piątek, 29 marca 2013

Co? JAJCO!


Ja, kalifornijska kobieta z jajami życzę wam jajcarskich i szczęśliwych świąt.

Żebyście w końcu znieśli to swoje jajo, przestali gdakać i wyruszyli przed siebie.

Przestańcie obchodzić się z sobą jak z jajem..

Turlajcie się do przodu. 

Róbcie sobie ze wszystkiego jajca

 i niech Was nie zniechęca jak mówią Wam, 

że "ochhh znalazło się jajko mądrzejsze od kury", 

bo jak Wam się uda to wtedy będą jaja jak berety!

Okaże się, że to co kochacie robić jest lepsze od kury znoszącej złote jaja!

I pamiętajcie: czym skorupka za młodu nasiąknie...to  na starość wspomina :P

ALLELUJA I DO PRZODU!!!!

jak zawsze z jajem,
PannaAnna :)


czwartek, 28 marca 2013

Gra w karty.

Ostatnio dominowały podróże, wojaże, przygody, więc pora na kalafiora, czyli coś praktycznego.
Dziś opiszę karty zniżkowe do sklepów.
Ameryka to kraj bonusów, ulg i przecen.
Prawie każdy sklep ma swoją kartę klienta i kusi promocjami wynikającymi z jej posiadania.
O założenie jej dopominają się za każdym razem kiedy podchodzi się do kasy.
Recytują to płynnie pomiędzy :" how are you doing" a "would you like a bag".
Zazwyczaj kartę dostaje się od ręki po podaniu adresu, nr telefonu i maila.
Jednak są też sklepy w stylu Macy's, Kohl's (ciuchy,kosmetyki itp z wyższej półki), których karta jest również kartą kredytową.
Na nią można dostać większe zniżki, ale haczyk polega na tym, że jest to również karta kredytowa, więc przez bank sprawdzają nasze średnie zarobki...
Jak się domyślacie pensja au pair kokosów nie przynosi.
Próbowałam aplikować w kilku sklepach i za każdym razem przychodziła odmowa.
Mam za to karty do zwykłych miejsc do których często zaglądam lub tzw sezon passy na różne atrakcje.
Fajną sprawą jest to, że gdy już dostaniemy kartę to bardzo często jest ona w dwóch wielkościach: jak karta kredytowa lub 1/3 takiej karty i dodatkowo można ją przyczepić do breloczka, co jest bardzo praktyczne.
A więc moje karty:





1. Library Card.
Wyrobienie zajmuje kilka sekund. Wystarczy podać adres i standardowe informacje.
W USA w bibliotece wszystko robi się samemu: biorę książkę, idę do stanowiska CHECK OUT, skanuję kod z karty i następnie kod z książki, drukuję paragon i do widzenia. Opiszę to jeszcze dokładnie w innym poście.

2.Waterworld - season pass.
Ten pass do aquaparku jest akurat z zeszłego roku. Często jest tak, że bilety sezonowe są tylko trochę droższe niż jednodniowe wejście. Dlatego jeśli planuje  się wrócić choćby jeszcze raz to na prawdę warto wydać 10$ więcej a potem sporo zaoszczędzić.

3. Happy Hollow Park&ZOO
Park rozrywki dla dzieci. Jest to tzw membership połączony to znaczy daje nam zniżki do kilkunastu,ba naawet kilkudziesięciu innych miejsc typu: zoo, parki, muzea. Taka karta jest wydawana na rok. Dodatkowo mając tą kartę można szybciej wejść omijając kolejki do głównego wejścia :) Dlatego jak już dotrzecie do swoich rodzin to warto im powiedzieć o czymś takim i poszukać takiej karty, bo Wam się na pewno przyda.

4.Starbucks
Karta na którą można przez internet wrzucić $$$$ i potem nią płacić. Za każdą zapłaconą tym sposobem kawę można dostać gwiazdkę, które się nam zliczają i można awansować do zielonej lub złotej karty, która daje nam różne bonusy.

