niedziela, 3 marca 2013

Crying week 9. 365 Project.

Nareszcie się ten tydzień skończył...
Najgorsze 7 dni mojego pobytu tutaj.
Zdjęcia z tego tygodni też nie powalają, bo nic mi się nie chciało, nie miałam siły na nic i wszystko było be.

56/365
Zaczęło się "uroczo"
Hostka w sobote sfochowana, rzucała sie z pretensjami a dziś rano wchodzi do kuchni i śpiewającym głosikiem z uśmiechem na twarzy do mnie: "gooood morninnnnnggggg!"
Nie wierzyłam własnym uszom.
Odpowiedziałam tylko Hi i wyszłam z kuchni.
Do domu wróciłam z dziećmi dopiero o 19.00 po ich zajęciach.
Obiadu też nimi nie jadłam. 
Po za tym Hi nie zamieniłyśmy ze sobą ani słowa więcej.
A zdjęcie zrobiłam w czasie jak się wyleguję w trakcie Młodego chińskiego.



57/365
Dzień minął bezbarwnie i nudno.
Jedynym szaleństwem dziś były moje skarpetki, które założyłam po amerykańsku, czyli każda z innej pary.
Bardzo popularny styl.
Na linia hostka-ja nadal martwa cisza.
Ograniczamy sie do Hi-Hi.





58/365
Po szkole zabrałam dzieciaki do biblioteki, gdzie odrabialiśmy lekcje, a potem graliśmy we freezbee.
Hostka nadal się nie odzywa.
Ja też.
Poza tym dopiero dziś zadzowniła do mnie LC i radośnie pyta się" Hiiiii, how are you???" 
......po 5 dniach od momentu kiedy host to niej dzwonił! 
Do tego czasu mogli mnie zadźgać selerem, wsadzić w organiczny worek i trzymać zwłoki w piwnicy.
I weź tu licz na LC :/ 

Tak czy siak, jutro mam się z nią spotkać na przedstawienie mojej wersji sprawy z autem.





59/365
Pojechałam wieczorem na spotkanie z LC.
W drzwiach minęłam się z hostem, którego nie było w domu od niedzieli.
Przeglądając pocztę i nie odrywając od niej wzorku rzucił tylko radosnym głosem: How are you?
Powiedziałam, ,że "fine" i wyszłam.
LC mi potem powiedziała, że w czasie w którym ja jechałam do spotkanie z nią, on już zdążył wysłać do niej maila, że nie podobało mu się moje attitude w tym tygodniu!
To nic, że go nie było nawet w domu od 5 dni....
Na spotkaniu gadałam z LC ponad 45 minut  i kiedy przedstawiłam jej całą sytuację, to spytała tylko " i on robi tą aferę o to, że chciałaś zaparkować samochód na nocnym parkingu tak jak robisz to od dwóch lat?"
Wyrzuciłam z siebie wszystko, popłakałam się w tej kawiarni i powiedziałam jakie oni mi numery robią, jak traktują i jacy są niepoważni.
Ale nie widziałam, żeby jakoś bardzo się przejęła,
Na końcu powiedziała, że oni stwierdzili, że jakoś ze mną wytrzymają ponieważ zostało mi tylko 12 tyg i spytała mnie czy ja jestem w stanie też to jakoś przetrzymać.
Nie ukrywała, że nie mam szans na znalezienie rodziny na tylko 3 miesiące, więc musiałabym się natychmiast zawinąć do domu.
Dodała jeszcze tylko, że chciała się ze mną dziś spotkać przed naszą jutrzejszą rozmową, żebym się "wyżyła" na niej a nie przy hostach.
I w sumie miała rację.
Coś we mnie pękło i całą drogę do domu ryczałam jak głupia.
Z bezsilności.
Wróciłam do domu, leżałam na łóżku i płakałam.
I wtedy mój kochany sierściuch przyszedł, usiadł mi na kolanach, zaczął lizać mnie po rękach i podstawiać główkę do głaskania.
Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ona nie siada na kolanach.
Nigdy.
A teraz nie mogłam jej zrzucić.
Mruczała i miauczała a ja gadałam i płakałam.
I tak sobie siedziałyśmy.
 







