czwartek, 30 czerwca 2011

Dzień na co dzień.

 A więc coś na temat  rodzinki i moim planie dnia.


Rodzinka jest bardzo fajna, zakręcona i chaotyczna troszkę :] HM pracuje zazwyczaj w domu, ale też czasem wychodzi do biura. HD jest w domu głównie w weekendy, bo pracuje poza miastem. Z Młodą (8lat) nie mam żadnych problemów. Za to Młody (5 lat) to istna torpeda, wulkan energii. Ciężko za nim nadążyć, bo co 3 sek zmienia pozycję, zdanie i otoczenie.
Dziś np miałam swój najgorszy dzień od przyjazdu, bo Młody szalał jak nigdy. Przez 1,5 h siedzieliśmy w samochodzie czekając aż Młoda skończy summer camp. W planach miałam park, ale jak mieliśmy wysiąśc to zaczął krzyczeć, że za dużo dzieci tam jest, że mu się nie podoba i nie wyjdzie.
Więc tak po prostu siedzieliśmy.
Tupnięcie nogą.
Foch.
Nie odzywał się.
Ja mam czaaaaas.
Mówiłam do niego ciągle, spokojnym głosem, ale nic nie pomogło.
Potem po basenie za nic nie dało się go ubrać w suche ciuchy.
Przykrył się ręcznikiem i leżał na dywanie ponad pół godziny :]

Ogólnie rodzice pozwalają mu na rzeczy, od których cierpnie mi skóra, np jak zjeżdża po poręczy duuużych schodów, albo robi na nich fikołki! itd. Więc powoli uczę się nie  przejmować tak bardzo wszystkim. Ale i tak ciągle go mam na oku czy jest bezpieczny.
Jak się wyszaleje, odfochuje i wyżyje na wszystkim co się rusza, to pierwszy do mnie leci i siada na kolanach jak w coś gramy. Gramy w baseball, koszykówkę i przybijamy piątki jak kumple.
I uwielbiam jak on się śmieje, jak się wygłupiamy.
Ale po takim dniu jak dziś jestem wyczerpana podwójnie.
Jutro pojadę z nimi na basen na parę godzin coby ich porządnie wymęczyć :P


Mój ogólny plan dnia wygląda tak, że pracuję od 9-18. W sumie wychodzi, że kończę ok 19.00, bo po 18.00 oni zawsze jedzą ciepłą kolację, więc jawnie pasożytuje i wsuwam ile się da, bo mi się nie chce samej gotować :P
Weekendy mam całe wolne.
Teraz jest ciężko, bo dzieci mają wakacje, a nie mają za dużo summer campów. Więc trzeba zapakować misie w teczkę i jechać gdziekolwiek na wycieczkę/do parku/na basen. Muszę jak najszybciej poznać jakieś au pairki w okolicy, żeby więcej playdates organizować.
Bo naprawdę po tych 9 h to jestem wymęczona.


Ach i jeszcze zapomniałam o najwaźniejszych członkach rodziny: dwa duże psy, dwie szalone świnki morskie i kotka, ktora myśli, że jest panią i władcą domu. Zwierzaki są super! W domu jest tak cicho i spokojnie, że wcale się nie zauważa tego zwierzyńca całego. Zauważa się tylko kudły na ciemnych rzeczach :P


Pani i władca z prawego, korzystniejszego profilu wygląda tak:



Na szyji ma dzwoneczek więc dokładnie słychać gdzie szaleje.
Jednak najczęściej leży na pierwszym stopniu schodów i bawi się w "ugryź kapcia przechodzącego, zahacz skarpetkę".