5. National Parks Annual Pass
Świeżutki nabytek. Za wjazd do każdego parku narodowego czy  stanowego trzeba płacić. Więc jeżeli, ktoś sporo jeździ na campingi czy hiking to duzych parków to warto zainwestować w taką kartę. Pojednczy wjazd kosztuje ok 15-20$ a roczna karta 80$.
Plusem jest dodatkowo to, że karta może mieć dwóch właścieli więc łatwo można się na nią zrzucić ze znajomymi.
Ja właśnie tak zrobiłam, ponieważ w czasie road tripu będziemy chyba w 5 czy 6 parkach więc bez sensu płacić za każdym razem. Znajomi dorzucili połowę i dostaną kartę na cały rok, a my tylko na czas naszej wycieczki. Dobry interes :)




6. Panera Bread- moje ulubione miejsce na lunch lub śniadanie. Mają przepyszne pieczywo, kanapki i zupy.
Głównie chodzę tam właśnie dla zup. Przy każdym zakupie skanują kartę i co chwilę dostaję zniżki a to 2$ off na zupę, a to free muffin a to free smoothie.

7. Fitness 19- siłownia.
Najnowszy nabytek. Dostałam membership od znajomych. Bo sama jakoś nie mogłam się zmusić i gdzieś porządnie zapisać,a tak nie mam wyjścia :P Nie lubię marnować pieniędzy, a już zwłaszcza cudzych, więc motywacja jest dobra i zasuwam na gym 2-3 razy w tygodniu.

8.  CVS Pharmacy
Apteka i Rossmann w jednym.
Dzięki karcie można dostać mnóstwoooooo zniżek typu kup jedno drugie gratis, albo -5$ na kolejne zakupy. Plus ceny wielku produktów oznaczonych " CLUB CARD PRICE"  są często bardzo niskie. Można zaoszczędzić na prawdę sporo.

9. RiteAid Wellnes Card
Tak samo: apteka i Rossmann w jednym. Tutaj karta zbiera jakieś dziwne punkty, z których nie mam pojęcia jak wymienić :P Ale dzięki temu mam sporo tańsze kosmetyki.


Takich kart jest dostępnych kilkadziesiąt!
Amerykanie mają również hopla na punkcie tzw gift cards.
Czyli kupują kartę do konkretnego sklepu z już z wbitymi $$$.
Z reguły są to okrągłe kwoty np 25,50,75,100$.
Gdy jednak nie wiadomo z czego obdarowywany by się ucieszył to dostępne są również uniwersalne gift cards, na które można wrzucić kwotę według własnego uznania i można z nich korzystać w dowolnym miejscu.




Gift Cards sa dostępne dla najróżniejszych sklepów:  od księgarni, rtv agd, przez kino, Subwaya, Amazon aż do sklepów zoologicznych i pieniądzach do używania w grach komputerowych.
Każdy znajdzie coś dla siebie.
Oczywiście branża papiernicza również pomyślała o odpowiedniej oprawie wręczania takiej karty i w każdym sklepie można kupić Gift Card Holder najróżniejsze okazję.
Ja uważam, że gift cards są bardzo praktyczne.
Nie zastąpi to oczywiście wybranego osobiście prezentu, ale myślę, że w wielu sytuacjach może się przydać.
Sama dostałam parę gift cards, głównie do mojego ukochanego sklepu TARGET ( coś jakby H&M, wymieszany z giga Rossmannem i delikatesami ) i byłam bardzo zadowolona.
Od hostów zdarzyło mi się też raz dostać gift card...
Na Boże Narodzenie dostałam od nich 50$ kartę kredytową w ramach uwaga cytat" thanks for being with us"...
Było to zaraz po tej aferze z ich znieczulicą na temat tego jak się czułam po wypadku i ich zachowaniu...
W zeszłym roku dostałam piżamę.
Tylko.
Więc postęp i tak zrobili :)
W sumie prezenty od nich dostałam 4: na pierwsze urodziny kupili mi maleńkiego 2gb ipoda, potem była piżama na święta, następnie na drugie urodziny dostałam uwaga: 100$ do wydania na Hawajach i teraz na święta ten gift card, do którego dorzuciłam trochę od siebie i za te pieniądze kupiłam sobie Kindle-czyytnik EBook.
I nie powiem: zrobiło mi się przykro wiele razy jak słyszałam jakie prezenty robią dla innych.. np raz hostka mówiła hostowi, że kupiła śmieciarzowi kartę do Starbucksa za 50$ "bo on taki jest miły i zawsze wraca po nasze śmietniki, jak ona zapomni je wystawić"
A na pierwsze Boże Narodzenie siedziałam z nimi przy choince przez 3 godz z tą swoją piżamą, a dzieci dostały prezenty od każdego zwierzaka w domu.
Tak, dobrze przeczytaliście: od zwierzaków.
A mieliśmy ich wtedy 6.
Zwierzaki też dostały.
Osobno od każdego dziecka i osobno od hostów.
A ja dzierżyłam ta piżamę i musiałam tam tyle siedzieć, bo dzieci koniecznie chciały, żebym była przy rozpakowywaniu prezentów...
Jak w końcu wyszłam to się poryczałam.
Nie wytrzymałam.
W sumie nie doczekałam się ani razu czegoś co było by dla mnie najcenniejsze: dziękujemy Ci za to co robisz dla dzieci, za zajmowanie się nimi.
Widzę to na szczęście w dzieciach.
Czuję to, że mnie kochają, że słuchają, że wiedzą czego od nich oczekuję i ile daję im w zamian, wiedzą też czego się po mnie mogą spodziewać i jakie mam zasady.
I to jest najlepszy gift card ze wszystkich!
Moje extra punkty, które zbieram codziennie za zajmowanie się nimi, są wymienne na ich uśmiechy albo  na  kopnięcie ze strony Młodego ( bo to jest zawsze z miłości :D ).
Właśnie to jest PRICELESS.
Bez żadnej zniżki.
Best gift ever!
A to są moje najlepsze karty:



wtorek, 26 marca 2013

Galopem!

Po uLOTnych atrakcjach czas spaść na ziemię.
Prosto w siodło.
Na wycieczkę konno po plaży czaiłam się już długo, ale nigdzie nie było dobrej oferty.
Ani ceny nie kusiły, ani miejsca.
Ale w KOŃcu się doczekałam.
Na Living Social  za 32$ (normalnie 75$) kupiłam 1,5 godzinną wycieczkę w super miejscu, godzinkę odemnie: Half Moon Bay.
P.S. uwielbiam ta nazwę :) tak magicznie brzmi
Najpierw szlakiem nad morzem a potem zjazd na plażę.
Razem z Jo pojechałyśmy z samego rana i zadowolone idziemy do stadniny mówiąc, że chciałybyśmy dziś pojechać.
A babka nam mówi, że very sorry, but everything is booked for today! Tylko z rezerwacją.
My buzie w odwrócony uśmiech i, że jak to przecież dzwoniłyśmy wcześniej i nie trzeba było nic rezerwować, i że taaaak z daleka przyjechałyśmy!
Pani się zlitowała, wpisała nas na rezerwową listę i kazała przyjść za dwie godziny, chwilę przed turnusem, bo zawsze ktoś się spóźniać, więc jest szansa, że się załapiemy.
Więc poszłyśmy się przejść, pogadać i na wszelki wypadek już po półtorej godzinie się zamledowałyśmy.
I stoimy jak te sępy i liczymy ile osób już się zgłosiło a ile brakuje.
Obok nas stała para, która robiła dokładnie to samo co my...
Na nasze szczęście okazało się, że tyle dodatkowych osób się zgłosiło, że zrobili drugą grupę.
IHAAAA!!!
Jak już nas zebrali, to zaczęli nam przydzielać konie.
Zaczęli od pytania indywidualnie czy osoba już jeździła kiedyś, lub w ogóle siedziała na koniu.
Oczywiście powiedziałyśmy z Jo, że tak, owszem.
Nie kłamałyśmy, bo każda tam parę razy jeździła.
Para Gołąbeczków koło nas powiedziała, że nie, i dostali takie przymulone konie, że one chyba spały i szły...
Jo dostała szybko małego zgrabnego konika a ja stojęęęę i stoję....
Helloo ja taż bym chciała.....
I wtedy facet pokazuje mi na tyły boksów i mówi Ty dostaniesz tamtego!
Odwracam się a tam wielka kobyła!
Po drabinie chyba się na niego wchodzi...
I na dodatek nie wyglądał zbyt szczęśliwie.
Rzucał głową, kichał, prychał.
Dali mi jego lejce i MASZ.Teraz go pilnuj.
Wturlałam mu się na grzbiet i przywitałam w trzech językach na wszelki wypadek.