60/365
No i nadszedł piątek.
O godz 10.00 przyjechała LC.
Tak naprawdę to pierwszy raz od sobotniej afery widziałam się z hostami i mieliśmy zamienić ze sobą więcej niż tylko HI.
Rozmowę zaczęła LC, która powiedziała, że po wysłuchaniu obu wersji stwierdziła, że wszystko się popsuło do kiedy mamy nowe auto i po wprowadzeniu wielu nowych zasad.
I wtedy host zaczął się rzucać, prychać i mnie atakować, że nie szanuję jego zasad.
Że zasady dla niego to rzecz święta, on sam miał ich milion jak był  mały i proszę jak porządnie to go ukształtowało i, że jeśli on miałby pracownika u siebie w firmie, który tak po prostu wziął by kluczyki i zaparkował sobie gdzie mu się podoba bez uzgadniania z nim , to by natychmiast wyleciał z roboty.
Na co LC przerwała mu w połowie zdania i zaczęła mu zdecydowanym głosem mówić, że chyba mu się coś pomyliło, bo ja nie jestem w jego firmie.
Ja nie jestem jego własnością i pracownikiem, tylko członkiem rodziny, który zajmuje się jego dziećmi i on nie ma prawa traktować mnie na zasadach, którymi raczy swoich podwładnych.
Aż się zapowietrzył.
Nie wiedział co powiedzieć.
Ja tylko siedziałam i chlipałam w rękaw.
Wtrącałam się w momentach, w których on wymyślał takie absurdy, że musiałam zareagować i zaprzeczać.
Hostka też się nic nie odzywała, jak zwykle.
Powiedziałam jej , że przecież moje całe plany na ten feralny weekend były wpisane w nasz kalendarz od miesiąca, na dodatek dwa dni przed nim rozmawiałam z nią po obiedzie i powiedziałam co i jak, bo plany troszkę się zmieniły i ona powiedziała "ok, great, have fun".
A teraz ona siedzi i " ojejjjj no ja nie pamiętam, może gdzieś tam z tyłu głowy mi to przeleciałooo, ojajaj no nie kojarzę zupełnie"...... i gra sierotkę.
Bo jak host jest zły, że czegoś nie wie co się w domu dzieje, to ona zwala na mnie.
Potem on zaczął mówić jacy to oni są wspaniali i gościnni, że przecież nie pracuję tyle godzin ile powinnam, i że wszystkie inne au pair musza gotować, prać, sprzątać i nie wolno im jeździć autem po autostradach, a ja nie mam żadnych ograniczeń i narzekam....
Zostawię to bez komentarza.
Rozmowa ciągnęła się wieczność..
Ale muszę powiedzieć, że bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie LC.
Chyba zobaczyła co to sa za czubki, bo przez cały czas była po mojej stronie i mnie bardzo broniła.
Przez dwa lata była do kitu, ale dziś całkowicie się sprawdziła.
Zatrzymywała hosta w momentach kiedy całkowicie przeginał i próbowała mu wytłumaczyć, że jeśli dałby te wszystkie zasady nowej au pair to ma prawo od niej ich wymagać, bo dostała je na samym początku.
Próbowała  mu dać do zrozumienia, że każdy na moim miejscu czułby się zdezorientowany, kiedy nagle po dwóch latach bezbłędnego zachowywania się dostaje milion nowych zasad zupełnie innych niż te, które obowiązywały przez ten cały czas.
To się burzył, wzdychał i zapowietrzał znowu.
Jaki był skutek tej rozmowy?
Taki, że obie strony jakoś się ze sobą przemęczą te 12 tyg.
Muszę  też zgłaszać 3 dni przed sobotą moje weekendowe plany, gdzie mam ochotę pojechać i prosić za każdym razem o samochód.
I to pytać, a nie tylko informować, że potrzebuje auto, bo nie wolno mi zakładać z góry, że jeden z samochodów będzie do mojej dyspozycji, jak to było przez dwa lata.
Bo on może mi powiedzieć, że nie, bo będzie potrzebował wszystkie trzy auta.
To trzecie chyba po to, żeby wozić swoje przerośnięte ego...
Kiedy skończyliśmy nasze spotkanie, w 3 sekundy każdy rozszedł się w swoim kierunku.
Nie rozmawialiśmy potem przez cały dzień.
Wieczorem oni poszli sobie do restauracji meksykańskiej a ja jak głupia siedziałam w pokoju, ryczałam i przeżywałam prymitywność i głupotę tych czubków.






