Wycieczkę po Chicago rozpoczęłam troszkę niechronologicznie, bo od SkyDeck, który odwiedziłam drugiego dnia.
Ale jakoś tak mnie wena naszła, żeby zacząć z dużej wysokości.
Dziś spadamy na ziemię i zaczynamy od początku.
W Chicago wylądowałam z prawie godzinnym opóźnieniem spowodowanym Latającym Barakiem Obamy czyli Air Force One, który to akurat lądował/krążył/czy poprostu stał na lotnisku SF i trzeba było wstrzymać dla niego ruch.
Tak więc dotarłam do Chicago ok 14 i do czasu kiedy miałam się spotkać z Natalią miałam 6 godz.
Z lotniska jedzie jedna linia prosto do centrum, kupiłam więc 3 dniowy unlimited rides bilet i uzbrojona w walizkę po 4 godzinach snu (bo lot miałam o 7 rano...) ruszyłam do centrum.
Kiedy wyjechałam ruchomymi schodami na powierzchnie nie mogłam lepiej trafić:
Tak, bez wątpienia jestem w Chicago!
Ponieważ na pójście do jakiegokolwiek muzeum było już za późno postanowiłam odszukać słynną fasolkę w Millenium Park.
Zanim tam dotarłam trafiłam do Visitor Center w nadziei, że mogę tam zostawić walizkę i chodzić dalej bez niej.
Niestety....
Okazało się, że nigdzie w centrum nie ma szafek na bagaże...
Więc wzięłam mapki i ciągnąc tą swoją kulę u nogi poszłam do fasolki.
Owa fasolka jest cudna!
NIe mogłam przestać się na nią gapić.
Ma taki opływowy kształt, że ma się ochotę ją pogłaskać, złapać i jak nikt nie widzi schować do kieszeni...
Dodatkowo wszystko się w niej odbija.
Niebo, ludzie, słońce i cała panorama Chciago za nią.
Obeszłam ją chyba z 5 razy z każdej strony, po czym usiadłam i po prostu się patrzyłam.
Find Wally: :)
A tu wklęsłe wnętrze:
I wersja retro :)
No więc co to jest ta fasola?
Fasola vel The Bean, a oficjalnie Cloud Gate.
Rzeźba została stworzona przez brytyjskiego artystę Anish Kapoor'a.
Ma wymiary 20x10m ,waży 110 ton i pokryta jest płatami stali, które dokładnie
wypolerowano, dlatego jej powierzchnia jest równa i wydaje się
jednolita.
Wszystko było polerowane już na miejscu, ponieważ była
ona zbyt ciężka, żeby zrobić to gdzieś indziej i przenieść w docelowe
miejsce w całości.
Inspiracją dla kształtu była płynna rtęć.
A skąd nazwa Cloud Gate?
"Chciałem w Parku Milenijnym stworzyć coś, co stanowiłoby
połączenie z niebem. W tym przypadku możemy zobaczyć przepływające
chmury i te bardzo wysokie budynki, które odbijają się w tej pracy. A
także jako, że jest to forma wrót – uczestników, oglądających. Mają oni
możliwość by bardzo głęboko wejść w to, w taki sam sposób, jak
odbijające się części miasta. Niesamowity efekt wizualny czeka na
odwiedzających to miejsce, kiedy staną „pod” Fasolką. Odbijają się wtedy
w jej wielowymiarowym wnętrzu." AK.
To cudo obejrzałam dwa razy, raz w ciągu dnia a potem by night.
Bo nocą wszystko wygląda piękniej i magiczniej.
I nie mylilam się:
Po napatrzeniu się na fasolkę pojechałam na Navy Pier.
Kolejną atrakcję Chciago.
Pier, czyli nabrzeże/molo.
Ale Pier'y w USA wyglądają trochę inaczej niż molo w Sopocie.
Tutaj są to betonowe mega "wybiegi" na których są duże wesołe miasteczka, budynki, wielopiętrowe parkingii normalna droga.
