Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filozoficznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filozoficznie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 grudnia 2014

Znajdź pracę, którą pokochasz, a nie będziesz musiał pracować.

Gdzie ona była gdy jej nie było?
Na wyspie.
Na Zakynthos.
I ostatnio zatęskniła za pisaniem.
Nawet bardzo.
Tak bardzo, że chce napisać o wszystkim co było
greckie,
turystyczne,
kotowe,
rezydentowe,
smaczne,
romansowe,
oraz Zakynthosowe
i nie wie od czego zacząć...




Więc postanowiłam, że zacznę od końca. Od podsumowania.
Podsumować mogę to tylko jednym zdaniem:
                                                          znalazłam pracę marzeń.
Taką pracę, która daje mi ogromne szczęście.
Pracę, która codziennie zaskakuje czymś innym.
Pracę, która pozwoliła mi połączyć przyjemne z pożytecznym.
Pracę dzięki, której mogę gdzieś być, zwiedzać, oglądać, przeżywać, fotografować, poznawać.
Pracę, która  motywowała codziennie, żeby wiedzieć więcej, nauczyć się więcej, być lepszym rezydentem/pilotem niż dzień wcześniej.

Życzę każdemu znalezienia takiej pracy.
Dla jednego będzie to milion papierków z cyferkami, dla innego stos kabli/śrubek a dla kogoś jeszcze innego będzie to laboratorium pełne fiolek i wybuchających cieczy.
I nie jest łatwo znaleźć taką pracę, bo na pewno milion osób po drodze, będzie mówiło, że po co? / dlaczego? / źle Ci w obecnej pracy? / inni mają gorszą pracę / będziesz ryzykować wszystko? / za stara jesteś / jutro Ci przejdzie.
 [ niepotrzebne skreślić :) ]
 [można nie skreślać niczego]

Ale jak się jest młodym, bez własnej rodziny, bez dzieci, to jak to mówią: WHY THE HELL NOT?!

                           Znajdź pracę, którą pokochasz, a nie będziesz musiał pracować.

Od maja do października zasuwałam jak królik Energizera.
Bez dnia wolnego.
Lotnisko, prowadzenie wycieczek, spotkania informacyjne, dyżury w hotelach, osobliwi turyści.
Praca 24/7.
Bo nigdy nie wiesz kiedy Janusz zadzwoni się poskarżyć na głośno tupiącego pająka lub, kiedy Grażynka  będzie domagać się wymiany kafelek w basenie.
To wszystko doprawione autem bez klimy przy 35 stopniach, pomykaniem w obcasach , mundurową, aseksualną za kolanko spódnicą oraz bezwzględnie nieprzepuszczającą powietrza koszulą zapiętą na przedostatni guzik.
Wieczory wypełnione ustawianiem grafiku na dzień następny, odbieraniem milion telefonów od Januszy (bo pająk nadal tupie) i Grażynek (Niemcy mają ładniejsze kafelki!), na koniec łyk greckiego wina, grecki chłopak, grecka kolacja i spać.
I choćby nie wiem jak mnie Grażynka kafelkami zdenerwowała, i choćby  nie wiem jak wielka bieganina była tego dnia, zasypiałam przeszczęśliwa i zadowolona.
Budziłam się równie przeszczęśliwa i zadowolona, że dziś mogę znowu to robić!
Że będę gnać w nieoddychającym mundurze w rozgrzanym do granic możliwości aucie przez miasto gdzie połowa restauratorów macha i pozdrawia mnie już z kilometra.
Że będę mogła po raz 30-ty obejrzeć jedną z najczęściej fotografowanych plaż na świecie i TEN wrak.
Że znowu poprowadzę wycieczkę, podczas, której z uśmiechem na ustach wytłumaczę Grażynce po raz setny czemu Niemcy mają inne kafelki w basenie.
Że gdy po wycieczce owa Grażynka będzie  mi biła brawo w autokarze , to będę wiedziała, że poza kafelkami Grażka zapamięta mnóstwo ciekawostek o greckiej kawie, będzie w Polsce sypać historyjkami o greckich bogach i błyśnie wiedzą o oliwie z oliwek.
I to wszystkie dzięki mnie.
To jest cudowne.
To jest motywujące.
To mnie uszczęśliwiało.
Co więcej: udało mi się również uszczęśliwić Grażynkę :)


I dlatego mam zamiar się tak uszczęśliwiać przez najbliższe 5 lat.

OPAAA!!!!

Panna Anna




"Ja rozumiem, że obowiązująca w naszym kraju religia nie
 pozwala na cieszenie się życiem bo z zasady tu na ziemi powinniśmy
cierpieć a prawdziwy raj to będzie jak nas złożą dwa metry pod ziemią.
Ale wierzę, (może dlatego, że jestem głupi) że powinniśmy dążyć do tego
 aby zwyczajnie bywać – tu duże słowo SZCZĘŚLIWYMI.
 A pierwszym elementem prowadzącym w tym kierunku jest zrozumienie co nam tak naprawdę sprawia przyjemność.

Może nie stać cię teraz na wiele rzeczy,
 które wydają się ważne: mieszkanie,
samochód, wakacje, kieckę, buty (wstaw sobie dowolną pierdołę).
Ale stać cię na pewno na szczerość. Ona nie wymaga kasy.
Zastanów się więc co chcesz robić? W czym jesteś dobry/a?
A dalej po prostu to rób i idź za marzeniami. Kiedy masz to robić jak nie teraz?
Kiedy masz ryzykować jak nie teraz? Wiem, że to niepopularne
ale w życiu nie chodzi tylko o to aby zarabiać dużo banknotów,
 ale o to aby każdy dzień zaczynać z uśmiechem na ustach.
"

cyt.z Piotr C. "POKOLENIE IKEA"











 

wtorek, 28 stycznia 2014

Don’t date a girl who travels.



She’s the one with the messy unkempt hair colored by the sun. Her skin is now far from fair like it once was. Not even sun kissed. It’s burnt with multiple tan lines, wounds and bites here and there. But for every flaw on her skin, she has an interesting story to tell.



Don’t date a girl who travels. She is hard to please. The usual dinner-movie date at the mall will suck the life out of her. Her soul craves for new experiences and adventures. She will be unimpressed with your new car and your expensive watch. She would rather climb a rock or jump out of an airplane than hear you brag about it.




Don’t date a girl who travels because she will bug you to book a flight every time there’s an airline seat sale. 




She wont party at Republiq. And she will never pay over $100 for Avicii because she knows that one weekend of clubbing is equivalent to one week somewhere far more exciting.
Chances are, she can’t hold a steady job. Or she’s probably daydreaming about quitting. She doesn’t want to keep working her ass off for someone else’s dream. She has her own and is working towards it. She is a freelancer. She makes money from designing, writing, photography or something that requires creativity and imagination. Don’t waste her time complaining about your boring job.




Don’t date a girl who travels. She might have wasted her college degree and switched careers entirely. She is now a dive instructor or a yoga teacher. She’s not sure when the next paycheck is coming. But she doesn’t work like a robot all day, she goes out and takes what life has to offer and challenges you to do the same.


Don’t date a girl who travels for she has chosen a life of uncertainty. She doesn’t have a plan or a permanent address. She goes with the flow and follows her heart. She dances to the beat of her own drum. She doesn’t wear a watch. Her days are ruled by the sun and the moon. When the waves are calling, life stops and she will be oblivious to everything else for a moment. But she has learned that the most important thing in life isn’t surfing.




Don’t date a girl who travels as she tends to speak her mind. She will never try to impress your parents or friends. She knows respect, but isn’t afraid to hold a debate about global issues or social responsibility.



She will never need you. She knows how to pitch a tent and screw her own fins without your help. She cooks well and doesn’t need you to pay for her meals. She is too independent and wont care whether you travel with her or not. She will forget to check in with you when she arrives at her destination. She’s busy living in the present. She talks to strangers. She will meet many interesting, like-minded people from around the world who share her passion and dreams. She will be bored with you.



So never date a girl who travels unless you can keep up with her. And if you unintentionally fall in love with one, don’t you dare keep her. 

Let her go.




Żródło tekstu: https://medium.com/better-humans/802c49b9141c

środa, 8 stycznia 2014

Kalifornijska czkawka.

Wstyd i hańba.
Hańba Ci Anno, że porzuciłaś bloga na dwa miesiące!
Tak, przyznaję się.
Mojawinamojawina.
Tyle jeszcze wypraw zostało do opisania a tu takie haniebne zaniedbanie.
Ale obiecuję, że się poprawię i mam wielką nadzieję, że jeszcze ktoś tutaj został i będzie te moje filozofie czytał :)
Jak nie to sama będę się czytać.