Co do miejsca zamieszkania to jest super. Dom jest spory i przepięknie położony na wzgórzu. Jaki mam widok widzieliście już wcześniej :)
Do autostrady i podstawowych sklepów mam niecałe 10 minut, więc połączenie jest świetne.
Pokój jest bardzo duży i mam w nim wszystko co potrzeba: wielgaśne łóżko, wielgaśną szafę z przesuwanym lustrami, nie wielgaśną łazienkę z toaletą, wanną i prysznicem, telewizor, na którym słucham radia, bo nie mam kiedy go oglądać i przenośny kaloryfer.
Tak, tak - ka lo ry fer.
Wszystko przez to, że w podłodze mam wylot klimy, który tak jakoś niefartownie jest połączony z klimatyzacją w sypialni hostów. Więc oni ciągle się chłodzą, bo im gorąco, a ja zamarzam, bo mi zimno! Na dodatek te okna amerykańskie, to nie ukrywajmy-pic na wodę. Takie przesuwane, cieniutkie szybeczki. W nocy temperatura spada do ok 13 stopni, więc jak nie miałam kaloryfera to budziłam się z czerwonym zamarzniętym kulfonem  jak w zimie :P


W łazience wylot przykrywam dywanikiem i przyciskam do podłogi stosem gazet (wiadomo-toaletowa biblioteczka :P). W ciągu dnia jak jest gorąco to otwieram okno, żeby ten żar wpadł do mnie do pokoju.
W sumie po moim ubiorze od razu widać, że nie jestem z CA... tylko ja chodzę z polarem w garści i z szalem na szyi i w długich spodniach :P
Bo ponieważ wystarczy wejść do centrum handlowego, a tam klima tak podkręcona, że ja w lodówce mam cieplej!
Moje królestwo wygląda tak:




Narazie jest to faza surowa. Faza przyozdobiania i upiększania nadejdzie niedługo. Trzeba tchnąć trochę koloru i życia w to smutne miejsce.


A oto mój biały rumak, którym pokonuje codziennie sporo mil (VW Jetta).
Mam go tylko do swojej dyspozycji :D
//foto z internetu. zdjęcie z jazdą "na zimny łokieć" przybędzie z czasem :)//:




Auto jest super, tylko bardzo dużo je! Zwłaszcza na tych  miejskich uliczkach żre jak szalony. Za to na autostradzie wręcz płynął i żywił się chyba tylko powietrzem  :P

Myślę, że w krótce wykorzystam znów autrostradowe możliwości białego rumaka, bo dziś się dowiedziałam, że z okazji 4 lipca też mam wolne !! Więc szykuje się dłuuugi weekend :D



A już w następnym odcinku:
-jak blondynka zakładała konto w banku
-ile problemów przysparzają polskie literki w urzędach
-i skąd się wziął prysznic nad moim łóżkiem??!!?

wtorek, 28 czerwca 2011

Hannah w Montanach.

Matko jak ten czas tu pędzi! Tyle chciałabym napisać, a nie mam kiedy!
Więc najmocniej przepraszam i obiecuję poprawę.

W zeszłym tygodniu dopadła mnie LC.  Przeprowadziła wywiad środowiskowy, sprawdziła czy żyję i zapowiedziła au pair meeting. No i owe cuś miało miejsce wczoraj. Wróciłam po godzinie :P Była tylko ona i ja, ale na szczęście potem doszła jeszcze jedna dziewczyna z Węgier.  Spotkanie było w słynnej lodziarni, więc dla samego deseru warto było pojechać.

Jednak najciekawszą rzeczą minionego tygodnia było weekendowe spotkanie z Karoliną (http://incessantjourney.wordpress.com/) :)
Wyciągnęłam ją w sobotę ze spotknaia z LC :P
Oczywiście inaugurację znajomości zaczęłyśmy w Starbucksie. Tam pani się pomyliła i  zostałam ochrzona: HANNAH. 


Potem pół wieczoru przesiedziałyśmy u niej w domu w basenie i jacuzzi, a drugie pół w jacuzzi i basenie :P Zajadając brownie z lodami waniliowymi.
Nie muszę chyba mówić, że mogło by to trwać wiecznie.
Ja już skóra nam się rozmiękczyła na maxa, wybrałyśmy się do kina na "Bridesmaids".
Nasze żołądki wypełnione brownie trzęsły się ze śmiechu przez dwie godziny.
Dawno tak nie płakałam ze śmiechu na filmie.
Po kinie poszłyśmy na spacer po pięknym parku na terenie uniwersytetu w Turlock.
Następnego dnia postanowiłyśmy spontanicznie  pojechać do Yosemite Park, bo niedługo zakręcają wodę w wodospadach, więc szkoda by było ich nie zobaczyć.
Po oszacowaniu naszej ilości wolnego czasu, moich umiejętności hikingowych (poziom 0. słownie: ZERO) i długości tras zaatakowałyśmy zaporę O'Shaughnessy Dam i dolinę Hetch Hetchy.