Jako, że pogoda sprzyjała to ciągnąc moją walizkę za sobą przeszłam całe molo, po 1km w każdą stronę i podziwiałam jezioro Michigan i panoramę Chicago.
Teatr Szekspirowski:
Człowiek z walizką.
Ona tylko wygląda na wielką.
To malutki bagaż podręczny...
Chociaż po przejsciu z nią 2 km miałam wrażenie, że mam tam co najmniej 10 kg cegieł.
Po caaaałym dniu chodzenia miałam każda betonowa ławka wydawała się wyłożona mięciutkimi poduszkami...
cdn..
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chicago. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chicago. Pokaż wszystkie posty
piątek, 19 kwietnia 2013
środa, 17 kwietnia 2013
412 m ponad chodnikami. Chicago cz 1.
Najwyższa pora odwiedzić Chicago.
Wybrałam się tam w czasie narzuconego urlopu tzn hości pojechali sobie na Hawaje i kazali mi w tym czasie wykorzystać resztę moich wolnych dni.
W sumie 5 dni plus dwa weekendy.
Czemu akurat do Chicago?
Głównie dlatego, że do Waszyngtonu były za drogie bilety :P
Marzyło mi się DC i White House, ale finansowo nie dałabym rady.
Więc czaiłam się na jakieś lotnicze promocje i tak padło na "Czikagowo".
Robili wyprzedaż, bo tydzień wcześniej skończył sie tam spring break i musieli jakoś zapełnić samoloty.
Kiedy bookowałam bilety, ich cena wynosiła 279$, ale za długo klikałam i w momencie kiedy na 100% zdecydowałam się, że jadę podkoczyły już do 300$...
Nauczka na przyszłość.
Do tego przez bloga skontaktowała się ze mną Natalia, która tam mieszka i przygarnęła mnie pod swój dach na te cztery dni.
Nie żałuję, że tam pojechałam, bo miasto bardzo mi się spodobało.
Oczywiście w życiu nie zamieniłabym SF na Chicago.
Ale ma to COŚ.
Kto był w San Fran, wie, że jest tu uroczo, tak przytulnie, jedna główna ulica plus wąskie boczne, parę wieżowców, ale w większości to małe urokliwe domeczki, a Chicago to porządne amerykańskie miasto.
Kilkadziesiąt wielkich wieżowców, mega ulice, mega ruch, wszystko biegnie.
A wycieczkę po tym mieście zacznę z lotu ptaka.
Z najwyższego niegdyś budynku na świecie.
Obecnie nr 8, ale wciąż nr 1 w Ameryce.
Nazywa się Willis Tower, ale większość pewnie zna go pod nazwą Sears Tower.
Inna nazwa wynika po prostu ze zmiany właściciela budynku.
Wieżowiec ma wysokość 442 metrów.
Dla porównania Pałac Kultury i Nauki w Warszawie ma 237m (z anteną).
Inspiracją jego powstania była paczka papierosów, które architekt budynku powysuwał na różną wysokość,
I tak mamy 9 idealnych kwadratów 22mx22m.
Willis Tower jest drugim budynkiem w USA, zaraz po Pentagonie z największą liczbą biur i pomieszczeń.
W końcu jest co upchnąć na 108 piętrach!
Ale my staniemy ciut niżej: na 103 piętrze i wjedziemy tam jednymi z najszybszych wind na świecie.
Tam znajduje się nawyżej położona toaleta na zachodniej półkuli..
Ok, to też, ale główną atrakcją nie jest WC a Skydeck.
Skydeck to taras widokowy otwarty dla publiczności w 1974 na wysokości 412m, do którego w 2009 roku dołączyła obecnie największa atrakcja Chicago: cztery balkoniki wykonane z przeźroczystego szkła, które wystają ze ścian wieżowca na odległość 1,3 m.
Jeżeli ktoś ma lęk wysokości to zdecydowanie nie polecam.