Nazywał się Temper.
Nie bez powodu.
Był bardzo temperamentny.
Tak zaczął tupać i się wiercić, że wyrzucili mnie na sam przód grupy zaraz za przewodnikiem.
Świetniee.....zaraz za bossem, że w razie jak mi się koń zbiesi to on mnie będzie łapał i gonił..
Na szczęście jak tylko ruszyliśmy to się uspokoił i grzecznie truptał.
Najpierw szliśmy szlakiem  wzdłuż brzegu.
Może nie był to dokładnie brzeg, bo wyglądało to tak:

---------my tu-------------------------------\
                                                  \
                                                  \
                                                   \
                                                    \
                                                    .......................plaża......................~~~~~~~~~ocean


Tak wygląda topografia Half Moon Bay :)
No więc jedziemy sobie tym brzegiem, potem przez bajorka i pod krzaczorami.








Wszystkie zdjęcia były robione przez ich pracownika, bo własnych nie można było robić.
Nie wolno było brać żadnych ekstra rzeczy, telefonów, aparatów itp.




Mój Temper parę razy pokazał charakterek więc sobie tu i ówdzie podbiegliśmy, albo szliśmy nawet przed bossem.
Myślę, że po zdjęciach widać jak tam było zimno i jak strasznie wiałoooo..
Miałam na sobie cztery warstwy więc wyglądałam jak mały bałwanek.
Bałwanek na koniu.



Po 40 minutach czekało nas zejście na plażę.
Spójrzcie jeszcze raz na obrazek...
Tak, zejście na dół jest meega strome!!
Facet tylko krzyknął: jak schodzicie to połóżcie się do tyłu...
I faktycznie trzeba się było bardzo mocno wygiąć.
Kiedy zeszliśmy na plażę zaczęła się zabawa.
Konie się rozszalały!






Z radości zaczęły skakać i za nic nie chciały sie dać opanować.
Mój i dziewczyny obok zwłaszcza poleciał do przodu, i potem jak już udało mi się mojego ogarnąć, to ani myślał wracać tam gdzie wszyscy.


Więc cała grupa szła grzecznie w rządku a PannaAnna obok, jak zwykle własną drogą..



Tak szliśmy ok 30 minut.
Gdyby jeszcze pogoda była ładniejsza to było by idealnie!







Po ponad 1,5 godz wróciliśmy do stadniny.
Jak zeszłyśmy z Jo z siodeł to nie mogłyśmy wyprostować nóg!
Bolały nas jak nie wiem co.
Porozciągłayśmy się, rozruszałyśmy i poszłyśmy wybrać zdjęcia.
W tym czasie wszytko nam już przeszło i zadwolone pojechałyśmy do domu.
.....
Dnia następnego...
.....siadałam już po królewsku: na poduszkach.
Tyłek mnie bolał przeokrutnie.
Jak po godzinach jazdy na rowerze.
Siodełko wbija się w D.
Jo miała jeszcze strasznie zakwasy w nogach.
Ale co tam, było super :)
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze pojeździć w czasie mojego road trip.
Będziemy przejeżdżać przez Idaho i chyba zahaczymy o Montanę, to może trafimy gdzieś na dzikie rancho.


IHAAAA!!!! :)

niedziela, 24 marca 2013

Galopem. Week 12. 365 Project.

Czas pędzi galopem.
Dni mi uciekają.
Robię ostatnio tyle rzeczy, że tydzień mija nie wiem kiedy...
Żyję od weekendu do weekendu.
Po lekcjach latania wszystko wydaje mi się zbyt nudne..
A potrzebuję znowu jakiejś adrenaliny, która nakręca mnie na cały tydzień.
Dlatego tym razem  w weekend prosto z nieba spadłam na siodło...

