Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lekcja latania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lekcja latania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 marca 2013

Lecę, bo chcę!



Mówiłam, że polecę drugi raz?
Mówiłam! 
W sobotę o 15.30 miałam drugi lot.
Tym razem kupiłam normalną, godzinną lekcję, na którą dostałam zniżkę w podziękowaniu za pierwszy lot.
Kiedy weszłam do biura od razu mnie poznali i było : "ooo Anna welcome back!".
I nagle zza zakrętu wyszedł TopGun... ahhhhh.
Jak się uśmiechnął!!!
"Hi Anna, glad to see you againnn, cant get enough of flying ha?"
Marry me. Marry me.
Powiedział, że dopiero wyszedł z samolotu i musi iść coś zjeść, więc mam sobie polatać na symulatorze.
I dał mi PilotaJuniora do towarzystwa.
Przyszedł, usiadł koło mnie i mówi:" słyszałem od szefa, że dobrze latasz, no to zobaczymy co potrafisz..."
I jak zaczęliśmy to latałam na tym symulatorze ponad godzinę.
Lądowałam chyba z 5 razy, leciałam w burzy z piorunami, nocą, w mega gęstych chmurach i nawet włączył mi lądowanie bez mocy w silnikach.... i co- wylądowałam!!!
Siedział obok i mnie chwalił a ja pękałam z dumy.
Nawet nie zauwazyłam, że za plecami siedział mi TopGun!
Dopiero jak zaczął mówić, że mam wyczucie do manewrowania itp to zorientowałam się, że był w pokoju caaałą chwilę.
Nice Ania, nice.
I tak ich dwóch siedziało całą chwilę i komentowali, że ładnie skręcam, że ach och a mi aż płonęły policzki.
Się zawstydziłam. 
No i w końcu trzeba się było przesiąść do prawdziwego samolotu.



Zanim do niego dojechaliśmy TopGun powiedział mi co dziś mamy w planie.
Plan ambitny.
Potraktował mnie jako potencjalnego przyszłego pilota i zrobił normalną porządną lekcję.
Na dzień dobry dostałam całą checklistę jak przygotować samolot.
Tutaj 1/4 listy:






Standardowa procedura przed lotem.
Musiałam czytać na głos punkt po punkcie i on mi mówił gdzie to jest, jak to coś sprawdzić i ja to wszystko robiłam.
Obchodziłam cały samolot, sprawdzałam każde skrzydło, liczyłam śrubki,wspinałam się, żeby sprawdzić jaki jest poziom paliwa.
Robiłam wszystko.
Milimetr po milimetrze.
Kiedy już odblokowaliśmy koła, sprawdziliśmy cały samolot, przyszła pora na wturlanie się do środka.
I to samo: czytałam na głos checklist i naciskałam, przestawiałam, ustawiałam guziczki i przyciski.
Osobiście włożyłam kluczyki do stacyjki i odpaliłam bestie!
Tak w skrócie wyglądał środek: (opisałam najprościej jak umiałam :P )


 
Lista sprawdzona, wszystko jest to lecim!
Znowu jazda po płycie i ustawienie się do startu.
Jedyną rzecz, którą on robił przez cały lot to było rozmawianie z wieżą, nadawanie co robimy
i proszenie o pozwolenie na lądowania i starty.
No i fruuuuuuuuu!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Od razu jak wystartowałam poczułam na samolcie, że jest dużo większy wiatr niż ostatnio.
Bujało dużo mocniej.
Ustaliliśmy, że lecimy nad MtDiablo i porobimy różne manewry.
I ta część zasadniczo różniła się od pierwszego lotu.
Nad SF leciało się w lini prostej, potem trzy proste zakręty, lądowanie, dziękuję.
Moim zadaniem było trzymać stery i samolot w poziomie i tyle. 
On naciskał przyciski, ustawiał prędkość, położenie przodu itp.
A tutaj lecieliśmy pod mega różnymi kątami, zakręcaliśmy na maxa 360*, musiałam sama zmieniać co chwilę prędkość, położenia, nachylenia.
Do tego jeszcze nam wiało i bujało tym maleńkim samolocikiem.
Pomiędzy ustawianiem wszystkiego udało mi się spojrzeć parę razy na widoczki pode mną. 
Było przepięknie.
Zielone wzgórza, małe domeczki poustawianie jak od szablonu.
Cudownie.
Znalazłam zdjęcie w internecie, które dokładnie pokazuje krajobraz, nad którym leciałam:



Ale większe cuda były dla mnie w samolocie.
Na dodatek mój cudo-instruktor nadal chwalił i komplementowal moje manewry co mnie kompletnie rozpraszało.
Po 45 minutach zaczęliśmy wracać na lotnisko.
Wylądowałam a on do mnie: no to robisz rach ciach kółeczko i startujesz jeszcze raz.
A ja: WHAT? 
I smile :D
No i dawajjj jeszcze raz fruuuuuu górę!
Tym razem zrobiliśmy rundkę "po prostokącie" dookoła lotniska: cztery 90* zakręty.
Czzzaaad.
Lądowanko i koniec.
Mogłabym tak jeszcze milion razy startować i lądować.
Ale tylko z TopGunem.
Działał na mnie mega uspakająco.
Czułam się bezpiecznie przy tych wszystkich manewrach.
I świetnie się dogadywaliśmy.
Ahh marry me.
Po wylądowaniu ciąg dalszy sprawdzania checklisty i zabezpieczanie samolotu po locie.
W biurze TopGun wypełnił kolejną rubrkę wpisując wszystko co dziś robiłam.
Może kiedyś zapełnię całą książeczkę :)







 

wtorek, 19 marca 2013

Z głową w chmurach. Week 11. 365 Project.

Ciąg dalszy bujania w obłokach.
Cały tydzień przechodziłam jak na skrzydłach.
Byliście kiedyś tak niesamowicie szczęśliwi, że każda komórka waszego ciała ma ochote wybuchnąć szczęściem? 
Ja od niedzieli chodzę jak tykająca szczerząca się do wszystkich bomba
Na dodatek niewyspana bomba, bo nie mogłam spać z tej ekscytacji.
Ogladąm zdjęcia z lotu i analizuję każdą sekudnę, każdy zakręt, każdy moment w tym samolocie.
I wewnętrznie krzyczę ze szczęścia.
Nigdy przenigdy nie czułam czegoś takiego!
Cudowne uczucie! 

Pure happiness.
Dlatego nie mogłam tego tak zostawić i podjęłam decyzję, że muszę lecieć jeszcze raz.
Muszę, bo inaczej się uduszę :)
Ale od początku...
A raczej od poniedziałku:

70/365
Jedno dziecie na chińskim, drugie ze mną.
Na dworze wiosna w pełni: 28stopni.
Takkkk, czuje tą pogodową nienawiść od wszystkich odśnieżających te góry śniegu w tym samym czasie w Polsce...
Młoda w czasie jak Młody jest na zajęciach musi odrabiać lekcje.
Do biblioteki nie lubi chodzić, w samochodzie nie wygodnie, więc tak nam jakoś wyszło, że zawsze jedziemy do Starbucksa. 
Ja sączę kawę a ona robi zadania domowe i potem sobie plotkujemy.
Zazwyczaj bierzemy ogromną gorącą czekoladę albo jak jest za ciepło to coś mrożonego bezkofeinowego.
Taka nasza babska chwila :)

 



