godziny, w trakcie której Uroczy opowiadał nam o historii wyspy, mijanych miejsc, uczył pokrętnych hawajskich słów i jak pokazuje się rękoma tekst gdy tańczymy hula.
Zdecydowanie był to bardzo wesoły autobus.
Zanim weszliśmy do środka dali nam do wyboru dwie opcje zwiedzania: albo na własną rękę biegamy, bo Centrum i próbujemy obejrzeć wszystkie show, albo za 25 $ Uroczy doprowadza nas wszędzie na czas i do tego umila nam zwiedzanie swoimi żartami i samym sobą.ahhh.



Prawie cały nasz autobus (w tym ja oczywiście też ) wykupił opcję z Uroczym.
Bo nie będę biegać jak szalona z mapką, po wielkim parku i stresowała się, że nie zdążę na pokaz hula lub gry na bambusie.
No właśnie: gra na bambusie.
To był nasz pierwszy show.
Każdemu wręczyli babmusową rurkę i uczyliśmy się wystukiwania hawajskich rytmów.
A nasz Teacher śpiewał ludowe pieśni.
Melodia prosta, rytmiczna, ale piękna. 
Powiedział nam też, że całe historie rodzin przekazywane są z pokolenia na pokolenie za pomocą takich pieśni.
Jego 9 letni syn umie opowiedzieć historię swojej rodziny do 93 generacji wstecz!






Kolejnym przystankiem była nauka tańca hula.
Najpierw tańczą wszytskie panie.
Pani Hula-nka pokazuje, my małpujemy.
Wstajemy, uginami nogi i bioderkami w lewoo,w prawooo, w lewoo, w prawoooooooo.
Moje mięśnie bolały w rytm melodii.
A do tego jeszcze rękami :  a to pokazujemy niebooo, potem że woda, że życie, że ona kocha, on nie, że na hawajach cudnie jest.
I jeszcze się uśmiechamy.
Za dużo funkcji ciała na raz.
Na pewno nie wychodziło to nam tak uroczo jak Pani Hula-nce
Ale gromkie brawa od panów i tak dostałyśmy.
Hop siup, zmiana tancerzy.
Teraz panowie.
Na scenę wszedł Uroczy i uroczo zaczął pokazywać tańce godowe mężczyzn.
Panowie, o dziwo, powtarzali grzecznie wszystkie ruchy.
Wyszło prześmiesznie
U nich to jednak myśli gdzie indziej hula-ją.



Kobitki dostały również oficjalne pozwolenie na zrywanie kwiatów i upchnięcie go sobie za uchem.
Za  prawym: panny.
Za lewym: mężatki i narzeczone.
Dwie młode dziewoje z naszej wycieczki natychmiast zerwały po jednym i pac we włosy.
Siarczyście to obśmiałam.
A za 10 minut sama paradowałam z jednym.
Bo każda wariatka powinna mieć we włosach kwiatka! o !




Kolejne przystanki to rzut dzidą, robienie czapek z liści, rejs canoe, nauka wchodzenia po palmach, szybki kurs krzesania ognia i jak jednym ruchem rozłupać kokos.







ty byc Tarzan, ja Jane, my zamieszkac w dzungla
EDIT:
Specjalnie na życzenie Anity- Tarzan z bliska. Można pobierać jako tapetę ;)




Jednym z ciekawszych pokazów była parada canoe połączona z prezentacją poszczególnych wysp.
Na każdym canoe tańczyli i śpiewali przedstawiciele polinezyjskich kultur.
Piękne to było!





Przez calutki dzień non stop coś się działo.Nie było czasu usiąść, napić się wody.
Ok.17.30 mieliśmy uroczystą kolację tzw. Ali'i Luau.

Czyli świniak z ogniska i uczta bez ograniczeń.
Dowiedziałam się jednej ciekawej rzeczy o sobie: nie lubię prosiaczyzny.
Nie, oj nie.




Więc wsuwałam podwójnie krewetki.
Oczywiście próbowałam wszystkiego co nowe i nieznane.
I tym sposobem okazało się, że na Hawajach robi się pampuchy w kolorze fioletowym!
Bo są barwione słodkimi ziemiakami.
Pycha.
Z drugiej stronych smacznych pampuchów stało POI.
Jak to określiła nasza sąsiadka przy stole: smakuje jak klej do tapet.
Okropieństwo!
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że była to najokropniejsza rzecz jaką dotąd próbowałam.
Zjadłabym trzy świnki razem z raciczkami zamiast małej miski tego.
Więc ostrzegam: nie jedzcie kleju do tapet!