77/365
Młode chodzą do prywatnej szkoły, która ma ciągle no-school-days.
Każde święto,nadświęto, przedświęto, rady pedagogiczne itp.
Zebrania z rodzicami zajmują aż dwa dni w związku z czym nie mieli szkoły w poprzedni piątek i dzisiaj (poniedziałek).
Młoda utknęła w domu z zadaniem domowym z angielskiego tzw BookReport a ja miałam cały dzień z Młodym.
Więc rano powiedziałam mu, że jestem dzisiaj do jego dyspozycji i spytałam go co chce robić a on do mnie: " ania lets make a fun list!" 




No więc mamy listę: gramy na wii, air hockey, freeze dance, jemy lunch, potem marbles i na końcu jedziemy na chiński.
 "And we dont have to put our ninja fights on the list cus its our secret, right Ania?:)"
Co to są Ninja Fights?
Otóż wychowałam się z dwoma kuzynami, więc bicie z chłopakami nie było mi obce i tak mi zostało, że wolę się bawić/zajmować/ni ańczyć chłopaków niż bawić lalkami.
Młody jak to każdy chłopczyk w jego wieku jest bardzo aktywny, lubi zaczepiać i się bić.
Więc jak zaczepiał to ja oddawałam :)
Ustaliliśmy już dawno temu, że są zasady: jak krzyczę AŁA albo STOP, to przerywamy.
I tak potrafimy się naparzać po kanapach i biegać po całym piętrze nawet przez godzinę!
Jedno drugie rzuca, robimy non stop pillow fights i pióra lecą.
Oczywiście przy tym jest mnóstwo śmiechu i wygłupów.
Młody się przy tym tak beztrosko, radośnie śmieje, że jak pierwszy raz się tak tłukliśmy to się aż zdziwiłam, że on się tak  potrafi śmiać.
Najprawdziwszy śmiech dziecka.
Cudowny dźwięk :)
Jest mu takie coś potrzebne, bo on ciągle przebywa w babskim towarzystwie. 
I nie ma na kim się wyżyć. 
Bo z tatą to nie ma na co liczyć...
Ale wracając do secret fights: muszą być one secret, bo host powiedział, że dostał info ze szkoły ,że młody się z kimś wygłupiał i jak ich rozdzielili to powiedzial, że on się  tak zawsze ze swoją au pair bawi :P 
I raz pacnął dziewczynkę w tyłek i ona się poczuła molestowana i naskarżyła rodzicom.
W związku z tym mamy przestać się tak bawić w domu, bo propaguję złe zachowanie i wzbudzam tym agresję u niego...
Kiedy host mi o tym mówił to Młody stał obok i płacząc mu tłumaczył : Ale ja się tylko bawiłem, wszyscy się tak klepaliii, to nie Ani wina!!!
I jeszcze mnie bronił kochany potworek.
Ale to nie pomogło, więc od tej pory nasze fights są secret i tłuczemy się tylko jak hostów nie ma w domu, albo na dole, gdzie nie słychać jak się drzemy. 


78/365
Dziś na zajęciach w szkole PrzesympatycznyStarszy 81 latek przyniósł dla całej ponad 30sto osobowej grupy prezenty z okazji Persko/Irańskiego Nowego Roku, który jest obchodzony jutro, w pierwszy dzień wiosny.
Każdemu z osobna wręczył kopertę, złożył życzenia  i powiedział "proszę" w tej osoby języku.
Facet jest naprawdę niesamowity.
Na drugich zajęciach podszedł do mnie i kazał mi fonetycznie napisać zwroty typu: Kocham Cię, Proszę, Dziękuję, Dzień Dobry, Do Widzenia, Przepraszam, Cześć.
Potem wytłumaczył mi, że zna te zwroty w ok 20 językach i niejednokrotnie bardzo mu one pomogły podczas podróży.
Powiedział, że to takie łamacze barier.
W kopercie była kartka z ważnymi datami w kalendarzu irańskim i mały notesik z życzeniami na okładce, w którym mamy zapisywać dobre myśli.
Byłam tak wzruszona, jego siłą, optymizmem i energią, że miał siłę to wszystko przygotować, że na przerwie do niego podeszłam złożyłam mu jeszcze raz noworoczne życznia, uściskałam i tym razem to on się wzruszył :)
Cudowny człowiek!

Nowrūz !!!!! Happy New Day!