71/365
Od trzech tygodni chodzę na zajęcia do adult school.
3 godziny dziennie przez 4 dni
Poziom masakrycznie niski, ludzie średnio gadają po angielsku, ale muszę przyznać, że facet, który nas uczy świetnie prowadzi zajęcia.
Więc jakoś to leci.
Jeszcze tylko w tym tygodniu pochodzę i zrezygnuję, bo będę miała już brakujące 30h.
Siedzę w ławce z samymi koreańczykami.
I miałam szczęście w wybieraniu miejsca, bo siedzi koło mnie babka, która mówi najpłynniej z całej 40 osobowej klasy.
Mieszka trochę tutaj a trochę w Korei i to w dzielnicy Gangam, którą pewnie wszyscy kojarzą z piosenki.
I codziennie mi opowiada o tym jak wygląda tam życie, co Koreańczycy robią, jedzą itp.
Chyba nie muszę mówić, że całkowicie mnie zachęciła, żeby tam pojechać :)
No i kiedyś mi pokazała rzeczy, które szyje w wolnym czasie i zachwycałam się bardzo jej wyszywankami z kotami.
I przychodzę dzisiaj na zajęcia a ona wyciąga dla mnie podkładki pod kubki z kocurami!
Cudna jest ta strona materiału alla gazeta.
Przywiozła go z Korei i jak jej powiedziałam, że też umiem szyć i gdybym miała ten wzór, to już widzę jak szyję sobie z tego torbę albo pokrowiec na telefon, to na drugi dzień przyniosła mi cały kawałek tego materiału.
Przemiła babka :)


72/365
Jedną z ciekawostek, którą można zaobserwować jeżdżąc z dzieciakami na ich mecze czy to piłki nożnej czy baseballa to MatkiKibicki.
Typowa AmerykańskaMatka Kibicka ulokowana jest zaraz za boiskiem. 
Zazwyczaj siada w stadzie innych AMK.
Obowiązkowy element: składane krzesełko.
Zawsze.
Można je zwinąć w mała, wąską tubę i wsadzić do malutkiej markowej torebeczki.
Do tego w ręku dzierżą mrożone kawy lub miliony bidonów z wodą.
Kiedy już usiądą w swoim zaufanym kręgu to trajkotaja śpiewnymi głosikami i plotkują o tym co /kto/gdzie/za ile.
I nie daj boże ich dziecko akurat dostaje pilke!
Wtedy  robią się mega agresywne i dra się takim basem, że porządny stadionowy kibol by się nie powstydził.
Podrywają się z krzesełek, podbiegają to krat i krzycząąąąąą@%#@%@$, wrzeszcząąąąąąą$%#^%^%@#  YOU GOOO BOY!!! SHOW THEMMMMM!! YEAHHH YOU GOT IT!!!! GOOOD JOBBBB!!! MOM IS SOOOOOOOOOOOOOO PROUD!! YEAHH THATS MY BOYYYY!!
......
A kiedy dziecko straci piłkę, MatkaKibicka spuszcza z tonu, poprawia rozwichrzony włos i truptem wraca do swojego kręgu.
 I tak przez cały mecz.
W tym czasie AmericanDads stoją w rządku zaraz za trenerem, ręce założone na krzyż na piersiach...
i patrzą...
i analizują.....
i zero emocji.... 
na końcu tylko poklepią latorośl po ramieniu/plecach/głowie " GOOD JOB SON".
I byle do następnego meczu.



73/365
UWAGA: jak ktoś się panicznie boi pająków to radzę ominąć to zdjęcie..