Kiedy za N-tym zakrętem ukazały się nam dwa wodospady szalałyśmy ze szczęścia.







Po zaparkowaniu odległość do nich wydawała się nam jeszcze mniejsza niż czytałyśmy.
Uzbrojone w podeszwoczułe trampki, wczorajsze brownies i nasze aparaty ruszyłyśmy na podbój doliny!





Zapora:


Panowie wchodzą schodami!




Pierwszą przerwę na lunch miałyśmy po 25 minutach marszu :P
Gorąco było bardzo, ludzi mnóstwo i wszyscy profesjonalnie przygotowani, obładowani fachowym sprzętem a my ladies z miasta na luzie w trampeczkach :P
Co kawałek atakowałyśmy matkę naturę robiąc jej milion zdjęć.
Z miliona wybrałam narazie tylko kilka, reszte ogarnę niedługo i wrzucę na picasę lub fcbk.

Trasa wyglądała tak:
pod górę.
z góry.
pod dużą górę.
shit! kamyk się wbił w podeszwę.
trochę z górki.
pstryk. zdjęcie.
łyk wody.
znowu cholerny kamyk.
pstryk.
machamy mijącym nas fachowcom.
to może mała przerwa?
kolejny stromy zakręt.
Karolina! wymiękam! nie idę dalej!
Idziesz, idziesz!!!!!!!!
pstryk
kamyk &*$%^E%$#$@#!!!!!




i tak przed 3 godziny.
a wyglądało tak blisko!

Ale było warto.
Zobaczcie:



 Skała po prawej nazywa się KOLANO Rock hahahahah :P


















Ja Karolinie, Karolina mnie :)




"Somewhere over the rainbow
Way up high,
There's a land that I heard of
Once in a lullaby.

Somewhere over the rainbow
Skies are blue,
And the dreams that you dare to dream
Really do come true":



Zakochańce jakieś obce:


Samotnańce jakieś znajome:



 Ten się tak zachwycił, że aż się za głowę złapał!



Tak wygląda zmęczona Hannah w Montanach.
Zasłużony odpoczynek w drodze powrotnej. Skała miękka jak kanapa po takim wysiłku :]



Byłam zmęczona i zrelaksowana jednocześnie. I przeszczęśliwa, że widziałam wodospady!
Dziękuję Karolina za super weekend! :*

Jeszcze tam wrócimy!



P.S.
Chyba nie muszę mówić, że po tej wyprawie domowe schody wydawały się być wczoraj przeszkodą nie do pokonania...
Nie wiedziałam, że można mieć tyle bolących mięśni w nogach!

.

środa, 22 czerwca 2011

Lot, odlot i spotkanie z HF.

3.00.
pobudka o 3.00.
pobudka o 3.00 rano!
masakra.
Jeszcze nie przetrawiłam zmiany czasu, a już znowu musiałam wstać w środku nocy i lecieć kolejne 4 godziny do tyłu :]

Schodząc na śniadanie o 3.30 myślałam, że będzie pusto. A tu niespodziewanka- full ludzi jak w południe! Mój żołądek jeszcze smacznie spał więc udało mi się tylko wcisnąć rogalika i herbatę. Ale za to żołądki innych jedzących były już obudzone, albo już dawno umarły. Jak widziałam te wielgaśne  hamburgery i  ociekające tłuszczem, gigantyczne frytolce, które znikały zapijane colą w ich wnęrzościach, to na samą myśl robiło mi się słabo. Ale co kto lubi :]
O 4.00 czekał na mnie samochód, który zawiózł mnie na lotnisko JFK.