Po kolacji przyszedł czas na show.
Najlepsze show na całych Hawajach: "HA: Breath of Life"
Tutaj mały zwiastun z ich strony:




Show jest magiczne!
Siedziałam zaczarowana.
Chłonęłam każdy element tej kultury, każdy taniec, każdy ruch dłonią.
Chyba, żadna kultura nie wywarła na mnie takiego wrażenia.
Jest niesamowicie przepełniona radością, szczęściem, wolnością.
Czuć na każdym kroku pełną harmonię z naturą, z biegiem życia i tradycją.
Tego uczucia szuka chyba każdy z nas.
Tak czułam się, gdy w nocy poszłam się wykąpać w oceanie.
Na Waikiki było pełno ludzi, ale tylko ja byłam w wodzie.
Łapalam fale, dotykałam aksamitny piasek i z dala od brzegu, w zupełnej ciszy dryfowałam na wodzie podziwiając niesamowicie gwiaździste niebo.
To był mój raj.
Czułam się niesamowicie wolna i przeszczęśliwa.
Dlatego muszę tam wrócić.
Bo do takich miejsc trzeba wracać.
Aloha!





poniedziałek, 22 października 2012

Let's fly!! Hawaii vol. 2

Hawajskich opowieści ciąg dalszy.
Poprzedni post był o tym co pod wodą, a dzisiejszy będzie o tym co jest nad.
Sporo nad.
300 stóp czyli około 100 metrów.
Dla porównania to jakbyśmy siedzieli na czubku Big Bena lub położyli jedną Krzywą Wieżę na drugiej,  lub  sporo wyżej niż Wieża Mariacka w Krakowie.
O co chodzi?
Chodzi, a w zasadzie leci o  parasailing.
Jak to, gdzie to, co to, za ile to, jak długo?
Jak: idziemy do jednego z kilkunastu biur z wycieczkami
Gdzie: wzdłuż plaży Waikiki
Co:  lot na spadochronie na uwięzi :)  siedzimy sobie na uprzęży pod spadochronem, który podczepiony jest do 200 metrowej linie (600feet) i jesteśmy tak ciągnięci  przez motorówkę.
Ile: chyba około 15$. na prawdę zapomniałam....
Jak długo: transfer z/do hotelu plus lot = 1, 5h



Wyglądało to tak:
uzbroiłyśmy się z Pati w nasze szykowne buty do pływania i wzięłyśmy nasz szykowny wodoodporny aparat i czekałyśmy na nasz pick up.
W busie siedziały dwie Chichoczące Japonki i "słitaśna" Para Zakochanych.
Japonki świergoliły po swojemu przez całą drogę a Zakochańce trzymały się za rączki i nerwowo zaczęli się pytać czy my z Pati  już leciałyśmy, czy to niebezpieczne itp.
A my tam już podskakiwałyśmy z ekscytacji i nie mogłyśmy się doczekać!
Zawieziono nas na drugi koniec Waikiki i wsadzono do małej motorówki.
Na dzień dobry kamizeleczka wodoodporna, kuloodporna i rekinoodporna.
Następnie uprząż końska.



Noga tu, ręce tam, to pod tyłek siam, to pod uda.
I albo się nie spaść uda, albo się nie uda .
W końcu po 10 minutach od wypłynięcia Panowie Z Motorówki wypuścili spadochron.




Japonki przestały się chichrać, a Zakochańce zbladły.
A my tam z Pati zdjęcia, ujęcia i dawaj chcemy jako pierwsze lecieć!
PICK USSS!! PICK USSS!!!
Niestety Pan Z Załogi miał swoje  tajne wyliczenia ciężarowe i zostałyśmy zepchnięte do drugiej rundy.
Na dodatek musieliśmy lecieć w trójkę.
Więc jako, że była nas szóstka to Japonki zostały rozdzielone i jedną dostałyśmy my.
Taki gratis.
Manewr startujący polega na tym, że przesuwamy się z naszą końską uprzężą na tył łódki.
W zasadzie to suniemy naszym siedzeniem, po pokładzie, i to jeszcze tyłem.
Dopiero wtedy podczepiają nas równolegle do kolejnej uprzęży.
Coś jakby belka nad nami.
I wtedy wyuszczają linę i my frrUUUUUUUUUUUUniemy tyłem na samą górę.