79/365
Po raz pierwszy od ho ho ho zaczęło padać
Uwielbiam zapach powietrza w czasie i po deszczu.
Nie to żebym tęskniła za deszczowymi dniami.
Nie, nie.
Kalifornijska słoneczna pogoda odpowiada mi w 100%.
Ale dobrze jest od czasu do czasu oczyścić powietrze mała ulewą.
Jak czekałam na Młodą w aucie na chińskim, to przez dach zobaczyłam jak cudnie słońce wpasowało się dziurę między  chmurami.





80/365
Słynne karteczki hostki.
Większość już je pewnie zna z facebooka (Blisko Do San Francisco)
Tym razem zamiast karteczki był wpis w kalendarzu.  
Większej czcionki i bardziej czerwonego pisaka już chyba nie miała..
Pomijam fakt, że wystaczyło by zajrzeć do lunchu dzieci, żeby zobaczyć, że od poniedziałku im wkładałam właśnie to do  jedzenia.
No i przecież lepiej napisać w kalendarzu i nic mi nie powiedzieć.
Tylko niechący to znajduję przy okazji wpisywania swoich wyjść.
Ale jeszcze tylko dwa miesiące!!!
Hmmm może się  spakuję i nalepię karteczkę na drzwiach: "Im done. Bye"...



81/365
TGIF czyli Thank God Is Friday! 
Niestety radość moja się skończyła kiedy wróciłam z dzieciakami do domu, wchodzę do salonu a tam host wywalony na kanapie z nogą w usztywniaczu!!
Cała stopa, łydka, aż do kolana.
Leży jakby umierał i ledwo mi odpowiedział Hi to pytam co się stało.
Okazało się, że jak grał w golfa (!) to zerwał sobie jakiś mięsień z tyłu nogi!
I, że jest uziemniony na 6 tyg, a przed 3 miesiące nie wolno mu jeździć samochodem ( bo to prawa noga)!!
A wiecie co to oznacza....że będzie pracował z domu...
Całe dnie będzie siedział na kanapie i sie do wszystkiego wpierniczal...

I trzeba go wozić wszędzie, a że hostka pracuje 12/24h to zgadnijcie kogo wylosują... 
A już nie chcę myśleć o weekendach kiedy dzieciaki będą miałay zajęcia w dwóch różnych miejscach w tym samym czasie.... 
O mamoooooo. 
A myslalam, że nic mnie tu juz nie zaskoczy..
 Najlepiej to podsumowała moja znajoma:" Jezusie Ania bede sie modlic za ciebie. Moje wspolczucie:((("
HAHAHA nic dodać, nic ująć.
Będzie ciekawie biorąc pod uwagę fakt, że my nie możemy być w tym samym pomieszczeniu dłużej niż 5 minut i jedno drugiemu schodzi z oczu.
Trzymajcie kciuki!!!
Ale zdjęcie z dziś dotyczy czezgo innego.
Za tydzień cała banda jedzie na Hawaje i Młody po powrocie ze szkoły stwierdził, że on już się spakuje.
I zaczął gadać mamie a ta go zaczęła spławiać, więc jej powiedział, że on pójdzie ze mną i ja go spakuję, bo już tam byłam to wiem najlepiej.
Musiałam wyciągnąć jego walizkę i spojrzał na mnie poważnym wzrokiem: " Ania, ile mam wziąć spodni, ile koszulek, czy tam jest ciepło, czy klapki też brać, a czepek? Musisz mi powiedzieć, bo ty byłaś na Hawajach i się znasz!"
Ahhhh mój gremlinek :)
Więc zaczęłam mu mówić a on powyciągał wszystko z szafy i grzecznie poskładał wszystko w kosteczkę i włożył do wazliki i na końcu usiadł na niej tyłkiem "widzisz Ania, będę miał więcej miejsca na rzeczy jak to tak sprasuję".
Dziś jak to piszę to jest niedziela i od rana za mną chodził, żebym jeszcze raz sprawdziła, czy wszystko spakował i czy mu wystarczy, bo mama mu kazała zabrać 7 piżam ( na 7 dni........) i  musiał spodenki powyciągać.
A i cały czas mu mówię czy może mnie wcisnąć do swojej walizki, żebym z nim pojechała i mi powiedział, że niestety się już nie zmieszczę, a jak by mnie spakował w osobną torbę to musiał by za dużo płacić za nadbagaż..
I jak tu nie kochać :)