A gdzie ja byłam jak mnie nie było?
Fizycznie w Polandii. Psychicznie w Californii.
Właśnie minęło pół roku odkąd wróciłam do Gdyni,ale...
Fizycznie w Polandii. Pyschicznie w Californii.
Miałam doła,  a i owszem.  Rów Mariański wręcz momentami.
Wszystkiego mi brakowało.
Słońca przez cały dzień.
Kota pod drzwiami.
Wychodzenia do restauracji, na sushi, na kawkę.
Własnego samochodu.
Tanich ciuchów.
"How you are doing?"
Wyszczerzonego amerykańskiego społeczeństwa.
Palm za oknem.
Golden Gate.
Znajomych.
i miliona innych rzeczy.
Więc chodziłam i smęciłam.
Każde zdanie kończyło się:
     " .. a bo w Californii to......"
     " ..a u mnie w SanFran......"
     " ..no a w Hameryce jak..."
     ".. a w Stanach to ja........."
Oszaleć ze mną można było!!
Odbijało mi się już czkawką od tego wspominania ciągle CA.

I tak pół roku...
Fizycznie w Polandi a PSYCHIATRYCZNIE w Californii.

 Ale zdarzyło się też parę normalnych rzeczy jak widać na zdjęciu poniżej :)



Na przykład ciągle mam kontakt z Młodą. piszemy do siebie smsy i maile. Przysyła mi wiadomości gdy jej drużyna wygra mecz, gdy dostanie coś nowego lub zrobi coś super w szkole. Wysłałam i jej i Młodemu kartki na urodziny, ale z tego co mi powiedziała to do Młodego nie doszła :(

Jako, że bilet do Australii do tanich nie należy a szóstka w Lotto nadal nie chce się znaleźć na moim kuponie to dodatkowo 4 dni w tygodniu udzielam korepetycji z...angielskiego.
Ja-Germanistka.
Ja-zakochana w niemieckim akcencie.
Piewsze lekcje były dziwne, bo po dawaniu korków z niemieckiego przez 3 lata nagle tłumacze chłopaczkowi gramatykę i mam takie uczucie: "ale zaraz...ja już to kiedyś tłumaczyłam..mam deja vu...ale to było po niemecku...ah...teraz inny język. Anka nie pomyl gramatyk!"
Lubię uczyć dzieci. Wymyślam miliony ćwiczeń, zagadek, buduję im zdania i robię kartkówki ze słownictwa, które ich interesuje.
Ostatnio gimnazjaliście zrobiłam na święta test ze słówkami z League of Legends (gra komputerowa;) )
Jaki był szczęśliwy!
 A pisał jak automat i wszystkie trudne słowa jeszcze umiał wytłumaczyć.

I tak właśnie moje główne podróże ograniczają się do jeżdzenia praca-korki-dom-praca-korki-dom.
Dlatego też porzuciłam Project365.
Było zbyt nudno, monotonnie, przewidywalnie.
Ale obiecuję, że jak tylko mnie gdzieś znowu wywieje to wrócę do tego.

Poza fascynującymi podróżami komunikacją miejską udało mi się choć dwa razy gdzieś pojechać: do Warszawy na 3 dni i na urodzinowy weekend do Szwecji.
To było to-dreszczyk pakowania się, bieganie z walizką, hotele, kajuty, AH! Radość przeogromna! Walizka!Mapka!Ulotki! Raj!
I pojechałam tam m.in.z Anką, z która się trzymałam w CA, więc było jak za starych dobrych hamerykańskich czasów.

Z rzeczy rozpustnych to poszłam w końcu do Starbucksa w Gdyni... i powiem tak: " NO U NAS W AMERYCE TA STARBUCKSOWA KAWA SMACZNIEJSZA BYŁA" hahhaha ;P

Moje wycieczkowe magnesy i wszelkie ulotki i mapki wylądowały na ścianach w moim pokoju i uwielbiam je oglądać.

Na Andrzejkowych wróżbach wyszła mi Nowa Zelandia z lania wosku, więc to chyba już postanowione, że celuję w Australię w 100 % :)

Bombki na choince wiecie jakie były...w  kształcie Californii oraz Golden Gate.

Dostałam również od agencji oficjalne zaświadczenie, że ukończyłam z sukcesem rok jako "Gremlin Management Specialist" Level Master, czyli Au Pair w USA.

 No i oczywiście zaczęłam pracować i nadal pracuję "po drugiej stronie lustra" au pairkowego biznesu, czyli teraz ja wysyłam was biedne niewiasty, dziewoje i panowie, do tej Ameryki, żeby was rozpuściła okrutnie.
I muszę przyznać, że jest to bardzo miłe kiedy w trakcie robienia waszych aplikacji rozpoznaje wasze nazwiska i myślę sobie: "Ha! Znam ją z bloga! Pisałam z nią kiedyś"
Byłyśmy na "Ty"  a tu muszę " per Pani/Pan" i bardzo oficjalnie, bo biurokracja tego wymaga :P
A już zwłaszcza cieszę się kiedy dostaję od was miłe maile, że czytacie bloga itp :)
Albo jak ktoś wpada do biura i mówi, że " musi porozmawiać z Panią Anią, bo ona w tej Hameryce była i żywa wróciła i ma powiedzieć jak to naprawdę jest".

Ano była była,przeżyła i pół roku się z niej leczyła.
Czuje, że rymuje,

Ale od Nowego Roku koniec!
Było cudnie, ale ile można żyć tym co było.
Więc stwierdziłam, że:
obecnie zima w Gdyni jest bardzo kalifornijska, bo śniego nie ma...
palma to mi zaraz odbije jak się nie otrząsnę z tego kalifornijskiego pyłu....
kupować nie mam co, bo trzeba na tą Australię zbierać...
zamiast do niedobrego Starbucksa mogę pójść do Coffee Heaven,albo zawsze zostaje kawa Zbożowa Antalol...
 a do sushi zamówiłam sobie tanio kilo ryżu na Allegro i będę sobie sama zwijać California Roll. O!
Nawet Polish California Roll.
I zabieram się do opisywania reszty Road Tripu i podróży!
A jak powiem jeszcze raz, że "u nas w tej Californii...." to od razu walcie w łeb!!
Żeby mi się te amerykańskie gwiazdki z flagi przed oczami pokazały ;)



 Panna Anna- już nie kaliforniANKA, ale gdyniaANKA.



piątek, 7 czerwca 2013

Dwa lata po.

Dokładnie dwa lata temu 6 czerwca 2011 wsiadałam w samolot lecący do USA.
Dwa lata młodsza.
Dwa lata głupsza.
Dwa lata bardziej niezdecydowana.
Dwa lata bardziej bez celu w życiu.
I 10 kilo chudsza....

Oczekiwałam amerykańskiego snu, znalezienia celu w życiu  i marzyłam, żeby pojeździć na łyżwach na lodowisku przed Rockefeller Center w NY.
I co z tego wyszło?
W amerykańskim śnie trafiły mi się postacie jak z horroru.
Na łyżwach nie pojeździłam.
Cel znalazłam.
Zrobiłam, zwiedziłam, zobaczyłam więcej niż mogłabym sobie wyobrazić.
Między innymi:
Pływałam z delfinami.
Skakałam ze spadochronem.
Zrobiłam sobie tatuaż.
Jeździłam konno po plaży.
"Snorkelingowałam" na Hawajach.
Leciałam na spadochronie za łódką.
Płynęłam statkiem oglądać wieloryby.
Widziałam najprawdziwsze rodeo.
Nie mówiąc już o miastach i miasteczkach, które odwiedziłam:
m.in Los Angeles, Sacramento, Seattle, Chicago, Napa Valley, New York, San Diego, Hawaje, San Francisco ;)
A mnóstwo jeszcze przede mną do zwiedzenia w trakcie road tripu za dwa tygodnie.
Przekonałam się na własne oczy, że te wszystkie cuda niewidy, które pokazują w amerykańskich filmach, są  jak najbardziej prawdziwe.
Są żółte autobusy, czerwone kubeczki i beer ping pong.
Są dzikie amerykańskie imprezy.
Na uniwerkach sa mega tajne stowrzyszenia Lambda Pi, Alfy Omegi i inne greckie literki.
Ludzie chodzą do sklepu w piżamach i nikt nie zwraca na to uwagi.
Co drugi 16-latek jeździ do szkoły najnowszym Mercedesem, wypasionym BMW,  albo inną furą, którą ogląda się tylko w TVN Turbo.
Starbucks jest na co drugiej ulicy.
Można skręcać na czerwonym świetle w prawo.
Na widok policji zwalniają nawet przechodnie.
Jedną normalną porcją dania w restauracji można by spokojnie wykarmić 4 osobową rodzinę.
Są bankomaty, kawiarnie i skrzynka pocztowa DRIVE THRU.
Krótkie spodenki, bluzka na ramiączkach i UGGsy na nogach przy 30 C są czymś naturalnym jak kalosze gdy pada deszcz.
Pytanie "How Are You Doing?" jest chyba zakodowane w ich DNA.. amerykanie strzelają nim z prędkością karabinu i wcale nie oczekują na odpowiedź. Po prostu tak trzeba się spytać i koniec.
W sklepach mają prawo Cię poprosić o dowód aż do 30 roku życia.
Po dowiedzeniu się, że jestem z Polski każdemu się przypomina, że miał chłopaka  w połowie polaka /dziewczynę z Polski/dziadek przypłynął na tratwie do Chicago/Papież to fajny gość był/prababcia zawsze robiła "pierogies" a tak w ogóle to czemu my nadal mamy komunizm i w której cześci Rosji dokładnie leżymy...