Jeśli ktokolwiek będzie kiedyś tam jechał, obojętnie czy taxi czy busem itd to ważne jest, żeby powiedzieć kierowcy, jakmi liniami lecicie. Terminale są podpisane pod konkretne linie.
Jak źle wysiądziecie to dotarcie na inny terminal trochę może wam zająć :P

Leciałam z NY do Phoenix, tam przesiadka i do Oakland. Nie wiem jak to dokładnie wygląda w innych liniach, ale tu musiałam zapłacić 25$ za moją walizkę. To nie żaden nadbagaż tylko po prostu u nich się płaci za bagaż.

Przy check in'ie poprosiłam o miejsca zaraz na przodzie, bo bałam się, że nie zdążę na drugi samolot- 20  minut przerwy!! Przecież ja dłużej w PL na zmianę autobusu czekam :]
Dostałam miejsce zaraz za pierwszą klasą przez co nie miałam gdzie nóg wyprostować, bo zamiast fotela była przedemną ściana odgradzająca parobków od panów :]
Ale jakoś się przegniotłam.
Między czasie zrobiłam się głodna, ale pokładowe menu nie zawierało kanapek.
Były jedynie orzeszki. Wołam latawicę a ona mówi, że płatność tylko kartą.
SERIOUSLY?????
4,5 $ za fistaszki i krakersa płatne kartą?
Moja mina dziecka z polski z napisem na czole "nie mam karty z dolarami" wywołała współczucie w sąsiadce po prawej,  która zaofiarowała swoją kartę. Uffff.
Paczuszka była wielkości dwóch pudełek od zapałek, no ale zawsze to coś na ząb.

Drugi raz wzbudziłam litość, kiedy nerwowo podskakiwałam na siedzeniu próbując dostrzec coś przez okno, które było oddalone ode mnie o 3 siedzenia. Nerwowe podskakiwanie zostało wywołane słowami: gdzieś tam na dole jest wielki kanion :] Babki w końcu nie wytrzymały i jedna spytała czy może aby nie chciałabym się z nią zamienić i usiąść przy oknie.

Najbardziej wkurzającą mnie rzeczą w samolocie jest, gdy osoba siedząca przy oknie albo śpi, albo ma całą żaluzję zasłoniętą, a Ty się tu wygniasz, żeby choć skrawek widoku dojrzeć :]
Bo mimo, że sporo już latałam to wciąż  za każdym razem cieszę się jak dziecko, gdy patrzę co mijamy pod nami :P

Więc nie trzeba mi było dwa razy powtarzać.
Cały lot przesiedziałam z nosem przylepionym do szyby.
Kanionu nie było.
Bunkrów też nie ;)

Ale widoki były takie:

 Małe esy-floresy:

Duży pojedyńczy es-flores:



Chyba wyraźnie widać granicę miasto-wieś :P :




W Phonix byliśmy przed czasem, więc spokojnie zdążyłam zmienić samolot.
I znów wycyganiłam miejsce przy oknie :D "Ja dziecko z PL jestem pierwszy raazzz w USAAA i  muszę porobić zdjęcia z góry, zamieni się Pani ze mną?? proszęproszęproszę pleaseeeeee"
Marudziła troszkę, ale ustąpiła :D
A to było na dole:




I moje ulubione:
KOLEJKA PANOWIE! OOOo PAN TU NIE STAŁ!
(naliczyłam ich wtedy 9 :P)


No i teraz to czego wszystkie au pairki się tak boją: meet the hosts.
Jako pierwszą zobaczyłam HM, a za nią chowały się dzieciaki. Hug, hug a dzieciakom głos odjęło :P Nic nie chciały powiedzieć. Tylko kiwały głową TAK/NIE. Zabrali mnie na lunch i jak w drodze do domu pozagadywałam dzieciaki to prawie pełnymi zdaniami zaczęły mówić :P

Dzielnica w której mieszkam jest piękna! Nie chce was stresować, ale taki miała widok z okna dwa dni temu:


Oba zdjęcia kojarzą mi się z filmem "Przeminęło z wiatrem" . Jest taka scena gdzie niebo ma dokładnie taki kolor, podobne drzewa są zacienione a dzielna Scarlett oczywiście nie daje sobie w kaszę dmuchać (jak przez cały film zresztą :P) i ratuje świat :]


Zdjęcia orginalne!