61/365
Sobota.
Nie robiłam nic.
Kompletnie nic.
Cały dzień spędziłam w łóżku.
Przerzucałam się tylko z boku na bok, oglądałam seriale i wcinałam jedzenie, które znalazałam po kątach.
Nie wyszłam z pokoju nawet przez chwilę, bo ci się tłukli cały czas u góry a nie miałam najmniejszej ochoty ich oglądać.
Na szczęście chociaż kot sprawdzał co się ze mną dzieje.
Znowu usiadł na mnie i mnie pocieszał.
I przestałam już ryczeć, bo nie warto.
Zostało mi 95 dni.
Wytrzymałam tyle czasu, to wytrzymam do końca.




62/365
PiżamaDay, dzień drugi.
Kiedy czubki wyszły na chwilę z domu naznosiłam sobie jedzenia do pokoju i przesiedziałam w nim znowu cały dzień.
Ale tym razem nie bezproduktywnie.
Zaczęłam sprzątać i wyrzucać wszystko czego nie będę zabierać ze sobą.
Uzbierały się dwa wieeeeelkie wory na śmieci.
Pokój od razu zrobił się jakiś lżejszy, przestronniejszy a i mnie się humor poprawił jak się wyżyłam "sprzątaczo".
Znalazłam też wszystkie rzeczy,laurki i obrazki, które dostałam od moich gremlinków.
Te oczywiście zabieram do PL :)
Chyba nie muszę mówić kto mi pomagał sprzątać...



Dobrze, że ten tydzień już się skończył....

21 komentarzy:

  1. Boże ale Ty jestes twarda!! :D Super bo dajesz przykład innym dziewczynom. Btw dobrze, że nie rzucają się jeszcze o kota:D, że np za dużo spedzasz z nim czasu niz z dziećmi :) Zastanawiam się czy oni tak mogli zmienic te reguły? Bo przecież na poczatku podpisaliscie jakaś juz jedna umowe. Czy to sie w ogóle podpisuje takie reguły? Trzymaj się Anka i pamiętaj, że takie sytuacje budują człowieka, what doesn't kill you makes you stronger!!! pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Kot jest mistrzem:D z jego wsparciem dasz radę:) pozdrawiam:) M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Będzie dobrze!:) Niedługo wrócisz do domu, a po tym czasie nie będziesz pamiętać już nic złego ;).

    OdpowiedzUsuń
  4. Tu Dorota , Ten kot bardzo Cię kocha fajnie że na niego możesz liczyć hehe ;-) musisz go zabrać do Pl musisz , chociaż oni to takie czuby że nie wiadomo czy pozwolą ...wypłakałaś swoje a teraz weź to na bary bo to oni są poryci nie TY , Tych ich dzieci też mi szkoda i kota i Ciebie xd

    OdpowiedzUsuń
  5. To mój najgorszy koszmar - taka napięta sytuacja i nie odzywanie się do siebie. Podziwiam cię przeogromnie ze dajesz sobie rade.
    Dobrze, ze prowadzisz tego bloga na dobre i złe - dzięki temu mam pewność, że to nie bedzie tylko my american dream, ale też bardzo trudna praca, nawet nie tyle z dziecmi ile z ich rodzicami.
    Trzymam za ciebie kciuki i cały czas obserwuje bloga - dodaje także do swoich linków.
    Jak to Tina już powiedziała - wytrzymasz, wierzymy w Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  6. rzeczywiscie nie ma nic gorszego niz nie odzywanie sie do sb i napiecie wiszace w powietrzu. tez by mi sie nie chcialo wychodzic z pokoju. nie cierpie takich sytuacji! jakie szczescie, ze juz niedlugo wracasz i uwolnisz sie od tych czubkow :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nice trampunie :D Powodzenia !! Gabs.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czubki. Naprawdę. I przykre jest to, że jednak Au Pairki trafiają na takich ludzi. Ty się trzymaj !! I nie siedź w domu. Wychodzenie pomaga !