Niesamowite uczucie!!!
I nagle STOP.
I dyndasz nogami.


Dyndasz nogami nad oceanem.
Dyndasz nogami nad oceanem jak na huśtawce.
Dyndasz nogami nad oceanem jak na huśtawce z widokiem na nieziemską wyspę i plażę Waikiki!




Ja dyndałam nogami jak szalona, robiłam zdjęcia i darłam się, że kocham swoje życie, że chcę jeszcze raz lecieć, że jestem zakochana w Hawajach i takie tam farmazony.
Za dużo hormonów szcześcia...
Człowiek upojony szczęściem wygląda tak:



Japonka niczym nie dyndała, nie robiła zdjęć, nic nie krzyczała.
Trzymała się kurczowo linek i tyle.
Co robiła Pati?
Nie wiem.
Siedziała za Japonką, więc nie widziałam jej dobrze, no i na dodatek byłam otumaniona swoimi hormonami szczęścia, zajęta rozglądaniem się i podziwianiem widoków.



Takie nas dyndające przeciągnęli przez około 5 minut za motorówką.


Nam wydawało się, że było to 5 sekund dlatego, kiedy zaczęli nas ściągać zaczęłyśmy krzyczeć "ohhhh NO NO , we wannnttt moreeeee!!!"
Niestety nie bylo MORE.
Wylądowałyśmy gładko tam gdzie startowałyśmy.
Na wstępie uprzedzano nas, że czasami trzeba lodować w wodzie i pouczyli  nas co się wtedy robi, żeby spadochron nas nie udusił i wcisnął do wody.
Jak się potem dowiedziałyśmy, przy dobrych warunkach można ładnie poprosić o lądowanie w wodzie.
To już się chyba domyślacie jak będzie wyglądał nasz następny lot...
Na motorówce Japonki zaczęly chichotać z powrotem, Zakochańce przytulone, zabuziaczkowane i dumne, że wspólnie przeżyły okrutnie niebezpieczne wydarzenie a my: szaleństwo!!
Podskakujemy znowu na siedzeniach i się drzemy, że chcemy jeszcze raz, że następnym razem na najdłuższej linie- 1000 ft czyli ok 300 metrów, co będzie oznaczało, że będziemy jeszcze wyżej niż teraz...


Piosenka w mojej głowie?
Zdecydowanie "Lift Me Up" Moby'ego
Tak. Tytuł pasuje wręcz idealnie.



A tak odchodząc od tematu to jak kiedyś napiszę książkę to na pewno dołączę do niej soundtrack. O!
Bo o ile przyjemniej czyta się o nurkowaniu słuchając "Under The Sea", ogląda zdjęcia z rodeo przy "Walk The Line" lub wspomina Cali przy "California Dreaming"?



                                                                    Pure Happines.



 Hello. Goodbye. Let's Fly!!


sobota, 20 października 2012

Mała syrenka. Hawaii vol. 1

Aloha!
Wróciłam po rajskim urlopie :)
Jak było?
Cudownie, bajkowo, hawajsko.
Ze względu na duuużo zdjęć i wrażeń, nie możliwe było by upchnięcie wszystkiego w jeden post, dlateguż postów będzież multumż.

A teraz zanim zaczniecie czytać, żeby wczuć się odpowiednio w nastrój puście sobie tą piosenkę: :)
Prawda, że od razu inaczej? :)

No więc na pierwszy ogień...ee zaraz... raczej na pierwszą wodę, idzie snorkeling, czyli nurkowanie dla leniwych.
Jak to, gdzie to, co to, za ile to, jak długo?
Jak: idziemy do jednego z kilkunastu biur z wycieczkami
Gdzie: Hanauma Bay - zatoczka z niesamowitą rafą koralową w kraterze dawnego wulkanu
Co: dostajemy maskę, rurkę do oddychania i płetwy
Za ile: sprzęt plus transport w obie strony prosto z hotelu 15$, plus 7,50$ za wejście do parku.
Jak długo: nam dojazd plus nurkowanie zajęło ok 3-4 godzin. Kierowca podaje kilka różnych godzin gdzie i o której jest pick up, więc to indywidualna sprawa ile chce się tam zostać. Nas czas gonił więc wybrałyśmy wersję expresową :)

W parku zanim wpuszczają wszystkich na plażę, trzeba obejrzeć obowiązkowy 9 minutowy filmik, który opowiada o zatoce, jak się zachowywać podczas nurkowania i jak działa sprzęt.
Po seansie jest możliwość podpisania specjalnego dokumentu, który poświadcza, że widzieliśmy film i następnym razem można już iść prosto na plażę. Ważny jest pół roku więc jak ktoś ma zamiar wrócić, nawet na następny dzień, to pamiętajcie to podpisać!