Sam pokój jest super. Mam własną łazienkę i wielkie, małżeńskie wyro! :D
Dzieciaki zaczęły się coraz bardziej otwierać, więc choć miałam ochotę wyrzucić je z pokoju i iść spać, bo już ledwo chodzilam, to pozwoliłam im mi pomóc w rozpakowaniu rzeczy i upychaniu ich do szafy. I tak zleciała godzina :)
W końcu dotrulałam się do łóżka.
Zasnęłam szczęśliwa.



"Jutro też będzie dzień"
Scarlett O'Hara


EDIT: znalazłam ten plakat z filmu: 






P.S. założyłam stronę bloga na Facebooku i wszystkich serdecznie zapraszam:) 

wtorek, 21 czerwca 2011

Empire State of Chmury, plus szkolenie dzień 3

Ale ten czas zasuwa! Jestem w USA już 2 tyg :D I wsytd deczko, bo nadal opisuję pierwsze dni, zamiast pisać na bieżąco :]  Dziś przedostatni post z cyklu "Było minięło".


Szkolenie ostatniego dnia było nudne, bo babeczka, która miała zabawanie opowiadać, niestety rozchorowała się i zamiast tego puszczali nam 'wideło'.
ZZzzzzZZZz wszyscy śpią.
Jak już się obudziliśmy na koniec zajęć to nasz dream team postanowił zaatakować Empire State Building.
Zapłaciłyśmy 20 $ za wjechanie na nie najwyższe piętro. Na iglicę wjazd kosztował 15$ więcej.
Mary Poppins nie stać na takie luksusy.
A na górze klops.
Klops miał postać szarych, chmur i mglistego powietrza zakrywającego widok za 20dolców.







 Zamulony klops na tle zamulonego Central Parku:




Macy's i nasz hotel:



Klocki Lego:



Czy to Wam nie przypomina wnętrza twardego dysku? :]




Nasz Dream Team na tle niezamglonego plakatu:


I najbardziej czadowa rzecz z całej wycieczki:

Wrzucasz list byznesowy na 101 piętrze i on leci ścianami do piwnicy do działu pocztowego! :D


Jak zjechałyśmy na dół to przepuściłyśmy atak na sklep z koszulkami i pamiątkami.
Tak nas to pochłonęło, że gdy zachciało nam się wyjść to pojawił się kolejny klops. Zaczęło lać :]
Więc weszłyśmy do knajpki koło sklepu, żeby coś zjeść. Było to coś w stylu sałatkowego fast foodu.
Ja byłam zachwycona.
Obiekt mojego zachwytu:



Bazylia, sałata, orzeszki, jabłko, suszone coś, ser pleśniowy i parę innych rzeczy polanych sosem vinegret z granatu! PYCHA!


Jak skończyłyśmy jeść to akurat przestało padać więc na sucho doszłyśmy do hotelu.
Pobudka o 3.00 w nocy na samolot i sruuuu do CA!

Good Night New York. 


.

piątek, 17 czerwca 2011

Staying Alive! czyli First Aid, szkolenie dzien 2

Dziś się czuję dużo lepiej.  Zeszlam do dwóch opakowań chusteczek na dobę :D
I jak może zauważyliście piszę z ogonkami. DZIĘ-KU-JEMY Sake za podpowiedź gdzie to włączyć :)