Z punktu widzenia pracy nie był to łatwy czas.
Bywało bardzo ciężko ze względu na hostów, a i cudownie ze względu na dzieciaki.
Wychowanie ich zajęło mi tak naprawdę cały pierwszy rok.
Jestem z siebie dumna, że udało mi się w nich tyle wpakować, nauczyć, pokazać.
Jak wiecie z ich rodzicami było różnie i podłużnie.
Nie był to perfect american dream.
Ale widać tak miało być, bo dzięki ich zachowaniu w stosunku do dzieci zrozumiałam co to znaczy być rodzicem i po przeanalizowaniu własnego zachowania jak byłam mała, jestem niewyobrażalnie wdzięczna Rodzicom, że mnie nie zostawli na pierwszym lepszym zakręcie lub komuś nie oddali..
Bo ja bym sama siebie od razu zatłukła...
Zawsze się mówi, że dopiero jak się ma własne dzieci to można się na własnej skórze przekonać co nasi własni rodzice z nami przechodzili.
Ja poniekąd własne miałam przez ostatnie dwa lata.
I z ręką na sercu przyznaję, że nigdy w życiu nie sądziłam, że wychowywanie i ogarnianie dzieci jest tak wyczerpujące, zajmujące i męczące.
Ile jest do przypilnowania, zrobienia, ile trzeba myśleć do przodu. Szaleństwo!
Jeżeli gdziekolwiek znowu usłyszę lub przeczytam w jakieś gazecie, że matki to przecież nic nie robią cały dzień, tylko siedzą w domu a takie niby zmęczone wieczorem, to go autentycznie wypcham tą gazetą!
Do tego trzeba jeszcze wychowywać to to, żeby na jakiegoś człowieka wyrosło.
Gdybym trafiła do normalnej rodziny, w której rodzice się zajmują dziećmi a ja jestem tylko do pomocy, to pewnie bym tego nie zauważyła.
Ale tutaj to ja musiałam planować wizyty u ortodonty, dentysty, pamiętać kiedy co spakować, kto wyrósł z kaloszy i iść kupić nowe, kto nie ma spodni na nowy rok szkolny, kto ma gdzie zebranie, kto idzie na urodziny i trzeba kupić prezent, kto musi oddać książki do biblioteki itp.
Po nocach mi się przypominało, że jutro musza mieć ubrane to i to , a przecież tego jeszcze nie wyprałam a buty nadal się suszą na balkonie!
Dwa lata temu dostałam małe dzikuski, które tak wychowałam cierpliwością i systematycznością, że przez ostanie pół roku rano siadałam z herbatą w garści i wystarczyło, że spojrzałam na Młodego a już wiedział, że piżama ma "się podnieść" z podłogi, wystarczyło, że chrząknęłam raz EKHM a już Młoda wiedziała, że ciuchy mają "się wrzucić" do kosza na brudne rzeczy.
Nie wierzyłam Mamie, kiedy mówiła, że patrząc mi w oczy wiedziała czy kłamię czy nie.
A teraz: jedno spojrzenie na Młodego i dokładnie wiem po jego minie, że zagrał na pianinie cztery razy zamiast pięciu, chociaż idzie w zaparte, że of course he played five times, po czym gdy chrząknę EKHM, odwraca się grzecznie i idzie zagrać ten jeden, ostatni piąty raz...
Będzie mi ich brakowało..
Spędziłam z nimi tyle czasu, że dziwnie mi będzie bez nich.
Młody wczoraj chodził i powtarzał: nie wierzę, że to już dwa lata minęły.. wydaje mi się jakbyś wczoraj przyjechała...dziś się wszystko kończy bo już wyjeżdżasz..
I to jest najmilsze i najcudowniejsze z tego całego wyjazdu i bycia au pair, nianią czy opiekunką - ta wdzięczność dzieci, bezinteresowność, po prostu mówią co czują i myślą.
Myślę, że to co ich nauczyłam zostanie im na długo długo w głowach.

Czy zdecydowałabym się na taki wyjazd drugi raz?
Tak.
Myślę, że tak miało być i kropka.
Sama nauczyłam się mnóstwo rzeczy o sobie, o innych, zrobiłam rzeczy o których bym się w życiu nie podejrzewała i przede wszystkim znalazłam ten cel w życiu, który tak długo szukałam.
Nie jest to rzecz, nie jest to osoba, jest to ogólne poczucie co chcę robić, w jakim kierunku iść i jak chcę, żeby wyglądało moje życie.
Bo "prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu"

NOW ITS YOUR TIME FOR YOUR AMERICAN DREAM!!!
I nie poddawać się, gdy rodzina okaże się inna niż się wydawała, bo nikt nie obiecywał, że ten pobyt w Hameryce będzie taki wymarzony jakbyście chcieli.
To jest na prawdę kompletnie inna kultura, sposób życia i myślenia.
Ale warto się o tym przekonać na własnej skórze, bo jest to świetna lekcja życia :)











czwartek, 10 stycznia 2013

Who am I ?


Koleżanka wrzuciła wczoraj na swojego bloga sto punktów opisujących ją, jej charakter,
jej przyzwyczajenia, wady i zalety.
Pomyślałam, że to świetna sprawa!
Idealna lista na początek roku.
Takie podsumowanie siebie.
Na dodatek każdy lubi połechtać swoje egoistyczne "ja", więc napisanie 100 takich rzeczy nie wydało mi się trudne.
A tu psikus.
Zaczęłam pisać i się zacięłam.
Doszłam może do 30-40 punktów i stanęłam.
Bo nie chodzi o to, żeby wpisać: jestem miła, uczynna, kulturalna.
Takie rzeczy to do CV i listu motywacyjnego.
Więc spytałam siebie jeszcze raz: co sprawia, że jestem pogięta, wyjątkowa i normlanie nienormalna?
I wtedy poszłoooooooo!!
Wyszła lista osobista.
Spróbujcie sami tak zrobić!
Nawet dla samych siebie.
Fajna zabawa :)

No to lecimy:


1. Urodziłam się w 1986 r. Potocznie nazywają nas "Dzieci Czarnobyla" tudzież " Dzieci wszystkich nowych reform edukacji, nowej matury i gimnazjów".
2. Mój znak zodiaku to Waga i jak ta waga ciągle się waham a to z jednej strony euforia a to z drugiej dół kompletny :P
3. Od urodzenia mieszkam w Gdyni i za nic w świecie nie chciałabym mieszkać gdzie indziej.
4.  Skończyłam studia licencjackie- germanistykę.
5. Uwielbiam język niemiecki, jego dźwięk, akcent, wymowę. Za to nie lubię francuskiego i hiszpańskiego.
6.  Mam bardzo kręcone włosy, których nie znosiłam przez ok 20 lat  i namiętnie je prostowałam.  Potem mi przeszło i teraz je ubóstwiam.
7. Przez całe gimnazjum i liceum byłam tak jakby skejtem. Chodziłam w mega szerokich spodniach i ogromnych bluzach, słuchałam hip hopu i rysowałam graffiti.
8. Wytapetowałam kiedyś cały swój pokój wycinkami z gazet i plakatami Eminema.
9.  Nie cierpie rodzynek i większości suszonych owoców.
10. Uwielbiam gry planszowe. Cała familią gramy w Scrabble, Monopoly i Rummy.
11.  Zdanie dzięki, któremu nauczyłam się iść własną drogą :
"Czy jeśli wszyscy będą skakać z mostu, to ty też skoczysz?" cyt. Mama :)
12.  Po przyjściu do domu natychmiast przebieram się w dres.
13.  Lubię czytać słowniki języków obcych.
14.  Jestem uczulona na połączenie koloru czerwonego z różowym. Brrr.
15. Kawę piję tylko popołudniu.
16. Uwielbiam herbatę. Mogę nie zjeść śniadania, ale muszę wypić gorrrącą herbatę.
17.  Jestem  w 110% wzrokowcem.  Jest obrazek do zadnia, tekstu itp - jest dobrze.
18. Mam b.dobrą orientację w mieście. Nie zgubię się nawet jeśli jestem pierwszy raz w zupełnie obcym miejscu.
19. Jestem bardzo rodzinna.
20. Słucham głównie muzyki z lat 50tych i 60 tych. Elvis żyje;)
21. Od kiedy skończyłam 7 lat zawsze mieszka z nami jakaś świnka morska. I zawsze nazywa się tak samo: Gucio I, Gucio II itd. Teraz mamy pierwszy raz taką kudłatą i nazywa się Czupur.
22. Non stop oglądam serial FRIENDS. Znam go na pamięć.
23. Poza angielskim mówię jeszcze po włosku i niemiecku.
24. Nie lubię chodzić na imprezy.
25. Zapaliłam papierosa tylko raz w życiu. Fuj.       
26. Mam " Pudełko na Armagedon"- są w nim najcenniejsze dla mnie rzeczy i pamiątki. W  razie armagedonu-łapię tylko to pudełko i uciekam! :)
27. Jest mi wiecznie zimno. Zwłaszcza w stopy i ręce. Śpię czasem w dwóch parach grubych skarpet.
28. Jestem uzależniona od pomadki Bebe. Zużywam jedną w tydzień. W Stanach ich nie ma więc mi dosyłają z PL :P
29. Na koniec studiów założyłam stały aparat na zęby i nosiłam go przez prawie 3 lata. I w końcu mam amerykański uśmiech :D
30. Zbieram magnesy na lodówkę z miejsc, w których byłam. Myślę, że razem z tym, które nazbierałam z rodzicami to będzie ich ponad 100.
31. Uwielbiam zapach nowych książek.
32. Nie umiem grać na żadnym instrumencie. Ale baaardzo chciałabym się nauczyć grać na pianinie.
33. Jak opowiadam coś ekscytującego to mój głos robi się piskliwy i wchodzi w wysokie tony, co irytuje nawet mnie, więc co dopiero innych :P
34. Dirty Dancing, Chicago i Grease obejrzałam setki razy.
35. Mama mi powiedziała, że gdy wracam z Niemiec mówię przez sen po niemiecku a jak z Włoch to po włosku.
36.  Moje ulubione danie to makaron z pesto.
37.  Jak byłam au pair w Niemczech to raz zapomniałam, że muszę zapłacić za szkołę i przez trzy tygodnie jadłam jajka pod każdą postacią, bo tylko na to miałam pieniądze (rodzina płaciła raz w miesiącu i nie mogłam korzystać z ich lodówki). Chodziłam cały czas głodna, ale nikomu sie nie przyznałam. Potem przez ponad rok nie mogłam nawet spojrzeć na jajka ani ich zjeść.
38. Nie lubię zmywać naczyń. Za to lubię odkurzać.
39. Nie umiem zrobić fikołka w tył.
40. Jazda pociągiem, metrem lub tramwajem niesmowicie mnie uspakaja i usypia.
41.  Jeśli idę do kina to muszę siedzieć na samym końcu, na samym środku.
42.  Nie oglądam horrorów i czegokolwiek z duchami, zjawami, zombie, bo boję się, że potem te paskudztwa mi gdzies wyskoczą zza szafy.
43. Nigdy nie byłam na żadnej diecie.
44. Jestem śpiochem. Uwielbiam spać. Ulubiona godzina do wstawania: 11.30.
45. Jedyna gra komputerowa, w którą lubię grać to Roller Coaster Tycoon.
46. Wycinam wszystkie metki w koszulkach, bo mnie drapią.
47. Nie rozumiem  po co są  rękawiczki bez palców. To jakby nosić buty bez podeszw.
48. Uwielbiam frytki z tooooną keczupu Heinz
49. Zachwycam się często i gęsto, nawet małymi pierdołami, więc nie można mnie pytać o  subiektywną opinię, bo nawet w czymś beznadziejnym znajdę coś, co mi się spodobało.   
50. Nie lubię biżuterii, a najbardziej pierścionków.
51. Jeżeli wygrałabym w totka to sporą część oddałabym fundacji " Mam marzenie", która spełnia życzenia śmiertelnie chorych dzieci.
52. Ukończyłam kursy języka migowego.
53. Nie lubię cyfrowych zegarków. Muszę mieć wskazówki i widzieć "wzrokowo" ile czasu jeszcze mi zostało.
54.  Nie lubię matematyki. Nie ograniam liczb. Nawet najprostsze równania mnie przerażają.
55. Gadam do siebie. Czasami mi się nawet niechcąco włącza głośnomówiący i wtedy uuppppss :P
56. Muszę mieć wyprasowane ciuchy.
57. Obieram ptasie mleczko z czekolady.
58. Kalorie, zawartości czegoś tam w czymś tam, E234 E666 itp do mnie nie przemawiają - jak mam na coś ochotę to, to jem.
59. Nie chcę wyjść za mąż. No chyba, że za Kevina Costnera.
60. Potrafię zostać dłużej w sklepie tylko dlatego, że akurat puścili fajną piosenkę.
61. Przez 5 lat chodziłam na zajęcia plastyczne. Wygrałam nawet raz konkurs w Rosji.   
62. Chciałabym napisać kiedyś książkę, która stanie się bestsellerem (może wydam bloga?:P Kupicie??)
63. Boję się burzy.
64. Nie umiem chodzić na szpilkach.
65. Muszę mieć radio w łazience.
66. Bardzo często brak mi wiary w siebie.
67. Zawsze obracam mapę " po babsku", tak żeby zgadzała się z kierunkiem jazdy :P
68. Nie lubię czytać książek w internecie. Muszę ją mieć w ręce, dotknąć, przekładać kartki.
69. Wolę czarno-białe zdjęcia od kolorowych.
70. Czasami za dużo gadam i nie dopuszczam innych do głosu.
71. Nie cierpię biegać. Dopuszczam tylko biegi przełajowe na autobus.
72. Lubię leżeć na trawie, piasku lub gdziekolwiek i po prostu patrzeć w niebo i na chmury.
73. Nie przepadam za  "Królem Lwem". Fajna bajka, ale coś tak jakoś no nie za bardzo :)
74. Płaczę przy "Can't help falling in love" Elvisa.
75. Nie umiem zanurzyć nosa pod wodę. Topię się od razu. Nawet jak myję twarz :]
76. Uwielbiam jeździć samochodem. I jako kierowca, i jako pasażer.
77. W sobie najbardziej podobają mi się moje oczy.
78. Nigdy nie miałam nic złamanego.
79. Za swoje pierwsze zarobione pieniądze i na swój pierwszy urlop pojechałam na Kretę.
80. Zdecydowanie wolę morze od gór.
81. W kwietniu idę na swój pierwszy w życiu koncert (Bon Jovi).
82. Nigdy nie spałam w namiocie.
83. Nie rozumiem brytyjskiego akcentu.
84. Umiem szyć na maszynie.
85. Dostałam stypendium we Włoszech i miesiąc mieszkałam we Florencji i chodziłam do szkoły.
86. Nie potrafię przyjmować słów krytyki. Roztrząsam potem każde złe słowo z osobna przez tydzień.
87. Lubię kiedy w domu pachnie świeżo upieczonym ciastem.
88. Byłam na stażu w regionalnej telewizji.
89. Jeżeli podróżuję, mogę spać nawet na podłodze,ale muszę mieć przyzwoitą łazienkę.
90. Robię przepyszne pierogi ruskie i z kapustą&grzybami.
91. Jeżeli z kimś dużo przebywam to zaczynam używać tych samych słów co ta osoba.
92. Przez ostatnie 1,5 w USA dowiedziałam się sporo sama o sobie, bardziej wiem  jak chcę, żeby wyglądało moje życie, co jest dla mnie ważne i w jakim kierunku chcę iść.
93. Jeżeli nie liczyć au pair, obijania się po świecie  itp to miałam tylko jedną porządną pracę: pracowałam w księgarni językowej przez rok.
94. Lubię układać rymowane wierszyki i wysłać je familii i znajomym.
95. Na Wigilię moich dwanaście potraw to 2 talerze pierogów i 10 misek barszczu z uszkami. Innych dań nie jem.
96. Lubię używać słów: tudzież, azaliż, co by, zaiste, gdyż ponieważ.
97. Czasami nieświadomie  zbyt mocno narzucam komuś moje zdanie, mój plan działania i zbyt mocno chciałabym kimś rządzić. Wtedy ten ktoś się wkurza, a ja sobie uświadamiam, że to znowu zrobiłam i jest mi głupio.
98. Piosenki, których słucham zawsze odzwierciedlają mój natrój.
99. Jak byłam mała to chciałam pracować w FBI.
100. .... latttt.100 lattt niech żyje żyje nammmmm!! :)

A teraz przyznać się kto jeszcze obiera ptasie mleczko z czekolady? :P


środa, 2 stycznia 2013

Postanowienia chcenia.




Nigdy nie byłam fanką noworocznych postanowień, bo wiedziałam, że skończą się one tak jak postanowienia nowoszkolne.
Czyli: od 1 września będę odrabiać lekcje zaraz po powrocie ze szkoły,
będę ładnie notować,
nosić wszystkie podręczniki i zeszyty,
zakreślać/podkreślać/nadkreślać istotne informacje
i co nawjażniejsze: będę się uczyć systematycznie.
Kończyło się to zwykle już w okolicach października kiedy lądowałam z jednym zeszytem do wszystkiego na korkach z matmy, bo znowu groziła mi jedynka, a jedyne co było zakreślone to moje esy floresy na bokach książek.
Słomiany zapał jak nic.
Chce, chce, potem moment, w którym myślę, że już osiągnęłam najwyższy moment mojego 'chcenia',  więc wewnętrzne sumienie zaspokojone i od razu następnego dnia uroczyście celebruję lenistwo.Eh..
Jednak w tym roku, ze względu na to, że poł 2013 spędzę w USA, a pół w Polandii, co nie zdarza się często, postawnowiłam coś postanowić. 
Na pierwszy ogień idzie: 365 project.
Chodzi o robienie jednego zdjęcia dziennie przez cały rok.
Co się na nim znajdzie jest kwestą indywidualną.
My, zwierzaki, krajobrazy, czyności czy miejsca.
Myślę, że będzie to ciekawostka, co z tych wszystkich zdjęć wyjdzie na końcu roku :)
Zwłaszcza, że jak pisałam wyżej każde pół roku spędzę na innym kontynencie.
Od razu uprzedzam, że na na bloga nie będę wrzucać zdjęć pojedynczo, tylko co tydzień.