    OdpowiedzUsuń
  9. ojj Aniu Przykro tak czytać, ze przez 2 lata nie byli w stanie się z Tobą zżyć.... jest to dla mnie niepojęte! Szkoda, ze koncówka taka marna będzie...... Trzymaj się Aniu:) MAGDA J-S

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytam cały czas Twojego bloga i wydaje mi się, że wszystko zaczeło się chrzanić od momentu jak host zadecydował o tym,że nie będziesz mogła mieć św. Krzysztofa w aucie... Bardzo to przykre, że zaczęli tak odwalać na samym finiszu Twojego operkowania i współczucia dla nowej AP. Ciekawe jak zachowają się jak będziesz wyjeżdżać ?
    Poza tym jesteś silną kobietą, która pokazała, że nie da sobie w kasze dmuchać! A sierściuch gdyby umiał mówić to też pewnie trzymałby Twoją stronę :D
    Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Aniu! Jesteś silną kobietą! Dasz radę! Nie daj sobie zepsuć ostatnich dni w USA. To oni mają problem ze sobą. Rób swoje i pamiętaj, że racja jest po Twojej stronie. Szkoda tylko dzieci, kota i Twoich łez. Będzie dobrze! Jak idą przygotowania do podróży?
    Uszy do góry! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Aż mi się nie chce wierzyć w jakich czubków się zmienili:/ Wiem, że jest ciężko, ale staraj się być produktywna, żebyś wyrzuciła tą złą energię z siebie:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ściskam Cię mocno i życzę wytrwałości - na pewno dasz radę! Dobrze, że są kotki, które pocieszają swoich właścicieli :)
    Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  14. No i wyszło szydło z worka.. Dla nich widocznie au pair to tylko i wyłącznie niewolnica czy tam.. pracownik.

    Jesteśmy z Tobą! Trochę będziesz musiała poaktorzyć (: P), ale wytrzymasz z czubkami! Jesteś ponad to! ^^

    buziak : *

    OdpowiedzUsuń
  15. Też jestem teraz au pairką, i naprawdę Cię podziwiam, jesteś twarda, nie daj się! Bo to będzie ich sukces jak przez nich stracisz swoje zwiedzanie Stanów.
    Masz naprawdę świetny charakter, a skoro oni nie potrafią tego docenić, to ich problem, i będą tego mocno żałować w przyszłości- karma działa ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Czesc Aniu.
    Znalazlam twojego bloga niedawno, ale jest taki wciagajacy ze juz przeczytalam go calego i codziennie czekam na nowe posty.
    Trzymam za Ciebie kciuki. Mam nadzieje ze hosci troche sie teraz uspokoja, i pozwola zyc. A ty ciesz sie tymi ostatnimi tygodniami. Nie daj ich sobie popsuc i wykorzystaj je na maxa.

    OdpowiedzUsuń
  17. DZIĘKIIIIII wielkie za Wasze wsparcie i miłe słowa!!!!!!!!!!!!!!!!! :D :D pewnie, że sobie nie dam w kaszę dmuchać i nie będę sobie przez czubków psuła końca wyjazdu! Szkoda mi tylko dzieci i kota :( Teraz skupiam się na wykorzystaniu każdej wolnej chwili na zwiedzanie i enjoy-owanie Cali :) cocojumbo i do przodu! :D

    OdpowiedzUsuń
  18. Nigdy nie bylam AP ale jestem juz zona i matka i podziwiam Ciebie,ze Twoja sile w tym co robisz, opiekujesz sie nie swoimi dziecmi jak swoimi a to naprawde ciezka praca. Wspolczuje,ze nie odzywasz sie z hostami ale najgorsze juz za Toba i byle do przodu :) czekam na kolejne wpisy, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  19. u mnie byla krótka piłeczka, host zaczął się rzucać wyniosłam się w 5 dni. byłoby jeszcze krócej gdyby nie wysyłka paczek.
    twarda jesteś i trzymaj się dzielnie mała:)a ta kolacja meksykańska to tylko pozerstwo hostów. oni mają baardddzooo duży problem komunikacyjny i sporo kompleksów nie do wyleczenia.
    buźka!

    OdpowiedzUsuń
  20. naina2903- dziękuję :) staram się jak mogę, a jak widzę same pozytywne efekty ze strony dzieciaków to chce mi się jeszcze bardziej nimi opiekować, mimo ich czubkowatych rodziców :P

    anonimowy- gdyby ta sytuacja miała miejsce na początku drugiego roku też bym się zwinęła od razu. i zgadzam się- to są zakompleksieni pozerzy, którzy uważają się za przełaskawych jaśniepanów, bo przygarniają sierotki z europy, żeby mogły trochę pobyć w ich cudownej ameryce... ehh szkoda gadać :P

    OdpowiedzUsuń