A więc przybyło nam nowe zwierzątko.
Trochę z przymusu.
Wracam w czwartek z siłowni a Młode biegną i krzyczą : " Aniaaaa we have a surpriseee, you need to see it!!"
Parę razy już mnie tak wkręcali w oglądanie pająków, bo wiedzą, że nie przepadam i mają radochę jak uciekam.
Ale tym razem prowadzą mnie do living roomu, to myślę a może jakiś art project czy coś.
Kazali mi zamknąć oczy i idziemy... 
Podchodzimy do kominka i mówią "open your eyesss"
Otwieram oczy i wrzask!!
W takim dużym przezroczystym koszyku, na kominku zapiernicza w kółko pająk.
I to nie byle jaki.
Obrzydliwy, wielki jak pół ręki, z obrzydliwymi nogami, obrzydliwym tułowiem i obrzydliwie sobie biega dookoła.
Odkoczyłam na dwa metry i się pytam skąd to, jak to tu i jak długo ma tu zamiar zostać!??!!
Hostka tylko przewróciła oczami i powiedziała, że chciała go złapać jak sprzątała, bo myślała, ze to jeden ze sztucznych pająków Młodego.
Ale, że się zaczął ruszać to go hyc, bo takiego jeszcze nie widziała i chciała go zanieść do szkoły Młodych, żeby zapytać się co to za jeden.
Super...jeszcze tu będzie nocował!
A w nocy pewnie przegryzie siatkę i ucieknie!
Poszłam do siebie do pokoju i obejrzałam wszystkie ściany i całą pogodą czy aby gad nie przyprowadził całej rodziny..
Siedzę, wzdrygam się, że fujj paskudztwo, ale po chwili myślę...kurczę..no takiego pająka to jeszcze nie widziałam..i pewnie nie będę miała okazji zobaczyć..szkoda by go nie obejrzeć.
I jednak ciekawość zwyciężyła.
Wzięłam telefon i poszłam do góry zrobić mu zdjęcie.
O kobietoo szalonoo!!
Podeszłam tak na metr, popatrzyłam, wyciągnęłam rękę, zoom na maxa  i pstryk.
Przepraszam za jakość, ale telefonem robione.
 


 
74/365
Dzień rozpoczęłam od krzyknięcia z dołu : PAJĄK UCIEKŁ CZY SIEDZI NADAL W KOSZYKU????
Nadal siedzi.
Więc poszłam się przywitać i obejrzeć gada, ale siedział bardzo wysuszony, przestraszony i zwinięty w kuleczkę.
A host jak się bał, hahaha cały salon obchodził z daleka.
Hostka stwierdziła, że po obejrzeniu zdjęć w necie jest prawie pewna, że jest to malutka tarantulka.
Uroczo.
Pamiętam, że dwa lata temu nawet ulotki u nas na wzgórzu wsiały, że jest sezon na tarantule i trzeba uważać.
Myślałam, że to żart.
A teraz chyba sama zacznę te plakaty rozwieszać..
Z przyjemniejszych rzeczy to zabrałam dziś moje małpiszony do ZOO w SanFrancisco.
Szybka rundka, oglądamy zwierzątka, przejazd ciuchcią, gift shop po magnesik i do domu.
Bo wieczorem wybrałam się do teatru.
Poszłam nakarmić moją musicalową rock'n'rollową duszę.
Od momentu kiedy zobaczyłam, że do SF przyjeżdża musical: The Jersey Boys, wiedziałam, że muszę na niego iść.
Dlaczego?
Bo opowiada on historię Frankie Valli & Four Seasons.
Więszości na pewno to nic nie mówi, więc już tłumaczę.
Jest to zespół, który był mega sensacją w latach 60tych i nagrał między innymi te przeboje:
np znana z Dirty Dancing: "Big Girls Don't Cry" http://www.youtube.com/watch?v=QzIcXZPtc18
albo na pewno znacie: http://www.youtube.com/watch?v=LcJm1pOswfM , którą swojego czasu śpiewał Frank Sinatra.
i kolejna: "Sherry" http://www.youtube.com/watch?v=AapxXRlsdwA

Jak już wcześniej wspomniałam mam bzika na punkcie muzyki z lat 50'-60' w stylu Elvis i spółka.
Przez trzy godziny tego rewelacyjnego musicalu ledwo mogłam usiedzieć na miejscu.
Znałam wszystkie piosenki i miałam ochotę wstać i zacząć tanczyć!
Spektakl był RE WE LA CYJ NY!!!
Mogłabym iść go obejrzeć jeszcze milion razy!
Kiedy kurtyna opadła zrobiło mi się dziwnie cicho i pusto.
Nagle wszyscy zaczęli dzwonić, gadać przez telefon, wyciągać ipady i PUFFF magia lat 60tych prysła.
Welcome back to 2013.
Mamoo jak ja bym chciała przenieść się w tamte czasy!
Mieć tak akurat 20 parę lat kiedy cały rock'n'roll się zaczynał.ahh!!





