...mówi "Good Morning", a konsul do niej: "dżeń dołbry".
I amerykański cheese.
Ale najpierw może cofnijmy się w czasie o ponad 2 godziny...
Rada nr 1:
nigdy nie pytaj się warszawiaka,
gdzie jest poszukiwany przez Ciebie przystanek, bo on
a) nie wie
b) się śpieszy
c) "pierwsze słyszy o takim kierunku"
d) "tylko tu pracuje"
e) nie wie!!
Przez pół godziny biegałam po ogromnym rondoskrzyżwaniomasakrze z milionami przystanków po każdej stronie, bo każda z 14 osób, które spytałam o przystanek autobusu 159 w stronę EC Siekierki, odsyłała mnie na inny. Zaczęłam się już rozglądać z taksówką, bo czas mi się kurczył, ale w końcu jedna babka się zlitowała i mnie podprowadziła pod ten właściwy.
Rada nr 2:
dla osób jadących w przyszłości po wizę: autobus 159 w kierunku EC Siekierki,
staje na przystanku Piękna03 - dokładnie na przeciwko ambasady
Jak wysiadłam z autobusu to nie znając adresu ambasady wiedziałabym, która to, bo tylko tam była kolejka przed wejściem :P Stało jakieś 10 osób. A po mnie nagle ustawiło się kolejne 20. Wejście do ambasady wygląda tak: (zdjęcie znalezione w necie, dopisek własny)
Między "staczami" krążył pan Organizator-Kolejki-I-Informacja-W-Jednym, który pytał staczy w jakim celu przyszli, prosił o wyłączenie telefonów, przygotowaniu paszportów i informował, że będzie kontrola taka jak na lotnisku.
Za magicznymi pancernymi drzwiami stał Ryszard Ochroniarz, który wpuszczał po dwie osoby do środka. Wtedy odpytywał o telefony, aparaty, napoje i inne płyny oraz o wszelkie terrorystyczne zabawki. Dziewczynie przede mną przetrząsnęli dwie kosmetyczki i zabrali na przetrzymanie sok. Ja musiałam ściągać mój śmiercionośny, pleciony pasek od spodni, radioaktywne, drewniane korale i sterowany satelitą zegarek. Ale wąglikowe misie Haribo przemyciłam!!! HA!!
Rada nr 3:
z tego co widziałam to Ryszard Ochroniarz jak zabierał dziewczynie picie,
to dał jej w zamian karteczkę z numerkiem,
więc myślę, że jakby ktoś miał telefon to też można przy Ryszardzie zostawić.
Po udanym przemycie poszłam długim korytarzem, aż dotarłam do dużych szklanych drzwi, które otwierają dwie osoby, które siedzą przy stole za nimi. Tam pokazałam wszystkie dokumenty, i babka się tylko spytała jakie mam dzieci i jak długo czekałam na rodzinę. I skierowała mnie do podziemi.
W skrócie: podążaj za strzałkami.
Wychodzi się na wprost okienek. Jak na poczcie.
Miałam szczęście, bo wszystkie były puste więc podeszłam do misiowato wyglądającego Pana W Kitku.
Na dodatek się uśmiechał, dobrze mu z oczu patrzyło - znaczy się przyjaźnie nastawiony.
Wziął ode mnie wszystkie papiery i karteluchy i zonk.... próbował zeskanować ten nieszczęsny kod paskowy, który drukuje się na potwierdzeniu wypełnienia DS 160 online. I obracał tym papierem, i wyginał i nic!!
Ja już przerażona, że pewnie nici z randki z konsulem dziś, wizy nie dadzą, zakaz wjazdu do USA na 235 lat a PanW Kitku spojrzał na mnie i na mój nerwowy pisk : "I CO TERAAAAZ???" odparł " no coś chyba pokombinujemy nie??:)
Więc pokombinował, zakombinował i wykombinował.
Skreślił kod paskowy, dopisał tam milion rzędów cyferek, literek i już. Opanowaliśmy sytuację, więc nieśmiało mówię, że przyniosłam wywołane zdjęcie do wizy, bo to co wgrałam jest bardzo niewyraźne . A on na to, że nie trzeba, bo jest ok.
Jak ok to ok.
Sprawy nie drążyłam.
Jakby się zaczął przyglądać, że mój włos zasłania 20 % ucha to mogłoby być nieciekawie. :]
Potem zaczęło się skanowanie paluchów: (obrazek ze strony ambasady)
Pismo obrazkowe już w prehistorii było czytelne. Więc opisywać nie będę.
Kiedy już mnie zeskanowali, dostałam broszurkę w języku polskim o prawach pracowniczych w usa, rodzajach wiz i co tam z nimi można robić itp.,itd.
Rada nr 4:
Pan W Kitku poinformował mnie o czymś, o czym nikt inny wcześniej mi nie mówił.
Otóż: na ten dodatkowy miesiąc po zakończeniu programu oczywiście wiza jest ważna ,
ALE...
jeśli wyjedzie się w tym czasie z USA, to już nie można wjechać z powrotem.
Dziękujemy.
Nie wiedziałeś/łaś? Trudno.
Miło było, papa.
Punktualnie o 9.56 Pan wydrukował mi numerek i poinformował, że mam ok 60 min czekania. Spoko.
Taaa jasne...
60 minut...
Wchodzę na salę oczekiwań, a tam ponad 50 głodnych wizy zombie i numer na wyświetlaczu: 40.
A ja z dumą dzierżę nr 85.
I jeszcze, żeby było śmieszniej to do niektórych numerków były przypisane np 4-6 osobowe grupy uczniów.
No nic poczekam.
...
....
......
........
dwie godziny później...
NUMER 85!
Przychodzi baba do konsula, mówi "Good Morning", a konsul do niej: "dżeń dołbry". I amerykański cheese.
"Widżę, sze pani jako oł per jedże"
Ano jedże, jedże.
I tak podpytał mnie (ale już po angielsku) jakie dzieci będę pilnować, ile lat, imiona, jak często jestem w kontakcie z tą rodziną, czemu jestem bezrobotna, czy mam rodzinę w USA i czy mam doświadczenie z dziećmi. Jak powiedziałam, że już byłam dwa razy au pair w Niemczech i za każdym razem grzecznie wracałam do kraju, to się uspokoił, że nie zostanę w Stanach i nie pozbawię jego ziomali miejsca pracy :P
Na koniec jeszcze powiedział, że visa przyjdzie DHLem w terminie do 5 dni i, że życzy mi good luck! :)
Rada nr 5:
weźcie sobie coś do czytania,
bo można oszaleć siedząc dwie godziny
i wpatrując się w przemijające numerki na tablicy.
Podsumowując:
2 godziny czekania dla 3 minut sam na sam z konsulem - bezcenne.
Grunt, że wizę dał.
Acha, no i mały bonus.
Moje zdjęcie wizowe:
Niech moc będzie z wami! ;)
.