82/365
Wspomnienie o deszczu już dawno wyparowało i znowu jest 20-25st w ciągu dnia.
Więc korzystając z pogody pojechałyśmy  z Jo na wykupioną wcześniej przejażdżkę konno po plaży.
Jak to dokładnie wyglądało opiszę w osobnym poście.
W skrócie: mega wiało, konie były szalone, dupsko mnie boli od siodła, ale było super and i wanna do it again!! :) IHAAA!!!
Tak wyglądała większość wycieczki: wszyscy grzecznie idą w rządku, wydeptaną scieżką, a PannaAnna jak zwykle wystaje z szeregu.
Dali mi świetnie dopasowanego konia-też indywidualistę i on musiał chodzić po swojemu.
Duet idealny.








83/365
Po wczorajszych galopach każda powierzchnia płaska nadająca się do siadania jest zabójcza dla mojego tyłka.
Auuaaaa.
Na dodatek szłam dziś na urodziny koleżanki organizowane w parku, a co za tym idzie cudnymi, twardymi, drewanianymi ławkami. 
Pozycje w jakich próbowłam tam usiedzieć były kosmiczne.
Impreza była w stylu potluck party, czyli każdy przynosi coś do siebie do jedzenia.
Miejsce było przepiękne: regional park niedaleko MtDiablo, pełno stołów, publiczne BBQ do dyspozycji, boisko do kosza, tenisa i spora łąka do grania.
Do tego uwaga: 28 stopni, goście w  krótkich spodenkach, koszulki na ramiączkach. 
Zjarałam sobie dekolt...
Sezon na kremy przeciwsłoneczne uważam za otwarty. 
I w końcu po paaaru latach pograłam sobie w badmintona.
Wyśmiałam się z dziewczynami tyle, że aż mnie kolka złapała.
Grałam też po raz pierwszy w horseshoes game.
Polega to na tym, że w taką dużą piaskownicę wbija się cieńki patyk i rzuca się ciężkimi, sporymi podkowami.
Jeśli doleci na odległość jednej podkowy od patyka to dostajemy 1pkt, jeśli dotknie i spadnie na płasko 2pkt, jeśli oprze się o patyk to 3 pkt a jeśli idealnie zawinie się dookoła to 4 pkt.
Super gra i bardzo mi się spodobała. 
Zwłaszcza, że bardzo dobrze mi szło i zdobyłam wszystkie punkty dla mojej drużyny.
Sama nie wiem kiedy czas zleciał i okazało się, że siedzieliśmy tam 8 godzin!
Dotleniłam się, że ho ho. Chyba dziś szybko zasnę..






środa, 20 marca 2013

Lecę, bo chcę!



Mówiłam, że polecę drugi raz?
Mówiłam! 
W sobotę o 15.30 miałam drugi lot.
Tym razem kupiłam normalną, godzinną lekcję, na którą dostałam zniżkę w podziękowaniu za pierwszy lot.
Kiedy weszłam do biura od razu mnie poznali i było : "ooo Anna welcome back!".
I nagle zza zakrętu wyszedł TopGun... ahhhhh.
Jak się uśmiechnął!!!
"Hi Anna, glad to see you againnn, cant get enough of flying ha?"
Marry me. Marry me.
Powiedział, że dopiero wyszedł z samolotu i musi iść coś zjeść, więc mam sobie polatać na symulatorze.
I dał mi PilotaJuniora do towarzystwa.
Przyszedł, usiadł koło mnie i mówi:" słyszałem od szefa, że dobrze latasz, no to zobaczymy co potrafisz..."
I jak zaczęliśmy to latałam na tym symulatorze ponad godzinę.
Lądowałam chyba z 5 razy, leciałam w burzy z piorunami, nocą, w mega gęstych chmurach i nawet włączył mi lądowanie bez mocy w silnikach.... i co- wylądowałam!!!
Siedział obok i mnie chwalił a ja pękałam z dumy.
Nawet nie zauwazyłam, że za plecami siedział mi TopGun!
Dopiero jak zaczął mówić, że mam wyczucie do manewrowania itp to zorientowałam się, że był w pokoju caaałą chwilę.
Nice Ania, nice.
I tak ich dwóch siedziało całą chwilę i komentowali, że ładnie skręcam, że ach och a mi aż płonęły policzki.
Się zawstydziłam. 
No i w końcu trzeba się było przesiąść do prawdziwego samolotu.