Ja lęku nie mam, więc wlazłam z marszu.
SUPER SUPER SUPER!!
Świetne uczucie.
Jakby się latało w powietrzu.
Więc sobie siadałam, leżałam, opierałam się i podziwiałam widoki.
Czy się stoi, czy się leży, coś od życia się należy :D
AAAA zaraz spadnęęęę !!!
ŻARTOWAŁAM!! Jest super!
W siną dal...w siną dall.....
Miałam szczeście, ponieważ byłam tam w piątek, zaraz po otwarciu, więc spokojnie można było nacieszyć się każdym balkonikiem.
I było dość czasu na głupie zdjęcia...
A tu się oprę...
Zdjęcie stóp musi być..
Informacje praktyczne
Cena: 18$
Godz otwarcia: kwiecień-wrzesień 9.00-22.00
październik-marzec 10.00-20.00
Otwarte 365 dni w roku
Podobno czas stania w kolejce, żeby tam wjechać może wynieść nawet 1,5h...
Mi się udało i weszłam z marszu, w kolejce stałam może 2 minuty.
Ale to był piątek, w normalny szkolny dzień i godz 9.20
Wybrałam się tam w czasie narzuconego urlopu tzn hości pojechali sobie na Hawaje i kazali mi w tym czasie wykorzystać resztę moich wolnych dni.
W sumie 5 dni plus dwa weekendy.
Czemu akurat do Chicago?
Głównie dlatego, że do Waszyngtonu były za drogie bilety :P
Marzyło mi się DC i White House, ale finansowo nie dałabym rady.
Więc czaiłam się na jakieś lotnicze promocje i tak padło na "Czikagowo".
Robili wyprzedaż, bo tydzień wcześniej skończył sie tam spring break i musieli jakoś zapełnić samoloty.
Kiedy bookowałam bilety, ich cena wynosiła 279$, ale za długo klikałam i w momencie kiedy na 100% zdecydowałam się, że jadę podkoczyły już do 300$...
Nauczka na przyszłość.
Do tego przez bloga skontaktowała się ze mną Natalia, która tam mieszka i przygarnęła mnie pod swój dach na te cztery dni.
Nie żałuję, że tam pojechałam, bo miasto bardzo mi się spodobało.
Oczywiście w życiu nie zamieniłabym SF na Chicago.
Ale ma to COŚ.
Kto był w San Fran, wie, że jest tu uroczo, tak przytulnie, jedna główna ulica plus wąskie boczne, parę wieżowców, ale w większości to małe urokliwe domeczki, a Chicago to porządne amerykańskie miasto.
Kilkadziesiąt wielkich wieżowców, mega ulice, mega ruch, wszystko biegnie.
A wycieczkę po tym mieście zacznę z lotu ptaka.
Z najwyższego niegdyś budynku na świecie.
Obecnie nr 8, ale wciąż nr 1 w Ameryce.
Nazywa się Willis Tower, ale większość pewnie zna go pod nazwą Sears Tower.
Inna nazwa wynika po prostu ze zmiany właściciela budynku.
Wieżowiec ma wysokość 442 metrów.
Dla porównania Pałac Kultury i Nauki w Warszawie ma 237m (z anteną).
Inspiracją jego powstania była paczka papierosów, które architekt budynku powysuwał na różną wysokość,
I tak mamy 9 idealnych kwadratów 22mx22m.
Willis Tower jest drugim budynkiem w USA, zaraz po Pentagonie z największą liczbą biur i pomieszczeń.
W końcu jest co upchnąć na 108 piętrach!
Ale my staniemy ciut niżej: na 103 piętrze i wjedziemy tam jednymi z najszybszych wind na świecie.
Tam znajduje się nawyżej położona toaleta na zachodniej półkuli..
Ok, to też, ale główną atrakcją nie jest WC a Skydeck.