A na koniec jeszcze ciekawostka: na pewno kojarzycie aktora Joe Pesci - ochroniarza z Kevin sam w domu ? Miał on bardzo duży udział w tworzeniu zespołu.
No a tutaj świetny trailer musicalu:




75/365
Mówiłam, że polecę drugi raz?
Mówiłam!
I  poleciałam!
Dziś o 15.30 miałam drugi lot.
Tym razem kupiłam normalna, godzinną lekcję, na którą dostałam zniżkę po porzednim locie.
Post o tym już jest gotowy, ale najpierw dodaję ten dzisiejszy z 365 Project.
Powiem tylko tyle, że na ziemię wróciłam jeszcze bardziej zakochana w lataniu i w TopGunie.
Anka wariatka.
Jeśli jakimś cudem zostaną mi jeszcze jakieś dolary w portfelu na koniec pobytu tutaj, to idę na trzecią lekcję!





76/365
Ciężko było wrócić na ziemię.
Byłam na siebie trochę zła, że taki cykor ze mnie i nie zaprosiłam go na kawę czy dinner wczoraj.
Ale taka to już ze mnie AnkaCiapa.
Wolny Elektron.
Więc gdzie mi tam faceta gdzieś wyciągać.
Zresztą z czym do ludzi.
Taka Anka.
No nic.
Może w następnym wcieleniu.
Póki co dziś wybrałam się też trochę wyżej niż zazwyczaj.
Pojechałam z Jo na wzgórze Twin Peaks z którego widać całe SF i East Bay.
Pogoda była cudna!
Następnie zachciało nam się kawki i przejechałyśmy sobie mostem Golden Gate na drugą stronę, do Sausalito, o którym pisałam tutaj:  http://bliskodosanfrancisco.blogspot.com/2012/04/po-drugiej-stronie-mostu.html
I od tego czasu nic się tam nie zmieniło.
Dzień nam minął super leniwie, spokojnie i słonecznie.
Tego mi było trzeba po tych wszystkich lotnych, ulotnych przygodach.
A tu  jakaś taka Anka zasłania piękną panoramę San Francisco.

tu na murze leży leń, w chmurach buja cały dzień....
 

wtorek, 12 marca 2013

Give me wings to fly!


Mój lot był wczoraj i od tego czasu wpatruję się w zdjęcia, gdzie siedzę za sterami samolotu i nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ja go pilotowałam.
Skąd się wzięłam w tym samolocie nad SF?
Pierwsi rok temu polecieli tak moi znajomi.
Byli zachwyceni i z ich opowieści utknęło w pamięci: lecieliśmy nad San Francisco i nad Golden Gate.
Niemożliwe.
Ja też chcę.
Ale jak na złość nigdzie na Grouponach/ LivingSocial itp nie było promocji na ten lot.
Były w innych szkołach, po stronie East Bay, czyli nici z latania nad zatoką.
Jednak cierpliwość się opłaciła i w końcu pojawiłą sie oferta na tą właśnie szkołę.
I na lot nad miastem.
Kupiłam w sekundę.
50% off: 150$ zamiast 300$.
Teraz pozostało tylko czatowanie na dobrą pogodę.
Bo SF jest nieprzewidywalne.
Pogoda zmienia się tam co 10 minut.
A mgła zaskakuje w namniej spodziewanych momentach.
W końcu wyliczyłam pogodę, posprawdzałam na milionach stron i bach, umówiłam się: niedziela, 10 marzec, godz15.00.
Razem ze mną pojechała Patrycja, bo mogłam zabrać pasażera za 50$.
Dojechałyśmy na lotnisko, wchodzimy do biura i tylko mówię do Patrycji: oby instruktor był stary, bo jak przystojny to będzie rozpraszał...