Zanim do niego dojechaliśmy TopGun powiedział mi co dziś mamy w planie.
Plan ambitny.
Potraktował mnie jako potencjalnego przyszłego pilota i zrobił normalną porządną lekcję.
Na dzień dobry dostałam całą checklistę jak przygotować samolot.
Tutaj 1/4 listy:






Standardowa procedura przed lotem.
Musiałam czytać na głos punkt po punkcie i on mi mówił gdzie to jest, jak to coś sprawdzić i ja to wszystko robiłam.
Obchodziłam cały samolot, sprawdzałam każde skrzydło, liczyłam śrubki,wspinałam się, żeby sprawdzić jaki jest poziom paliwa.
Robiłam wszystko.
Milimetr po milimetrze.
Kiedy już odblokowaliśmy koła, sprawdziliśmy cały samolot, przyszła pora na wturlanie się do środka.
I to samo: czytałam na głos checklist i naciskałam, przestawiałam, ustawiałam guziczki i przyciski.
Osobiście włożyłam kluczyki do stacyjki i odpaliłam bestie!
Tak w skrócie wyglądał środek: (opisałam najprościej jak umiałam :P )


 
Lista sprawdzona, wszystko jest to lecim!
Znowu jazda po płycie i ustawienie się do startu.
Jedyną rzecz, którą on robił przez cały lot to było rozmawianie z wieżą, nadawanie co robimy
i proszenie o pozwolenie na lądowania i starty.
No i fruuuuuuuuu!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Od razu jak wystartowałam poczułam na samolcie, że jest dużo większy wiatr niż ostatnio.
Bujało dużo mocniej.
Ustaliliśmy, że lecimy nad MtDiablo i porobimy różne manewry.
I ta część zasadniczo różniła się od pierwszego lotu.
Nad SF leciało się w lini prostej, potem trzy proste zakręty, lądowanie, dziękuję.
Moim zadaniem było trzymać stery i samolot w poziomie i tyle. 
On naciskał przyciski, ustawiał prędkość, położenie przodu itp.
A tutaj lecieliśmy pod mega różnymi kątami, zakręcaliśmy na maxa 360*, musiałam sama zmieniać co chwilę prędkość, położenia, nachylenia.
Do tego jeszcze nam wiało i bujało tym maleńkim samolocikiem.
Pomiędzy ustawianiem wszystkiego udało mi się spojrzeć parę razy na widoczki pode mną. 
Było przepięknie.
Zielone wzgórza, małe domeczki poustawianie jak od szablonu.
Cudownie.
Znalazłam zdjęcie w internecie, które dokładnie pokazuje krajobraz, nad którym leciałam:



Ale większe cuda były dla mnie w samolocie.
Na dodatek mój cudo-instruktor nadal chwalił i komplementowal moje manewry co mnie kompletnie rozpraszało.
Po 45 minutach zaczęliśmy wracać na lotnisko.
Wylądowałam a on do mnie: no to robisz rach ciach kółeczko i startujesz jeszcze raz.
A ja: WHAT? 
I smile :D
No i dawajjj jeszcze raz fruuuuuu górę!
Tym razem zrobiliśmy rundkę "po prostokącie" dookoła lotniska: cztery 90* zakręty.
Czzzaaad.
Lądowanko i koniec.
Mogłabym tak jeszcze milion razy startować i lądować.
Ale tylko z TopGunem.
Działał na mnie mega uspakająco.
Czułam się bezpiecznie przy tych wszystkich manewrach.
I świetnie się dogadywaliśmy.
Ahh marry me.
Po wylądowaniu ciąg dalszy sprawdzania checklisty i zabezpieczanie samolotu po locie.
W biurze TopGun wypełnił kolejną rubrkę wpisując wszystko co dziś robiłam.
Może kiedyś zapełnię całą książeczkę :)