Skydeck to taras widokowy otwarty dla publiczności w 1974 na wysokości 412m, do którego w 2009 roku dołączyła obecnie największa atrakcja Chicago: cztery balkoniki wykonane z przeźroczystego szkła, które wystają ze ścian wieżowca na odległość 1,3 m.
Jeżeli ktoś ma lęk wysokości to zdecydowanie nie polecam.
Ja lęku nie mam, więc wlazłam z marszu.
SUPER SUPER SUPER!!
Świetne uczucie.
Jakby się latało w powietrzu.
Więc sobie siadałam, leżałam, opierałam się i podziwiałam widoki.
Czy się stoi, czy się leży, coś od życia się należy :D
AAAA zaraz spadnęęęę !!!
ŻARTOWAŁAM!! Jest super!
W siną dal...w siną dall.....
Miałam szczeście, ponieważ byłam tam w piątek, zaraz po otwarciu, więc spokojnie można było nacieszyć się każdym balkonikiem.
I było dość czasu na głupie zdjęcia...
A tu się oprę...
Zdjęcie stóp musi być..
Informacje praktyczne
Cena: 18$
Godz otwarcia: kwiecień-wrzesień 9.00-22.00
październik-marzec 10.00-20.00
Otwarte 365 dni w roku
Podobno czas stania w kolejce, żeby tam wjechać może wynieść nawet 1,5h...
Mi się udało i weszłam z marszu, w kolejce stałam może 2 minuty.
Ale to był piątek, w normalny szkolny dzień i godz 9.20
wtorek, 9 kwietnia 2013
Urlop. Week 14. 365 Project.
Ciszy i spokoju ciąg dalszy.
Ale tylko przez trzy dni, bo potem się zapakowałam i pojechałam na długo wyczekiwany wyjazd od Chicago.
O samym mieście napiszę kilka osobnych postów, bo zrobiłam tam mnóstwo rzeczy i wszystkie warte odwiedzenia.
A teraz skrót tygodnia.
91/365
Leniwy poniedziałek,
Wyspałam się za wszystkie czasy.
Potem wyciągnęłam maszynę do szycia, bo znajoma poprosiła mnie, żebym zwężyła marynarkę i kamizelkę dla jej synka na pierwszą komunię.
Więc bawiłam się w rozcinanie poszewki, zaznaczanie, obszywanie i odpędzanie kota, który uważał łapanie kręcącej się szpulki nitki za bardzo zabawane.
Wszystko wyszło elegancko, nawet lepiej niż myślałam.
Potem skróciłam sobie jeszcze jeansy, bo nóżki krótkie jak u kaczuszki i wszystkie spodnie mam zawsze za długie.
I tak mi dzień zleciał.
Wieczorem pojechałam zjeść sobie chińszyznę, kupiłam litrowe lody i chlipałam do jakiegoś romansidła w TV.
Pełen chilllll out.
92/365
Dziś zabrałam się za sprzątanie pokoju.
Takie porządne porządne, bo nastepnego dnia miała przyjść ekipa remontowa i w końcu naprawić tą przeciekającą dziurę w suficie.
Wywlokłam wszystkie graty z pod łóżka do drugiego pokoju i musiałam niestety ściągnąć moją dwuletnią dekorację ze ścian.
Odlepiałam zdjęcie po zdjęciu.
Przy każdym głupkowato się śmiałam, bo przypomniała mi się jakaś historia z nim związana.
I tak jedno....za drugim...
Każde z nich pokazywało mi jak bardzo się tu zmieniłam, nie tylko fizycznie ( tak, tu się tyje od amerykańskiego powietrza i tego się będę trzymać! o ! :) ) ale i psychicznie.
Ile zobaczyłam!
Ile super rzeczy zrobiłam!
I na końcu kiedy już wszystko oderwałam to zrobiło się dziwnie pusto.
Pokój zrobił się taki zimniejszym, już taki "nie mój".
Chyba można uznać, że etap zwijania się do domu oficjalnie rozpoczęłam...
