piątek, 28 września 2012

Gramatyka. Challenge accepted.

Nareszcie zaczęłam kolejne zajęcia na UCBerkeley.
Przez 12 najbliżych śród będę jeździć do SF na bardzo mądrze brzmiący kurs:              
Grammar, Mechanics and Usage for Editors.
Cóż to takiego?
Jest to pierwszy z czterech etapów by zostać edytorem tekstów.
Na tym kursie uczą poprawiać teksty w języku angielskim, wyszukiwać wszelkie możliwe błędy i jak używać znaków korektorskich.
Kobitka, która tego uczy wygląda jak Sybilla z Harrego Pottera:


GRAMMAR, GRAMMAR EVERYWHERE!!!!

A to czego uczy to istna czarna magia.
Na dzień dobry trzeba było wypełnić ankietę z pytaniami typu: kiedy ostatni raz uczyłeś się gramatyki i budowy zdań etc, dlaczego chcesz być na tym kursie, czy miałeś już styczność z edytowaniem tekstu i co  w gramatyce sprawia ci największe problemy.
Następnie rozdała nam milion kartek z zasadami obowiązującymi na kursie oraz rozpiskę tego, czego będziemy sie uczyć.
Od razu  z Patrycją zauważyłyśmy, że wg. rozkładu dziś ma być test sprawdzający naszą wiedzę.....
I był.
Kiedy dostałyśmy kartki z zadaniami, wyglądałyśmy mniej więcej o tak:



Zadanie pierwsze: ok 40 zdan do poprawienia.
Interpunkcja, gramatyka, szyk zdania, literówki.
Haczyk: tylko dwa zdania są dobre.
Czytam, czytam, naczytuję, obczytuję.
Houston mamy problem... bo w sumie to 3/4 zdań wygląda dobrze.
Patrzę na Patrycję.
Czyta, czyta, naczytuje, obczytuje, stęka.
Znaczy, że ma ten sam problem.
Natrzaskałam przecinków, cudzysłowów, znaczków, gwiazdeczek, półksiężyców ile się da
i dalej: kolejne zadanie.
Dwadzieścia słów. Zaznaczyć literówki.
To myślę: o, łatwe będzie, bo dobra jestem w literki .
Czytam, czytam, naczytuję, obczytuję.
I nie jestem pewna, czy niektóre wyrazy są w ogóle po angielsku....
Zaznaczyłam ufając mojej ortograficznej, językowej intuicji.
Patrzę na Patrycję.
Czyta, czyta, naczytuje, obczytuje, stęka.
I zakreśla jak szalona co drugie słowo.
Jak liczby w totka.
Na ślepo.
Ok, zadanie trzecie.
Poprawić kolejne 15 zdań.
Niektóre są dobrze, niektóre są źle, a niektóre są @$%%#^#&^$#@.
Patrzę na Patrycję.
Czyta, czyta, naczytuje, obczytuje, stęka.
A może to tylko ja tak głośno stękam?


W trakcie naszej intelektualnej katorgi zostaliśmy poinformowani, że mamy jeszcze napisać esej, dlaczego chcemy się uczyć akurat na tym kursie.
Ochh dużo jak na pierwsze zajęcia....
Kto skończył mógł wyjść wcześniej.
Zgadnijcie kto się zerwał pierwszy.
Tak.
Dobrze zgadliście.

Oczywiście wyszłyśmy załamane.
Sybilla załamie się jeszcze bardziej od nas, gdy zacznie czytać nasze prace.
Wstyd tym większy, że na samym początku powiedziała, iż nie jest to kurs ESL (English as a Second Language) i trzeba być very very good at grammar.



Po jej zajęciach zdecydowanie cofnęłam się do etapu: me start grammar english learn.
Będzie bardzo ciężko.
Babka jest wymagająca, materiał trudny nawet dla amerykanów, a co dopiero dla obcokrajowców.
Ale kto nie da rady - ja? JA?!
Challenge accepted.





Jeszcze informacja pod au pairskim kątem: kurs daje mi 30h lub 2 kredyty.
Kosztował 600$, czyli i tak stówkę dopłaciłam.
Jak uda mi się w miarę przyzwoicie przejść ten kurs, to w następnym semestrze pójdę na kolejny poziom wtajemniczenia edytorskiego :)

Koniec na dziś. Kropka.

piątek, 21 września 2012

Na barana.