Następnie zaczynam od ruszenia leniwego cielska.
Jak mam zwiedzać to biegam jak z motorkiem, ale jak mam wolne to jestem couch potato.


Teraz wymówki się skończyły, bo dostałam na święta 3 miesięczny karnet na siłownię i mam jeszcze do wykorzystania też 3 miesięczny karnet na zumbę.
Więc wściskam się w dres i zaczynam.
Bo od patrzenia na drzwi siłowni jeszcze nikt nie nabrał kondycji.



Kolejną rzeczą jest oszczędzanie, które już zaczęłam  jakiś czas temu.
I o dziwo nawet jakoś mi to idzie.
Travel month i road trip zbliża się wielkimi krokami, a za coś trzeba pojechać.
Dlatego założyłam sobie w banku specjalne konto FOR TRIP, na które co miesiąc przelewa się pewna kwota z mojego głównego rachunku.
Plus jeśli tylko widzę, że mam za dużo na głównym, to od razu przerzucam na FOR TRIP.
Na mieście jem tylko w weekendy, kawki w Starbucksie tylko w towarzystwie.
Przyhamowałam z wszelkiego rodzaju zakupami przekonując sama siebie, że za 5 miesięcy muszę zmieścić swój cały pokój tylko dwóch walizkach.
Na dodatek z limitem wagowym.



Cele podóżnicze niestety w tym roku  zostaną trochę ograniczone.
Po powrocie do Polski czeka mnie dużo zmian i przede  wszystkim chcę  się nacieszyć familią po tych dwóch latach.
Pieniądze też przestaną wpływać w dolarach.
Ale jeżeli miałabym wybrać jedno miejsce to chciałabym pojechać choć na chwilę do Norwegii zobaczyć zorzę polarną.
O tego właśnie bym sobie życzyła.
 

Mam jeszcze parę osobistych postanowień, które zdecydowanie będą wymagały duuużo samozapracia i kontroli z mojej strony.
Ale myślę, że małymi kroczkami się uda.

Jeszcze raz życzę wszystkim: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO YORKU!!! :)









piątek, 5 października 2012

My Super Sweet Sixteen.

...taaa dziesięć lat temu.
Podstawowe działanie matematyczne daje łatwe rozwiązanie: tak, dziś kończę 26 lat.
Według czasu polskiego świętuję urodziny od paru godzin, więc jestem już stara
dlatego Młoda mi powiedziała, że teraz swój wiek muszę zaookrąglać do 30stu...
Według czasu amerykańskiego muszę wciąż czekać jeden dzień,
więc nadal jestem lekko piękna, młoda i nie bogata (jeszcze!) :P 
I jak tu nie lubić USA :P
Korzystając z czasu antenowego chciałam pogratulować cierpliwości wszystkim, którzy przewinęli się przez te 26 lat i ciągle znoszą moje ciągle wymyślane filozofie na każdy temat, szukanie celu w życiu, lenistwo i spanie do 12.00 w południe kiedy tylko się da, za wspieranie mnie w moich genialnych(mniej lub bardziej) pomysłach i dziękuję za sprowadzanie mnie na ziemię, gdy za bardzo bujam  głową w chmurach
MA+TA- tak, tak, Wam to zwłaszcza.
I co najlepsze: to się nie zmieni przez następne 26 lat :D




A teraz.... JEDZMY TORT !!!!!!!!!!!!



sobota, 18 sierpnia 2012

Takietam.



To może trochę prozy życia codziennego.
Garść informacji.
A więc: wakacje dzięki bogu już się kończą.
Za  6 dni roboczych dzieci posłusznie pójdą do szkoły, co daje mi codziennie 6 godzin wolnego.
Bardzo mi się to przyda.
Pokój mam tak zawalony, że nie widać czy kot pod łóżkiem siedzi, czy nie.
Papiery w szufladach same zaczynają wychodzić, a skarpetki to przestały grzecznie być w parach już na początku lipca.
Jak tylko to rykowisko ogarnę to pochwalę się jak mój loch, komnata, jaskinia wygląda po ponad roku.

W sumie były to moje drugie i ostatnie wakacje z nimi...
Ja swoją "zamianę" kończę zanim zaczną się te przyszłoroczne.
Dziwne uczucie..
Tak już bliżej do końca, niż do początku.
Kocham San Francisco i East Bay jak Gdynię!
Przy wyjeździe będę wyć, jak wilki do księżyca.
Ale gdy tylko stanę się drugą JK Rowling to kupię sobie bilet miesięczny na trasie SF-Gdynia i będę tutaj non stop wpadać!




Z ciekawszych rzeczy to już na facebooku zapewne czytaliście, że  zrobiłam sobie urodzinowy prezent: Hawaje :)
Będę wcinać tort na plaży Waikiki,
Będę pływać z delfinami!
Nurkować z żółwiami!
I skoczę z wodospadu!
 (o ile do tego czasu nauczę się, że pod wodą się WYdycha powietrze a nie Wdycha ...taki mam odruch nooo..wstyd.)


Zapisałam się również na zajęcia.
Chciałam pójść na coś zwykłego(tzn taniego ;] ) i resztę kasy przeznaczyć na podróże, ale...
postanowiłam, że wrócę na UC Berkeley.
Kursy pieruńsko drogie, ale nazwa tego uniwerku będzie bardzo uczenie wyglądała w przyszłym CV.
Zresztą turystycznie na pewno tu kiedyś wrócę i wtedy nie będę mogła iść na takie zajęcia.
Tym razem udało mi się dostać na kurs, na który ostrzyłam sobie zęby już rok temu:
Grammar, Mechanics and Usage for Editors, czyli edytowanie tekstów.
Mam nadzieję, że nie wykończą mnie gramatycznie.
Będę się starać ile mogę.
W razie czego, to i tak lepiej być słabym w najwyższej grupie, niż najlepszym w najniższej.




Dostałam też nowy samochód.
Moją miłość: VW Jettę, trzeba było oddać, bo minął okres "wynajmu".
No i hamulce miałam tak zmasakrowane, że bałam się już jeździć tym samochodem.
Tak więc nowe cudo dostałam na początku lipca.
Mała żaba, ogryzek taki.
Honda Fit.
Srebrna.
Obok białego to ulubiony kolor samochodów amerykanów.
Jeździ się dobrze, bo to małe, zwinne i obrotne.
Taki jest króciutki, że jak staję na parkingu w rzędzie tych mega długich, zmutowanych, amerykańskich samochodów to go nigdy nie widać!
Wygląda jakby było puste miejsce.
A ile ja się go zawsze naszukam po wyjściu ze sklepu...oo matkoo.
Ale jest nowiutki, pachnie jeszcze taśmą produkcyjną i ma wyjście USB, że można w nim słuchać muzyki z pen drive'a.





To by chyba było wszystko z istotnych nowości.
Wakacje to najgorszy i najtrudniejszy okres w byciu au pair.
Żyję dziećmi, z dziećmi, przy dzieciach i dookoła dzieci.
Ale jeszcze tylko 6 dni..
Sześć dni.
I będę mogła pomyśleć o tym co ja chcę robić w ciągu dnia, co jeszcze muszę zobaczyć i gdzie pojechać.

środa, 15 sierpnia 2012

środa, 6 czerwca 2012

Kroczek w roczek.

W sumie nie kroczek, a krok.
Milowy.
Kilka tysięcy milowy.
Czyli wbrew pozorom z Gdyni nie jest tak blisko do San Francisco...

Tak, tak moi drodzy parafianie: dziś stuknął mi równo rok od kiedy postawiłam swoją stopę na amerykańskiej ziemi.
Prosimy brawa.
Brawa za odwagę. Że się zdecydowałam.
Brawa za samodzielność. Że jakoś przeżyłam.
Brawa za przygodę. Której nigdy nie zapomnę.
Brawa na zachętę. żeby w drugim lepiej było jeszcze lepiej, więcej i wycieczkowiej.
I wielkie brawa dla was za cierpliwość. Że chce wam się czytać moje filozofie.