93/365
W czwartek z samego rana miałam samolot a ponieważ z East Bay o tej porze ciężko się wydostać czymś innym niż taxi lub samochód, to pojechałam w środę do Patrycji do SF, żeby u niej przenocować i potem mieć bliżej do lotniska.
Pata pracowała a ja skorzystałam z karty jej hostów do California Academy of Science i przeszłam się zobaczyć jeszcze raz wszystko na spokojnie.
Raz byłam tam z dzieciakami, ale wiadomo jak wygląda takie zwiedzanie :]
Największą atrakcją tego muzeum jest aligator albinos Claude.
Claude przyjechał do Californii z Florydy gdzie większość jego białych kolegów zostaje natychmiast zjedzona.
Bo jak się domyślacie biały, rzucający się w oczy kolor, nie jest zbyt bezpieczny w dżungli i wręcz krzyczy ZJEDZ MNIE.
A tak albino leży sobie godzinami bezpiecznie w swoim prywatnym bagienku i jeszcze mu za to płacą :)
94/365
Chicagooooo.
Ku mojemu zaskoczeniu powitało mnie piękną pogodą.
Do miasta pojechałam prosto z lotniska i chodziłam po centrum przez 6godz, bo Natalia, u której spałam pracowała do 20.00.
Cały dzień przechodziłam ciągnąc za sobą swoją walizkę, co jak się domyślacie nie było zbyt wygodne.
Pytałam się w milionie miejsc czy jest gdzieś w centrum przechowalnia bagażu, ale każdy kręcił przecząco głową.
Więc ja i moja walizka turlałyśmy się po mieście.
Oczywiście natychmiast gdy wysiadałam pojechałam do Millenium Park, w którym znajduje się fasolka vel Cloud Gate.
Znajdziecie mnie w odbiciu?
Takie małe, w różowym polarku z zieloną walizką u boku.
95/365
Chicago day 2.
Słońce w pełni, więc wykorzystałam to na zwiedzenie miasta.
Z samego rana "wdrapałam się" na niegdyś najwyższy budynek na świecie: Sears Tower- dziś nazywane Willis Tower.
Cel: Skydeck, czyli cztery balkoniki zbudowane z przeźroczystego szkła na wyskości 413 m.
Dla porównania: taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki jest na wys114 m.
Widok z wieży-rewelacja!
Wejście na ten balkon- bezcenne!
Jeśli ktoś ma choć trochę lęk wysokości to nie polecam.
Ja się tam kładłam, siadałam i skakałam.
To takie czarne tam co się opiera o scianę to ja.
96/365
Cały dzisiejszy dzień spędziłam w Museum of Science & Industry.
Poszłam tam ze względu na jedną wyjątkową wystawę pt Animal Inside Out, której autorem jest Gunther von Hagens.
Jest to bardzo kontrowersyjny anatom/lekarz/artysta, który opracował nowatorską metodę preparowania ludzkich zwłok nazwaną plastynacją.
Tą metodą "konserwuje" zwłoki, pokazując nasze wnętrzości, mięsnie i kości, a potem przedstawia je na wystawach.
Jak łatwo się domyślić towarzyszą temu wielkieeee kontrowersje.
Ja uważam, że nie ma w tym nic złego, jest to wyjątkowe pokazanie ludzkiego ciała, zajrzenie do jego wnętrza i gdybym kiedyś mogła oddać swoje cielsko w takim (lub badawczym/lub przeszczepowym) celu, to bardzo chętnie to zrobię, o czym wie moja rodzina.
W końcu mi będzie to i tak obojętne :P
Czaiłam się na jego poprzednie dzieło- Body Worlds już jakiś czas, ale zawsze mi gdzieś uciekała, więc baaaardzo sie ucieszyłam, że akurat w Chicago otworzyli jego drugą wystawę- tym razem ze zwierzakami w roli głównej.
W środku nie można było robić zdjęć, więc pozostało mi uwiecznienie wejścia.
Struś pozbawiony skóry wyglądał dokładnie tak jak ten na plakacie.