Odpowiednikiem polskiego " brania kogoś na barana" jest piggyback ride.
Widać jaki kraj, takie zwierzę.
Jednak dzisiejszy baran miał niewiele wspólnego ze świnką.
Miałam dziś niesamowitą przyjemność oglądania historycznego " The Ultimate Piggyback Ride".
Właśnie tak nazywa się metoda, którą NASA transportuje wahadłowce.
Do tego służy specjalnie zmodyfikowany Boeing 747 tzw Shuttle Carrier Aircraft (SCA)


Dlaczego ten lot byl historyczny?
Otóż na tego Boeinga został załadowany wahadłowiec Endeavour, który jako przedostatni poleciał na księżyc z załogą.
Ponieważ byl to jeden z bardziej znaczących wahadłowców, jego przejście na emeryturę uczczono przelotem na niskiej wyskości nad najważniejszymi  miastami w USA.
I na tą listę załapało się dziś San Francisco i okolice :)
O godzinie 9.30 uzbrojona w obiektyw od hostki, wdrapałam się na szczyt wzgórz Berkeley, z którego było widać idealnie całą zatokę tzw Bay Area.
Do 10.00 na każdy dźwięk silnika i widok samolotu wszyscy podskakiwali "OOOO MOŻE TO ONNN!!! A nieeee to zwykły samolot..."
Patrycja czaiła się w SF i smsowałyśmy do siebie jak szalone czy ktoś coś już widzi i jakie ploty chodzą w tłumie, gdzie co i jak leci.
Napięcie rosło jak szalone.
Na dodatek nie wiadomo było, jak będzie widać w SF z oczywistych powodów: mgła.
A my się jeszcze z Patą nakręcałyśmy podwójnie
Że zacytuję fragmenty:
 -Kuzwaa, mgła is rolling in! wkurzę się. Jeszcze ktoś zaczął się drzeć, że aż się  podekscytowałam bez powodu
-jak mi się aparat zepsuje to wyrzucę do oceanu!
-ej krzycz jak bedziesz go widziała co bym i ja wiedziała , że zaraz go zobaczę :P nie no, zdjęcia nakur**aj!
-ejj  no już nie mogę. spóźniają się! Karny ***** za spoźnienie!
-aleeeee się stresujeeeeee, jak sie podniecammmmmm :P
-JEST!!
- Cudddddooo wiesz jak blisko lecial!! prawie się poplakałam!!
-Leci na most!! Już tuż tuż
-Masz go, masz go?? Jak nad mostem leci??

Reszta tłumu zachowywała się identycznie.
Każdy nasłuchiwał w radiu, gdzie aktualnie to cudo leci i podawał informację dalej.
I w końcu ktoś krzyknął: jest już nad Walnut Creek!
Czyli za parę sekund będzie!
Ze sporym opóźnieniem ale doleciał.
I wyłonił się zza mgły....


W  tłumie rozległy się ochy achy, ludzie bili brawo, krzyczeli z radości, krzyczeli Thank you! Have a good flight etc.
Naprawdę było to wzruszające.
Widok wahadłowca przyczepionego na plechach Boeinga - bezcenne.
Jestem przeszczęśliwa, że udało mi się to zobaczyć na własne oczy.
Widziałam jak tworzy się historia.
To jest niewyobrażalne jaką moc i wiedzę ma człowiek, żeby stworzyć wahadłowiec, który leci na Księżyc i z powrotem, okrąża Ziemię ponad 5000 razy, pokonuje ponad 123.000.000 mil ( prawie 200 milionów km!!! ) a potem jeszcze umieścić go na największym samolocie pasażerskim i jak gdyby nic przelecieć nad głowami takich małych zwykłych ludzików jak ja.
Cud i magia!Sami powiedzcie, czyż to nie jest piękne:
















A teraz idę spać i mam nadzieję, że będę miała odlotowe sny. Takie jakby je ktoś z księżyca wziął!


.

niedziela, 16 września 2012

Szerszeń.


W samolotach jest coś, co mnie niesamowicie fascynuje.
Że lecą.
Że bujają w obłokach.
Że wznoszą się z pasażerami i ich przeładowanymi walizkami.
Że co ważniejsze: lądują.
Wszelakie wzory i prawa fizyki, które twierdzą, że to oczywiste, że one latają, do mnie nie przemawiają.
Jestem humanistką, filozfem, marzycielem i uważam, że to magia. O!.
Tak więc szukając odrobiny tej magii na kalifornijskiej ziemi, trafiłam do bazy wojskowej
w Alamedzie, niedaleko Oakland.
A tam niespodzianka: statek i samoloty w jednym miejscu. Ah!Bo znalazłam amerykański lotniskowiec przekształcony w muzeum.
Więc oprócz możliwości obejrzenia kilkunastu samolotów, które miały być celem wycieczki, zwiedzilam niesamowity lotniskowiec : USS Hornet, czyli Szerszeń.









Jest potężny, ogromny i przepiękny!

Spędziłam tam z Patrycją ok 5 godzin non stop chodząc i oglądając każdą śrubkę.





Na płycie stało parę świeżutko odnowionych samolotów używanych w tamtych czasach.




Z ciekawostek mogę wam powiedzieć, że właśnie ten Hornet został uznany za najbardziej nawiedzony statek w Stanach...
Strach się bać :P



Nasz przewodnik wyglądał w miarę żywo, chociaż parę razy nam znikał...




Na pokładzie lotniskowca można było też znaleźć wystawę poświęconą lądowaniu Apollo 11 i 12.



Skąd oni się tu wzięli?

Co ma księżyc do statku?