I udało się. Wyszedł taki StarszyPanInstruktor.
Z uśmiechem, rzucił żarcik, dał do wypełnienia formularz.
Że lecę na własną odpowiedzialność....
Że śmierć...
Że jak samolot spadnie..
Że spadochron i takie tam.
"I teraz panią pilot zapraszamy do symulatora.."
Simulator Room wyglądał tak:





Ja jako pilot siedziałam po lewej stronie.
Wszystkie guziczki, pstryczki, dyndadełka działały tak samo jak w prawdziwym samolocie.



Na ekranach był widok dokładnie taki, nad jakim będę leciała.
Każdy pagórek, ulica, zatoka.
Jak już rozmościłam się na fotelu (musiałam siedzieć na poduszce, bo taki kurdupel jestem..) Instruktor  zaczął pokazywać wszystkie ikonki i mówić, która jest do czego, na co ja mam patrzeć i czego nie dotykać.
Wymiękłam dopiero jak kazał mi przeliczać na jakiej wyskości jesteśmy.
Po pierwsze primo: ja i matematyka- no nie za bardzo razem działamy.
A po drugie primo: gdzie mi tu w tych stopach, feetach mówi, jak ja z normlanego kraju jestem i mamy kilometry i metry.
Więc grzeczenie odpowiedziałam, że pardon, ale ja tego nie przeliczę, bo nie znam się na tych jednostkach.
Całkowicie zrozumiał.
Poopowiadał jeszcze trochę i mówi: no to teraz startujesz.



Najpierw pedałami krążenie po płycie lotniska, potem ustawienie się na środku do startu.
Moc na ful, kierownica do siebie i lecim.
Nawet na tym symulatorze robiło to wrażenie!
Instruktor cały czas mówił na co mam patrzeć, w jakim kierunku jecieć, i ile stopni skręcać.
Tempo tego lotu było oczywiście dokładnie takie samo jak tempo rzeczywistego lotu.
"Dolecieliśmy" do sztucznego SF, zakręciłam i  teraz lądowanie....i weź tu traf w taki malutki pas...
A on na dodatek siedzi i mówi: masz tak wylądować, żeby mi się martini nie wylało..
No i udało się.
W nagrodę dostałam kolejną planszę, tym razem lądowanie nocą.



Też się udało, ale było dużo trudniej.
Spytał się czy chce jeszcze raz, a ja OF COURSE!!
I wtedy zrobił niezły numer, bo włączył mi symulację lądowania na lotniskowcu.
A żeby bylo jeszcze śmieszniej puścił w tle muzykę z "Top Gun"....
Rewelacja!
No to lecę, lecę i nie doleciałam...
Konkretniej to nie wylądowałam.
Bo ten statek na symulatorze sie bujał, jakiś wiatr mi mocny włączył i jak przywaliłam w stojące na pokładzie inne samoloty to aż sie kurzyło!
Podróż zakończyłam w oceanie.
Czyli wodowanie również zaliczone.
I to był koniec zabawy na komputerach.
Teraz trzeba było tylko poczekać na naszą kolej na latanie.
Poleciałam do łazienki, wracam a tam stoi wysoki, napakowany, aczkolwiek przystojny, facet i patrzy się na mnie, wyciąga rękę i: "witamy Panią Pilot, to Ty będziesz dziś lecieć"
Moja szczęka była gdzieś na podłodze...
A mówiłam, że ma nie być fajny, bo sie nie skupię!!!!!!
I masz no!
I tak truptamy za TopGun'em jak te cielątka na płytę lotniska.
Wsiedliśmy do samochodu i podwiozł nas pod samolot, którym będziemy lecieć.
Po drodze gadka szmatka o pogodzie, o chmurkach, o słoneczku i że widoczność dziś cudowna.
Zanim wsiedliśmy do samolotu TopGun obszedł ze mną całą maszynę, mówił co i jak działa.
Że jak to skrzydełko tu, to wiatr tam a samolot w górę hop i inne prawa fizyki, że jakiś opór powietrza, że siła wznosi, wynosi....
...nie miałam pojęcia o czym mówił.