Szczerze: to nie sądziłam, że to tak szybko zleci.
Przeczytałam dziś moje posty z przygotowań do wyjazdu.
To na prawdę było tak dawno?
Te wszystkie ochy i achy, że wowwww Anka jedzie do Stanów.
Przecież to jak inna planeta!
Za oceaaaaaanem.
Hen dalekoooo.
Przecież świat się kończy na Europie.
Potem jest pach w przepaść i tyle.
A tu się Ance zachciało wybrać za tą przepaść.
Do Hameryki!
Pytali się  mnie: "Po co Ci to?
Magistra byś porządnie zrobiła, pracę znalazła, za mąż wyszła!
Rodziców tak zostawisz? A siostra to się chyba zapłacze!
Też coś, celu w życiu Ci się zachciało szukać, pfff.
I to tak daleko! Europa Ci za mała?"
No widać za mała.
Magistra można i na uniwersytecie trzeciego wieku zrobić, a wyższe wykształcenie i tak już mam.
Pracy nie ma i jak jest każdy wie.
Męża nie ma i jak jest każdy wie.
Familia: szczęśliwe dziecko to szczęśliwi rodzice.
Choć stęsknieni to szczęśliwi.
Bez Skype byśmy umarli.
Siostra bardzo nie płacze, bo Hamerykanka przysyła torebki z Victorii Secret, pierdoły różnotematyczne i cokolwiek co pachnie Stanami, więc nastolatkowe potrzeby konsumencko-lansiarskie są zaspokojone.
Plus ma jeszcze mój pokój do dyspozycji.

No więc po co?
Bo tak!
Bo tak czułam i już.
Los wyczuł dobry moment i wyciągnął mnie z czarnego dołka i marazmu.
Nie jest też tajemnicą, że ja nie marzyłam o tym wyjeździe jak większość dziewczyn.
Nie chciałam być au pair w usa za wszelką cenę i to koniecznie w wymarzonym miejscu.
Podziwiam was dziewczyny, za waszą determinację, upór i cierpliwość w czekaniu na idealne rodziny.
Mnie się wyjazd trafił niechcący.
Przez przypadek.
"-Chciałabyś pojechać?
- W sumie to bym chciała "
Pstryk. I piszę z Ameryki.
Jeśli miałabym to jeszcze raz zrobić- zrobiłabym.
Chyba nie muszę pisać ile zalet ma taki wyjazd.
Przede wszystkim tego co zobaczyłam w ciągu tego wyjazdu nikt mi nigdy nie zabierze.
Za rok wrócę do Polski i będę bez magistra, bez pracy i bez męża, ale będę miała miliony wspomnień, tysiące zdjęć z miejsc, które odwiedziłam i drugie tyle magnesów na lodówkę.

Summa summarum:
jest super.
I będzie super w przyszłym roku też.


gdyż ponieważ:

I Left My Heart In San Francisco.....




Zakończmy to moim ulubionym filozoficznym cytatem, coby pozostać w uroczystym nastroju rocznicowym:

"Pielęgnuj swoje marzenia. 
Trzymaj się swoich ideałów. 
Maszeruj śmiało według muzyki, którą tylko ty słyszysz. 
Wielkie biografie powstają z ruchu do przodu, a nie oglądania się do tyłu. "
Paulo Coelho


 Obecnie maszeruję w rytmie:

http://www.youtube.com/watch?v=5w-NrLK4gdg&feature=related

wtorek, 24 kwietnia 2012

Wkurz.

Stwierdzam wkurzoność, płaczliwość i nerwowość
bo poniedziałek.
bo gremliny.
bo moja agencja jest beznadziejna.
bo kobiecość.
bo wszystko.
foch.




Najpierw  wstałam niewyspana i to jeszcze złą stroną łóżka.
Pogoda zła, łyżeczka za głośno miesza herbatę, tost za spalony.
Na dodatek PMS.
Więc wiadomo, że bez kija lepiej nie podchodzić.
Potem mail od agencji, że a i owszem dokumenty o przedłużenie roku dostali, ale muszę mieć mega oficjalne, biurowe, opieczętowane potwierdzenie z adult school, że robiłam tam kursy.
Problem w tym, że szkoła takich nie wydaje.
Pani W Sekretariacie tak powiedziała.
I to trzy razy.
Bo trzy razy pytałam, żeby się upewnić.
Raz osobiście, potem telefonicznie  i na końcu mailowo.
Pełna konspira.
Chyba się jednak zorientowała, że to jedna osoba pyta.
Jak nie dają zaświadczeń to nie.
Dlatego wcześniej ściągnęłam ze strony agencji odpowiedni formularz, które nauczycielki mi podpisały i ten wysłałam.
Źle.  Bad. Schlecht.
I teraz dumają co mam zrobić.
Ta agencja jest bardzo chaotyczna.
Na dodatek moja LC jest beznadziejna.
Nic nie wie co, jak, z czym, do kiedy.
Olewa wszystko zupełnie.
Chyba jej aż osobny post niedługo poświęcę.
Tak więc z całym tym  papierowym bajzlem sama sobie muszę dać radę.
Po południu odebrałam młode.
Utknęliśmy w korku więc, żeby zabić ciszę pytam się czy były w takim aquaparku niedaleko, bo chciałabym je tam zabrać w wakacje.
Chciałam dobrze....
A oni ni gruszki ni z pietruszki zaczęli mi wyliczać jakie to inne nianie są fajne, bo pozwalają  wpierniczać cukierki, pić coca colę, i w takie super miejsca je zabierały, a ja im tylko każę lekcje robić i zmuszam do grania na pianinie.
A może ja to w mało miejsc je zabierałam?!
Może mało ciekawych rzeczy w mieście im znajdywałam?
A może to moja wina, że teraz są starsze, mają zadania domowe i mnóstwo rzeczy do robienia ze szkoły?
A może to ja sobie wymyśliłam te ich wszystkie zajęcia dodatkowe i obowiązki?
Grrrr.
Wieczorem w domu obiad za pikantny.
Młode skaczą po głowie i nawet po pracy siedzą ze mną.
A we mnie bomba tyka.
Na dodatek pająk wielki, czarny, kudłaty chodzi i szyderczo się uśmiecha.
Normalnie to bym go od razu w łeb kapciem.
Ale w dniu dzisiejszym to chyba go własnym wzrokiem zabiję...



SIOSTRO! CZEKOLADĘ! SZYBKO!!!!!!!!!!!!!!!!!
ALBO I ZE TRZY!


środa, 14 marca 2012

Polandia.

Poleciałam, dwa tygodnie byłam i wróciłam.
Odpowiadając na pytanie z poprzedniego postu: czy bliżej jest z Gdyni do San Francisco czy na odwrót, stwierdzam, że jednak zależy to od tego, na którym kontynencie się stoi i jak bardzo chce się w danym mieście być.
A jeśli chce się być w dwóch miejscach jednocześnie to jest to albo choroba psychiczna albo choroba podróżnicza ;)



Ale do rzeczy.
Lot do Polski minął bezproblemowo. Przesiadkę miałam we Frankfurcie, gdzie miałam przyjemność czekać aż 6 godz, bo PanPilot tak się śpieszył, żeby mnie jak najszybciej dowieść do domu, że doleciał za szybko. No i udało nam się ominąć korki bo śmignęliśmy nad Grenlandią.

W Gdańsku wylądowałam za to punktualnie, wykończona zmianą czasową i wygnieciona liliputowymi siedzeniami w samolocie.
Ale wszystko wynagrodził mi widok famili, która czekała na mnie zaraz przy odbiorze bagażu.
Czekałam na to baaaardzo długo.
Nigdy jeszcze nie wyjeżdżałam z domu dłużej niż na 3 miesiące.
O zmianie kontynentu już nie wspomnę.
Pierwsze wrażenie w kraju?
Siostra bardzo urosła, drogi się zwęziły, a wszystko dookoła: domy, drzewa zrobiło się cholernie malutkie.
Wyszła na wierzch 8 miesięczna gigantomania amerykańska.
W drodze do domu nie wiedziałam czy się rozglądać, opowiadać, słuchać czy paść ze zmęczenia.
Robiłam więc wszystko naraz.
Multitasking, level hard.
Padłam po 2. w nocy.
Dzień po, spałam do 11 chociaż słyszałam, że Mama i tak się czaiła pod drzwiami dużo wcześniej.
Ach jak ją korciło, żeby mnie obudzić.
Najchętniej w ogóle by mi nie pozwoliła spać, bo: "przecież czas na się kurczy!"
Kurczył się i to niesamowicie.
Skurczybyk jeden.
Dwa tygodnie spędziłam głównie na byciu z familą i na bieganiu od lekarza do lekarza, przeglądzie technicznym ciała, kupowaniu rzeczy z listy MuszęToPrzywieźćZPolski i robieniu tysiąca innych rzeczy.
Grafik pękał w szwach.
Przydałby się jeden tydzień więcej, żeby poświęcić go na zwykłe nacieszenie się wszystkimi i wszystkim.