A więc: drugi dzień szkolenia był w całości poświęcony pierwszej pomocy. Tym razem przyszedł pan pielegniarka :P Był podobny do Jima Carrey'a i taka teź miał mimike, wiec miło się patrzylo ;)
Nie bedę opisywać szczegółowo co on opowiadał, ale jest jedna rzecz warta wspomnienia, która może się kiedyś przydać.
Otóż przy robieniu masażu serca trzeba je uciskac w odpowiednim tempie. Wiadomo, ze gdy samemu sie liczy : 1,2,3,4,5,..itd to po chwili liczymy szybciej, a za chwile wolniej.
A serce w rozterce raczej by wolalo byc uciskane w jakims rownym tempie.
Wiec jak to zrobic?
Spiewajaco!
Doslownie.
Sa dwie piosenki, ktore maja idealny rytm dla serducha. W zaleznosci od gustu muzycznego mozna wybrac

a) Old MacDonald had a farm z lekko przyspieszonym tempem:

http://www.youtube.com/watch?v=AoGPVrOc684

b) BeeGees -Stayin' Alive - zwlaszcza refren

AAAaaAa Stayin' alive, Stayin' alive, a a a a a aaaaaaaaa

http://www.youtube.com/watch?v=A3b9gOtQoq4


Gwarantuje ze zapamietacie to do konca zycia. Jak facet nam to powiedzial to plakalysmy ze smiechu wszystkie :P A potem jeszcze bardziej jak trenowalismy przez pol godziny te ucisniecia a reszta musiala to spiewac :]

Byly tez zajecia z lalkami.
Wiec jak ta matka dzieciom:





Zajecia skonczyly sie o 17.30. Chwila na refresh i dawajjjjj na miasto!
Tym razem za cel obralysmy Ground Zero, Statue i okolice.
Gdy dotarlysmy w miejsce gdzie stalo WTC to na chwile zamarlam na mysl o tym co tam sie stalo.
Te wieze staly ciasno upchniete miedzy innymi drapaczami. Jak pokazywali wszystko w tv to wygladalo tak, jakby tam bylo tam wiecej przestrzeni. Rzadziej. Pusciej.
Przypomnialam sobie obraz tych lecacych wiez to dopiero zaczelo do mnie docierac co tam musialo sie dziac. Jaki to musial byc koszmar. Pieklo w raju. Centrum piekla w centrum miasta.
Straszne.
A jeszcze jak stalysmy na dole to nad wiezowcami przelatywaly baaardzo nisko samoloty. Nigdzie indziej ta bliska odleglosc nie robi takiego okropnego wrazenia jak tam.



Chcac obejsc ten teren weszlysmy niechaco do jednego biurowca, ktory wyrzucil nas na brzeg z takim oto widokiem:



I takim:





Bajka!
I to bylo to miasto, ten nastroj, to nowojorskie COS, czego szukalysmy z Patrycja na poczatku, a czego w centrum miasta nie znalazlysmy.

I nareszcie za zakretem ukazala sie ona. Wolnosci. Statua Wolnosci. Niezmieszana oczywiscie ;) Chyba dopiero wtedy poczulam ze faktycznie jestem w USA.



Ale ze widok zachodu slonca wzruszyl nas wszystkie (tzn pisze ciagle my-bo chodzily ze mna i Patrycja jeszcze  3 germanistki :]) i nie spieszylo nam sie nigdzie to same nie wiemy kiedy zaczelo sie sciemniac i sciemniac... A my przeciez mialysmy w planie poplynac darmowym stateczkiem kolo Statuy!
Run Forrest, run!
Zdazylysmy. Juz bylo bardzo szarawo, statek plynal zygzakiem, wiec udalo sie uchwycic tylko to:




Wyladowalywsmy na Staten Island, gdzie mialysmy pol godziny do nastepnego statku, wiec chwycilysmy buly w Subway'u i po prostu usiadlysmy. Nie mialysmy juz sily na nic.
Ale to co ujrzalysmy w drodze powrotnej wynagrodzilo nam wszystkie trudy:
 Blisko:


Blizej:


Najblizej:


Chyba opisywac nie musze :P

Nogi mnie tak bolaly ze ledwo sie doturlalam do hotelu :]

Acha i jeszcze przed cala wycieczka poszlysmy z Patrycja na nasze pierwsze PANCAKES Z SYROPEM KLONOWYM. Mniammmmmm :) Ale slodkie jak diabli!
A no i glupia mina tez musiala byc :]




Smacznego!
.