W końcu wpakował nas do samolotu.
Ciasne to maleństwo jak nie wiem co.



Tablica z guzikami, że się wyrażę: dużo mnie zaawansowania  technicznie, ale dzięki symulatorowi szybciutko zlokalizowałam najwazniejsze wskaźniki i gdzie mam patrzeć.




Zapieliśmy pasy, założyliśmy słuchawki, żeby się słyszeć, Pati z tyłu ściśnięta zaczęła się modlić i ruszyliśmy....
TopGun zaczął procedurę sprawdzania czy wszystko jest włączone, działa itp i zaczął nadawać do wieży, że uwaga Anka będzie lecieć i czy mamy pozowolenie na wjazd na pas.
Wszystko co on mówił  i ci na wieży słyszałam w swoich słuchawkach.
Na początku baaaardzo ciężko były zrozumieć co oni tam brzęczą przez te fale radiowe, ale po jakimś czasie już wyłapywałam najważniejsze info.
No i teraz Anko kołuj na tym lotnisku to startu!
Okazało się, że jest to sto razy łatwiejsze niż na symulatorze.
Jadę i jadę, Top Gun mnie chwali, że bardzo ładnie, a ja puchnę z dumy.
W końcu dojechaliśmy do pasa startowego, stoimy przodem i pada komenda: moc na full i do góryyyyyy!!!!!!


No to grzecznie moc dałam na full i tak jak na filmach: ciągnę kierownicę do siebie i nagle: LECĘ!!!
Autentycznie lecę!!!!
Podniosłam samolot do góry!!!
Sama.
On trzymał ręcę na dashboard.
Mówił mi tylko: wyrównaj, skręć 10stopni, dziób w dół, zmniejsz moc.
I potem zaczął nadawać do wieży, że wylecieliśmy, jaki mamy target itp.
A ja dalej lecę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


Wlecieliśmy na porządaną wysokość, wyrównaliśmy i miałam okazję się chwilę porozglądać.
Potem usłyszałam w słuchawkach, że mam skręcić 30 stopni.
30 stopni na kartce w zeszycie od geometrii nie wygląda groźnie, ale jak przechylasz samolot pod takim kątem to ma się wrażenie, że leci się pod kątem 90st i zaraz się wypadnie.
Rewelacja!!
Potem skręciłam tak jeszcze dwa razy.
Rewelacja!!
Pod nami był taki widok:




Tutaj Golden Gate Park. Większy od Central Parku.



I nasz cel: Golden Gate.
Pogoda była tak cudna, że było widać każdy najmniejszy detal.














I stało się to o czym marzyłam: przeleciałam sama nad Golden Gate Bridge.
Ja.
Nad najsłynniejszym mostem na świecie.
W tym czasie gdzieś tam na dole ludzie sobie spacerowali, patrzyli w górę i mówili: o zobacz, ktoś leci nad mostem.
A tym "ktosiem" byłam ja.
JA!!
Nie mogłam w to uwierzyć!





A TopGun w tym czasie siedział spokojnie obok, ładnie pachniał i  chwalił mnie za skręcanie i delikatne prowadzenie samolotu z wyczuciem.
Potem polecieliśmy jeszcze nad Oakland i wzdłuż East Bay kierując się w stronę lotniska.
Alcatraz z góry:


 Widok na całe SF:



 I na East Bay, autostradę i A's baseball field.