Lot  powrotny do USA ciągnął sie niemiłosiernie długo.
Na dodatek usiadł koło mnie pan objętościowo większy niż przeciętny fotel jest w stanie pomieścić i z radością zakomunikował, że cieszy się, że mamy przed sobą tyle godzin lotu, bo będziemy mogli sobie pogadać.
Wzrokiem natychmiast wybrałam 4 długie filmy, które miałam zamiar obejrzeć byle tylko w ciszy i spokoju dolecieć do San Francisco.
Cisza i spokój zostały brutalnie przerwane jakieś 4 godz przez lądowaniem, kiedy to ów współtowarzysz zgniótł swoją, objętościowo większą niż normalnie ręką, swój plastikowy kubek z czerwonym, najczerwieńszym winem i wylał to na mnie.
Na mnie, moją ukochaną bluzkę, sweter, okno samolotowe, siedzenie i dywan.
Winowa masakra.
Kropki były wszędzie.
Mruknęłam pod nosem siarczyste, polskie przekleństwo i oczami wyobraźni widziałam jak wyrzucam bluzkę i nowy sweter do kosza.
Pan się jednak trochę przejął i kiedy stweardesa odpowiedziała mu, że samoloty niestety nie mają na wyposażeniu środka to usuwania plam po winie, dał mi 10$ i powiedział gdzie mogę kupić specjalny spray, i że to działa nawet na zaschniętych plamach.
Co mi po dyszce jak do samego końca lotu  musiałam się dusić w oparach wina, od których było mi  strasznie niedobrze.
Kiedy wróciłam do domu Młody już spał, ale Młoda jeszcze się kręciła.
Widać było, że się stęskniła. Chciała koniecznie ze mną spać, cały czas za mną chodziła i chciała koniecznie pomóc się rozpakować i streścić ostatnie dwa tygodnie, kiedy mnie nie było.
W końcu mamie udało się ją wygonić do spania.
A ja padłam jak kawka na wyro, bo rano pobudka o 6.20.
Młody  też się bardzo ucieszył na mój widok.
Przytulał się i siadał na kolanach przez parę następnych dni.
A kiedy wychodziłam z domu z walizką, którą pożyczyłam od koleżanki, to spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem i ze smutną miną spytał "Ale wyjeżdzasz? Znowu?"
I jak tu nie kochać.

Tyle z wyprawy. To może jakieś ciekawostki przyrodnicze.
-klamki w stanach są dużo niżej niż w pl :P
-samochody jeżdżą jak szalone! wszyscy chcieli mnie rozjechać. co jak co, ale w usa kultura jazdy i przestrzeganie przepisów stoją na duuuuuużo wyższym poziomie niż u nas.
-pani w Rossmanie gdy poprosiłam o dwa rachunki: "a co ja będę się domyślać co pani tu chce na jeden rachunek a co na drugi, ja nie będę w tym koszyku grzebać! pani to wszystko powyciąga a ja to normalnie skasuję!!" żyłka mi aż wyszła. a na koniec pani kasjerka tym razem już z uroczym uśmiechem spytała: "A grosik pani może ma? "   a ja jej NIEEEEEE@#$!%^!
och złośliwa bestia ze mnie.
wtedy właśnie zatęskniłam za uprzejmościami kasjerek w hameryce, pytań czy wszystko kupiłam co chciałam, że jakież to piękniutkie marcheweczki dziś wybrałam i zupka na pewno będzie przepyszniutka. a może potrzebuję siateczkę i zanieść mi zakupki do samochodziku?
to jest naprawdę niesamowite jak takie uprzejmości, sztuczne czy nie sztuczne, działają na nastrój.

Szczerze mówiąc to miałam więcej perełek, ale zapomniałam :P
Jak mi się przypomną to dopiszę :)


A teraz kącik filozoficzny:

Jednego dnia jechałam autobusem, trasą centrum miasta-dom, którą pokonywałam miliony razy.
I nagle poczułam się bardzo dziwnie. Jakbym nigdy nie wyjechała z Gdyni.
Jakby cały wyjazd do USA to był nierealny, wczorajszy sen.
Wytwór wyobraźni.
Bo przecież tak jak zawsze wracałam z zakupami, w domu czeka Mama z obiadem, Tata ogląda Discovery,  a Sioster zaraz wróci ze szkoły i trzeba się będzie kłócić o kompa, bo każda będzie twierdzić, że jej rzeczy są milion razy ważniejsze niż tej drugiej.
(A i tak wiadomo, że chodzi o facebook'a.)
Nic się nie zmieniło.
Mijałam te same budynki, autobus wpadał w te same dziury, kanary wsiadły na tym samym przystanku co zawsze.
Dopiero jak otworzyłam portfel, żeby pokazać im bilet, spojrzałam na moje nowiusieńkie, kalifornijskie prawo jazdy.
Skoro patrzyło z niego moje zdjęcie to znaczy, że jednak to chyba ja tam byłam.
Czyli jednak mi się nie przyśniło.
Naprawdę to widziałam.
Niekończący się Grand Canyon, wcale nie złoty Golden Gate, aleję sław w Los Angeles i milion innych rzeczy.
I wtedy ucieszyłam się, że za parę dni tam wrócę, bo zdałam sobie sprawę ile rzeczy mam jeszcze do zobaczenia. Ile mi zostało!
Głód podróżniczy.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Mam nadzieję, że te dwa lata mi wystarczą na tyle, żebym się najadła.
Bo na kolację i tak wrócę do domu...

Po tych dwóch tygodniach w Polsce musiałam sama ze sobą trochę pogadać i ustalić jedną wersję tego gdzie chcę być za ten kolejny rok.
Rozum swoje, a serce swoje.
Negocjacje trwały dość długo.
Bo rozdarta byłam bardzo.
Chciałabym mieć ciastko i zjeść ciastko.
Podoba mi się bardzo tutaj, ale.
No właśnie ALE.
Jak jest 'ale' to znaczy, że to nie jest to czego się szukało, więc trzeba iść do przodu i szukać dalej.
Wersja ostateczna jest taka, że wolę być z rodziną w deszczowej Gdyni, niż bez nich w słonecznej Californii.
Więc nie będę tu szukała pracy, nie będę kombinowała jak tu zostać legalnie, pół legalnie albo i nielegalnie czy udawała przykładną studentkę na studenckiej wizie.
Po prostu będę korzystała z tego, że tu jestem, robiła to na co mam ochotę, zwiedzała to co chcę,
tyła od lunchów i brunchów na mieście, i cieszyła się każdą chwilą. O!
A kiedy trzeba będzie wrócić to grzecznie wrócę....
...i zapewne wykombinuję coś znowu :P

Minął już tydzień od kiedy wróciłam i wiecie co.. tym razem mam uczucie jakbym wcale z CA nie wyjechała...
I weź się tu człowieku połap!


Na koniec zdjęcie z przemytu polskich wyrobów czekoladowych do USA.
Niestety Ptasie Mleczko ze względu na ptasią grypę i kategorię wagową musiało zostać wypakowane podczas odprawy.

środa, 18 stycznia 2012

Ach ten magnetyzm!

Magnez rzecz ważna.
Jak człowiekowi brakuje magnezu to zaczyna wpadać w depresję, czuje się rozdrażniony.
Dokładnie jak ja.
Tylko, że mi zazwyczaj brakuje magnesu a nie magnezu.
I jak go nie mam to jestem bardzo rozdrażniona.
Sprawa z magnesem ma się następująco.
Sto lat temu Mama, albo i Tata, albo i oboje razem, kupili pierwszy magnes.
Taki na lodówkę.
Zasada była prosta: w każdym mieście lub ciekawym miejscu zamiast tysiąca innych pamiątek, kupujemy magnes.
Potem go PAC!  na lodówkę.
I tak zaczęli pacać systematycznie.
Drzwiczki od lodówki zrobiły się bardzo szybko zapacane całkowicie.
Jako, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ja również z każdej wyprawy dorzucałam parę zdobyczy.
Jesteśmy stadem podróżującym, więc łatwo się domyślić, że wkrótce lodówka uginała się pod ciężarem naszych trofeów.
A tych jest na pewno powyżej 70 sztuk. A możliwe, że w okolicach 100.
Jak pojadę niedługo do PL to usiądę i dokładnie policzę.

Tradycję magnesową oczywiście kontynuuję za oceanem.
Kto ze mną miał okazję "wycieczkować" wie, że sprawa jest poważna i nie opuszczam miasta bez kolejnego okazu do kolekcji.
I nie ma sensu ze mną się spierać w tej kwestii, bo włącza mi się automatycznie tryb zrzędząco-upierdliwy.
Dajcie mi kupić magnes a zapewnicie sobie ciszę i spokój :)
Tak więc na dzień dzisiejszy mam sztuk 24 i wszystkie są pacnięte z dumą na tablicy magnetycznej.
Zatem wycieczki były ciche i spokojne ;)


Magnesy mam już z:
1. Nowy York
2. Empire State Building
3. Hollywood
4. Walt Disney Concert Hall, LA
5. Santa Monica
6. Grand Canyon ( w opakowaniu było ich kilka )
7. Napa Valley
8. Oakland Zoo
9. Sacramento
10. Fair w Turlock
11. Santa Cruz
12. The Mystery Spot, Santa Cruz
13. formacja Blue Angels - z poprzedniego postu :)
14. Venice Beach, LA
15. Fisherman's Wharf, SF
16. California Academy of Science, SF
17. Jelly Belly Factory
18. San Francisco
19. Horseshoe Bend, AZ
20. Universal Studios, LA
21. Walk of Fame, LA
22. Children's Discovery Museum of San Jose
23. Bubba Gump Shrimp Co.
24. no i paczka ryżu z historycznego centrum El Pueblo de Los Angeles.