Otóż, ten właśnie Hornet wyłowił z oceanu załogi obu misji.

To musiało być niesamowite-ludzie ze staku jako pierwsi spotkali astronautów, którzy dopiero co stali na księżycu!

Więc opórcz odrobiny morza i powietrza, musnęłam trochę kosmosu :)




                                                      No bardzo high alert prawda? :P




                                                Znalazłam również ostatnią deskę ratunku....



                ...która to nie będzie mi już potrzebna, ponieważ uwaga: Tato, znalazłam Ci zięcia...




...i tak zastanawiałam się gdzie by tu z nim wyjechać/wypłynąć/polecieć...



...ale wszystko i tak wskazuje na San Francisco...


         
           ..na szczęście my future husband to bardzo zasłużony, emerytowany pilot, 
więc będziemy mogli latać za darmo do Gdyni ;)




poniedziałek, 10 września 2012

Ćwierćdolarówka.

Dziś dalej o pieniądzach.
Tym razem o najsłynniejszej monecie w USA, a i na świecie chyba też.
25 centów vel Quarter vel ćwierćdolara.
Używane są wszędzie.
W parkometrach, pralniach, maszynach do gier itp.
Trzeba mieć w portfelu 25 centówki.
Bez tego ani rusz na miasto.
Obecnie z jednej strony jest podobizna George'a Washingtona z napisami:  Liberty oraz In God We Trust plus data wybicia monety.
A z drugiej dumny orzełek.
Mi dziś do portfela wpadł egzemplarz z 1977.



Czy to nie jest niesamowite, że ta moneta krąży Bóg wie gdzie od 35-ciu lat.
Może miał ją w portfelu ktoś znany, ktoś wyjątkowy, a może i zwykły przestępca.
Kto wie jaką miała historię.
A teraz trafiła do mnie.
Taka mała rzecz a cieszy.
Zwracaliście kiedyś uwagę na daty z monet?
Co macie akutalnie najstarszego w portfelach?

Ale wracając do ćwierćdolarówki.
Jakiś czas temu zainspirowana koleżanką postanowiłam pozbierać 25-centówki z każdego stanu USA.
Tak na pamiątkę.
Okazało się to świetną zabawą.
Monety z 50 amerykańskim stanami były bite w latach 1999-2008.
Na początku tą kolekcją chciano zainteresować numizmatyków, ale okazało się, że jest to najlepszy tego typu program w historii kraju: połowa obywateli Stanów Zjednoczonych zbierała emitowane w tej serii ćwierćdolarówki.





Symbole konkretnego stanu miały znaleźć się na rewersie monet.
Element związany z tradycją lub historią stanu miał być zaprojektowany, jeśli to tylko było możliwe, przez artystę mieszkającego na jego terenie.
Każdy z projektów zatwierdzały władze stanowe.
Pod koniec 2008 ukończono emisję wszystkich monet z serii.
Wybito w sumie 34.797.600.000 monet!!
Na każdy ze stanów przypadło średnio 695.952.000 sztuk.
Najwięcej monet wybito dla upamiętnienia stanu Virginia - 1.594.616.000


najmniej dla upamiętnienia Oklahomy - 416.600.000.




Nie obyło się również bez śmiesznych wpadek m.in. istnieją monety Kansas z brakującą literą „T” w napisie, co w efekcie dało wezwanie: „IN GOD WE RUST”.
No nie powiem: przyglądam się teraz uważnie literkom, bo ta moneta byłaby trochę warta :)






Tak więc moja kolekcja rosła, rosła i bezpiecznie gromadziła się w słoiku po dżemie.
Aż do momentu, gdy kupiłam takie cuś:




A w środku:




Jest mapa, są kolorki, są i przydatne informacje.
Każdy stan jest skrótowo opisany.
Data założenia, stolica, motto, pseudonim artystyczny oraz stanowy kwiatek i zwierzę.




Obecnie mam  41 sztuk.
Brakuje mi jeszcze 9 stanów:
Alaska
Arizona
Montana
Arkansas
Iowa
Mississipi
Alabama
South Carolina
Pennsylvania.
Na mapce dołożyli również miejsce na  ćwierćdolarówki Dystryktu Kolumbii i terytoriów zależnych Stanów Zjednoczonych: Portoryko, Guam, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Samoa Amerykańskie czy Mariany Północne.
Będzie ciężko je znaleźć, ale kurczę wrócę ze wszystkimi!!!
Patrycja podobno trafiła na Guam.
Muszę się do niej bardzo ładnie uśmiechnąć, to może za kawę odda :D




Jakby ktoś reflektował na taki album, to można go dostać w księgarniach Barnes & Noble za 10$.
Dla miłośników natury, jest również dostępna wersja ze wszystkimi parkami narodowymi USA.

Obrazki na monetach są przepiękne!
Chyba ciężko byłoby mi wybrać ulubioną.








Wrzuć monetę.Wrzuć monetę. Wrzuć monetę.Wrzuć monetę.....