Zapomniałam jeszcze napisać, że jak startowałam to nade mną przeleciał wielki Boeing, a pode mną jakiś inny mały samolocik.
Szaleństwo!
No więc lecimy lądować.



TopGun melduje wieży, że CharlieAlfa ready to land i zniżamy się...
i zniżamy..
i zniża
        aa
           aaa
                aaaamy się.
I pyk.
Wylądowałam.
I to tak, że TopGun, aż krzyknął z wrażenia i klepnął mnie w ramię : WOW,AWESOME LANDING!!!!
GREAT!!! SO SMOOTH!!!
Potem on już przejął stery, gdyż musieliśmy uciekać z pasa, bo następni już lądowali i trzeba było szybko na nasze miejsce dojechać.
Kiedy wysiedliśmy z samolotu i wysiadłam na płytę lotniska zaczęłam skakać jak małe dziecko: I WANNA DO IT AGAIN!! I WANNA DO IT AGAIN!!!
Najchętniej nie wysiadałabym wcale.
Mogłabym tak jeszcze lecieeeeć i lecieććć.




TopGun ogarniał samolot a ja skakałam dookoła i zagadywałam go o różne lotnicze pierdoły, mówiąc co drugie słowo: awesome, amazing, beautiful i I wanna fly again.
Oczywiście wszystko okraszone moim wyszczerzonym, podjaranym uśmiechem po tym co się własnie wydarzyło.
Między innymi spytałam go ile już lata, kiedy i jak zaczął.
Wtedy odwrócił się do mnie, spojrzał i powiedział : "zacząłem dokładnie tak jak ty..." i uśmiechnął się w stylu widzę-jak-się-nakręciłaś-miałem- to-samo.
O mamoo.
Marry me!
Potem dodał, że właśnie po takiej jednej zwykłej lekcji tak się wkręcił, że zdał szybko licencję i teraz robi to co kocha, bo jego praca polega na lataniu.
Na koniec był uścisk dłoni, gratulacje za udany lot i pojechaliśmy z powrotem do biura.




Tam wypisał mi certyfikat poświadczający, że odbyłam swoją pierwszą lekcję i lot.
Do tego dostałam książeczkę, w którą wpisał dzisiejszy lot i jeśli np za 10 lat zamarzy mi się zrobienie licencji pilota to będzie mi się to liczyło do wylatanych  godzin.
Wow, wow i jeszcze raz wow.





Kiedy opuściłyśmy już lotnisko wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się przed chwilą stało.
Jedyne co powtarzałam w kółko to: O JAAAAA, O JAAAAAA, O JAAA.
Wytrzeszcz miałam taki, że aż mnie czoło bolało.
A podeksytowana byłam tak bardzo, że w nocy nie mogłam zasnąć.
Udało mi się dopiero po 2.00.
I oglądam te zdjęcia i dalej nie wierzę.
TO było najcudowniejsze uczucie na świecie.
A najbardziej zdzwiło mnie to, że w momencie w którym wsiadłam do tego samolotu, niesamowicie się wyciszyłam.
Nie miałam ani ściśniętego żołądka, ani ręce mi się nie trzęsły, nic!
Byłam oazą spokoju.
Ani przez sekundę się nie zestresowałam.
Zadziwiłam samą siebie.
Jestem pewna, że nie był to mój ostatni lot.
Licencja pilota jest oczywiściem poza zasięgiem zarówno finansowym, jak i fizyczno-matematycznym, bo mój humanistyczny mózg raczej tego nie ogarnie..
Ale na pewno kiedyś jeszcze polecę!


"Ladies and Gentlemen, this is your Captain Anna speaking and on behalf of all of us at PannaAnna Airlines we'd like to thank you for flying with us today. I hope you enjoyed your flight."


                              Widzicie ten uśmiech? Tak wygląda najszczęśliwsza osoba na świecie :D