Na oku mam już kolejne z SF, bo brakuje mi jeszcze m.in. Cable Car i Alcatraz.
Ale to kupie dopiero jak się przejadę tramwajem i ucieknę z więzienia

A wy co zbieracie? Przyznać się co tam chomikujecie po kątach :)





wtorek, 3 stycznia 2012

Noworoczne przedsięwzięcia.

Dopiero 2 stycznia a postanowienia noworoczne już wzięło w łeb.

Miała się przestać obżerać, coby nie płacić nadbagażu za kwadratowe polsko-amerykańskie dupsko.
A siedzi i zagryza Pringelsy czekoladą, przezssiewa cukierkami i zapija coca colą.
Pringles multi grain, ale jednak.


Miała odkładać rzeczy na miejsce i sprzątać na bieżąco.
A już musi 10 minut sprawdzać czy sierściuch koci jest w jej pokoju, czy nie.
Bo nawet ogonu nie widać spod stosu papierów.


Miała iść spać o cywilizowanej porze.
A musi obejrzeć po raz milionowy "Friends" w tv.
Bo codziennie 4 odcinki pod rząd puszczają. Aż do 1.00 w nocy.
Nie szkodzi, że już prawie wszystkie zna na pamięć.


Miała zacząć oszczędzać.
A tu już 1 stycznia:
oooo balsam taki taaaani, a to trzy wezmę..
oooo jeansy, no taka promocja!
oooo kredka do oczu.. no dla mamy to nie mogę nie kupić..
oooo i pusto w portfelu.
oooooo ojojojojojoj.


Miała coś przedsięwziąć...
a tu niespodzianka, bo i przedsięwzięła.
Na dwa kolejne kursy się zapisała.
Popłynie w rejs po zatoce oglądać wieloryby.
Idzie na kurs nurkowania.
Kupiła półroczny karnet na zumbę (żeby się sama w wieloryba nie zamienić).
Idzie na warsztaty fotograficzne do San Francisco.
Zaczęła wiązać włosy i się okazało, że pod lokensami jakaś twarz jednak jest.
Byle jaka, ale jest.
No i zamiast na Hawaje to kupiła bilet na dwa tyg w lutym do Polandii.
Bo się stęskniła przeokrutnie.



A wy jaki szerg przed i po noworocznych przedsięwzięć przedsięwziujecie**?
Bo każdy coś przedsięwzi.
Wszyscy coś wezmą, jeden przedsięwzie, drugi przedsięwzi, trzeci przedsięwzi, oni wszyscy wziują.
Zwłaszcza 1 stycznia.

Więc na Nowy Rok życzę wszystkim szczęścia w przedsięwziewaniu, a nie zdrowia i pieniędzy.
Bo na Titanicu wszyscy byli zdrowi i bogaci, tylko szczęścia im zabrakło.



Szczęśliwy człowiek przedsięwziujący każdą chwilę grudniowego słońca wygląda tak:






**Soczysta, niegramatyczna odmiana trudnego słowa zaczerpnięta z:

środa, 7 grudnia 2011

0,5..

 ...nie litra na głowę.
Pół roku minęło.
Aż pół, tylko pół czy po prostu pół?




Siedzę właśnie w amerykańskim rozciągniętym dresie z amerykańskim MAC-em na kolanach, gadam sama do siebie i to po angielsku na dodatek.
Nie dziwią mnie już ludzie w piżamach w sklepie.
Za to pani w skarpetkach  chodząca po ulicy trochę tak.
Szczerze odpowiadam na tysięczne pytanie "How are you doing?"
Na śniadania zamiast polskiej buły wcinam pełnoziarniste tosty z przeorganicznym dżemem.
Ale nadal zapijam herbatą.
Uwielbiam lunch'e i  brunch'e.
Kocham tutejsze autostrady i szerokie drogi.
Podoba mi się bardzo pomysł ze skrętem w prawo na czerwonym świetle.
Nie wkurzam się kiedy jest korek. Bo i tak się pruje 90 km/h.
110 /h to ja na kawę jadę.
Starbucks kosztuje grosze.
I miło jak mówią do mnie po imieniu.
Nie szkodzi, że jestem raz Ana, innym razem Hannah a jeszcze innym Annie.
Ludzie w supermarkecie jak mnie mijają to przepraszają, że musnęli i naruszyli swoim podmuchem  moją przestrzeń osobistą.
Z hamerykańskim uśmiechem oczywiście.
W sklepach można wszystko zwrócić.
Poza wczorajszym nieświeżym obiadem.
Ciuchy, buty, gumki do włosów, pinezki, wykałaczki.
Cokolwiek co nam się przestało podobać.
I nie trzeba się godzinę tłumaczyć czemu i wypełniać milion papierków, z podaniem i trzema zdjęciami włącznie.
"I'm not satisfied" i kropka.
Nasz klient, nasz pan.
Kasa z powrotem, fenk ju wery macz, si ju egen!
Pogoda jest cudna.
Wstaję rano i aż chce się wyjść.
Słońce, słońce i jescze raz słońce.
Aczkolwiek  "Last Christmas" w połączeniu z palmą przozdobioną bożonarodzeniowymi lampkami bardzo razi.
Śniegu nie ma, ale nie jeden bałwan się znajdzie.
Wkurzają mnie inch'e, feet'y, mile i farenheit'y.
Ameryka jest za daleko od Gdyni.
Zdecydowanie Pangea była by mi bardziej na rękę.
Tęskno, smutno i samotno mi czasem.
Ale można przywyknąć.
Coś za coś.
Widok Wielkiego Kanionu rekompensuje wszystko.
I na szczęście mam grupę wspaniałych znajomych, bez których nie wyobrażam sobie życia tutaj.
Dlatego następne pół roku minie jeszcze szybciej.
I trzeba będzie się znowu zastanowić co dalej.
Co, gdzie, jak wybrać.
Bo oczywiście wolałoby się mieć wszystko.
Ale nie można.

A jeśli się podoba w dwóch miejsach?
To problem z wyborem będzie podwójny.
Ehh.
Żeby nie było zbyt podnośle, to z okazji Mikołajek świąteczny pokemon do kolekcji:
Ho Ho Ho!


I obyście byli niegrzeczni! :)



P.S. szklanka szklance nie równa.

No i która szklanka jest wasza?
Bo ja pomyślałam o frytkach...........


Good Night America.

środa, 2 listopada 2011

You know you’re an Au Pair in the USA when…

…you always introduce yourself with : ‘Hi! my name is (your name), I’m from (country) and I have (amount of children you are taking care of) children!!’
…everybody is greeting you with a ‘Hi.How are you!’ and you can’t respond fast enough, so you say it first!
…you spent all your money in the mall and you still have nothing to wear
…you say silly  instead of stupid
… you think $200 every week just for shopping and Starbucks is not that much
…you go to playdates
…you’ve seen more movies in one month than in your whole life at home
…you drive over 30 minutes to a friend just for a coffee and you think it’s not so far
…you only have other Au Pairs as your friends
…you say ‘like’, 'seriously', 'awsome' and ‘totally’ every three words
…someone has asked you stupid questions like: ‘do you have cars in your country?’ ‘Where is your country?’or "You don't have Thanksgiving??"
…you park as close to the store as possible so you don’t have to walk even one yard too far
…you cherish moments of silence more than ever before
…you notice yourself saying ‘GOOD JOB’ a hundred times a day
…you wonder why you slept the whole night long so uncomfortable and you notice the next morning, you slept on a barbie, a lollypop, sandtoys etc.
… you need to be creative to find new punishments because a time-out doesn’t work anymore
…you have to admit to mistakes you never did or put the blame on you
…you know now exactly how difficult it was for your parents to have little kids and you feel like saying sorry for all you’ve done to your mom and dad every day
…you’ve learned what it means to be patient. very patient.
…you know what a LCC is
…you know that you should never SHAKE A BABY!!! :P
…you take a nap, after you dropped off the kids at school (after being up for just 2h)
…you miss the good old days when you were able to go to the bakery and get real bread w/ real butter
…you don’t walk into the bank, you use the drive-thru to get your money
…you use Purell instead of washing your hands
…you know how to make MAC&Cheese
…you know what PBJ is
…you can list all the parks and playgrounds within 20 miles from your house
…you pick up kids in car line instead of walking to the school
…you can tell the difference between regular carrots and organic carrots
…people are staring at you when you put ketchup on pizza
…you feel murders guilt, when you forget the right snack for the kid
…you can't say "no" any more if your hostmom asks you "could you please...if you get the chance... just if it is no problem"
…you start apologizing for walking by someone in the grocery store
…the kids want something NOW!
…you didn't think that you can carry so much swim/ baseball/ soccer gear at once
…one cup of coffee doesn`t make you awake anymore. it just makes you alive
…you're sure you don't want your own kids within the next 100 years
…you don't care anymore about your looks when you're on duty
…babysitting in the evening means: watch a family movie and put  kids to bed as fast as possible
…you can take the carpools because you have so many kids in the car


and so on....and so on.....

We are not just Au Pairs. 
We are Gremlin Management Specialist.
 
 
 /Tekst znaleziony, podkradziony i trochę zmieniony/

 .