Hanauma Bay jest jedyna w swoim rodzaju ponieważ rafa zaczyna się tu zaledwie dwa metry od brzegu!


Właśnie ze względu na to, jest idealna dla żółtodziobów w nurkowaniu, czyt: również mnie.
Nurkowałam tu po raz pierwszy w życiu.
Nie jest tajemnicą, że pływać lubię, wodę lubię, wszystko lubię ale nie lubię faktu, że nie umiem oddychać nosem pod wodą...
Tak, bardzo śmieszne.
Próbowałam się przez całe lato nauczyć właściwie wpuszczać i wypuszczać powietrze tym swoim kulfonem i nic.
Nawet myjąc twarz jak mi wleci woda do nosa to prawie się topię!
Tak, bardzo śmieszne.
A w oceanie, w masce i z rurką było jeszcze śmieszniej.
Zanim weszłam na głęboką wodę, usiadłam sobie na mieliźnie założyłam cały sprzęt i próbowałam oddychać.
To już zdecydowanie nie było śmieszne.
No za cholerę nie mogłam oddychać!
Na dodatek maska mi strasznie zaparowała, bo jakoś tak śmiesznie oddychałam, więc nic nie widziałam.
Pati już dawno hasała w wodzie i podziwiała rafę, a ja siedziałam jak ta sierotka i ćwiczyłam oddychanie...
Zdenerwowałam się.
Położyłam się twardo na wodzie alla pływające zwłoki i mówię: albo się utopię albo jakoś w końcu zaskoczę jak się w tym oddycha!
I o dziwo zaskoczyłam.


not sure if snorkeling or drowning...



Już wiem czemu w filmach mówią, że ludzie najczęściej się topią, bo panikują w wodzie i nie oddychają właściwie.
Jak tylko zaczęłam robić wolne, długie wdechy i wydechy okazało się, że wszystko działa jak trzeba.
Maska przejrzysta, rurka działa, płetwy machają, rafa pod samym nosem.
A tu nagle: o rybka rybka!!!! no i masz... zgubiłam oddech...#$@%#$^@$!!!
No to hop łeb nad wodę, uspokoić się i z powrotem.
Raz udało mi się chyba z 20 minut tak spokojnie popływać.
 +100pkt do breathing skills.

jest dobrze! oddycham!

Dzięki koleżance Ance, która pożyczyła nam wodoodporny aparat mogłyśmy sobie porobić parę "słit foci"pod wodą.

Oto efekt:   (p.s. piosenka nadal leci w tle???? :))








macham płetwą do kamery :)




ryba wpływa na wszystko ;)





wieloryby też były



no jak ta syrenka!!! :)







ta ryba uroczo skubała rafę tym swoim żółtym pyszczkiem :)









no i na koniec słit focia z rozwianym włosem :P

czwartek, 4 października 2012

My Super Sweet Sixteen.

...taaa dziesięć lat temu.
Podstawowe działanie matematyczne daje łatwe rozwiązanie: tak, dziś kończę 26 lat.
Według czasu polskiego świętuję urodziny od paru godzin, więc jestem już stara
dlatego Młoda mi powiedziała, że teraz swój wiek muszę zaookrąglać do 30stu...
Według czasu amerykańskiego muszę wciąż czekać jeden dzień,
więc nadal jestem lekko piękna, młoda i nie bogata (jeszcze!) :P 
I jak tu nie lubić USA :P
Korzystając z czasu antenowego chciałam pogratulować cierpliwości wszystkim, którzy przewinęli się przez te 26 lat i ciągle znoszą moje ciągle wymyślane filozofie na każdy temat, szukanie celu w życiu, lenistwo i spanie do 12.00 w południe kiedy tylko się da, za wspieranie mnie w moich genialnych(mniej lub bardziej) pomysłach i dziękuję za sprowadzanie mnie na ziemię, gdy za bardzo bujam  głową w chmurach
MA+TA- tak, tak, Wam to zwłaszcza.
I co najlepsze: to się nie zmieni przez następne 26 lat :D




A teraz.... JEDZMY TORT !!!!!!!!!!!!