Spędziłam tam ponad godzinę, oglądając mięsień po mięsniu, żyłkę po żyłce wszystkich zwierzaków tam wystawionych.
Więcej o tym napiszę potem.
I jakkolwiek dziwnie by to teraz zabrzmiało: wystawa była świetna, unikatowa i wyszłam zachwycona.
97/365
Ostatni dzień w Chicago.
Ale tylko przez trzy dni, bo potem się zapakowałam i pojechałam na długo wyczekiwany wyjazd od Chicago.
O samym mieście napiszę kilka osobnych postów, bo zrobiłam tam mnóstwo rzeczy i wszystkie warte odwiedzenia.
A teraz skrót tygodnia.
91/365
Leniwy poniedziałek,
Wyspałam się za wszystkie czasy.
Potem wyciągnęłam maszynę do szycia, bo znajoma poprosiła mnie, żebym zwężyła marynarkę i kamizelkę dla jej synka na pierwszą komunię.
Więc bawiłam się w rozcinanie poszewki, zaznaczanie, obszywanie i odpędzanie kota, który uważał łapanie kręcącej się szpulki nitki za bardzo zabawane.
Wszystko wyszło elegancko, nawet lepiej niż myślałam.
Potem skróciłam sobie jeszcze jeansy, bo nóżki krótkie jak u kaczuszki i wszystkie spodnie mam zawsze za długie.
I tak mi dzień zleciał.
Wieczorem pojechałam zjeść sobie chińszyznę, kupiłam litrowe lody i chlipałam do jakiegoś romansidła w TV.
Pełen chilllll out.
92/365
Dziś zabrałam się za sprzątanie pokoju.
Takie porządne porządne, bo nastepnego dnia miała przyjść ekipa remontowa i w końcu naprawić tą przeciekającą dziurę w suficie.
Wywlokłam wszystkie graty z pod łóżka do drugiego pokoju i musiałam niestety ściągnąć moją dwuletnią dekorację ze ścian.
Odlepiałam zdjęcie po zdjęciu.
Przy każdym głupkowato się śmiałam, bo przypomniała mi się jakaś historia z nim związana.
I tak jedno....za drugim...
Każde z nich pokazywało mi jak bardzo się tu zmieniłam, nie tylko fizycznie ( tak, tu się tyje od amerykańskiego powietrza i tego się będę trzymać! o ! :) ) ale i psychicznie.
Ile zobaczyłam!
Ile super rzeczy zrobiłam!
I na końcu kiedy już wszystko oderwałam to zrobiło się dziwnie pusto.
Pokój zrobił się taki zimniejszym, już taki "nie mój".
Chyba można uznać, że etap zwijania się do domu oficjalnie rozpoczęłam...
93/365
W czwartek z samego rana miałam samolot a ponieważ z East Bay o tej porze ciężko się wydostać czymś innym niż taxi lub samochód, to pojechałam w środę do Patrycji do SF, żeby u niej przenocować i potem mieć bliżej do lotniska.
Pata pracowała a ja skorzystałam z karty jej hostów do California Academy of Science i przeszłam się zobaczyć jeszcze raz wszystko na spokojnie.
Raz byłam tam z dzieciakami, ale wiadomo jak wygląda takie zwiedzanie :]
Największą atrakcją tego muzeum jest aligator albinos Claude.
Claude przyjechał do Californii z Florydy gdzie większość jego białych kolegów zostaje natychmiast zjedzona.
Bo jak się domyślacie biały, rzucający się w oczy kolor, nie jest zbyt bezpieczny w dżungli i wręcz krzyczy ZJEDZ MNIE.
A tak albino leży sobie godzinami bezpiecznie w swoim prywatnym bagienku i jeszcze mu za to płacą :)
94/365
Chicagooooo.
Ku mojemu zaskoczeniu powitało mnie piękną pogodą.
Do miasta pojechałam prosto z lotniska i chodziłam po centrum przez 6godz, bo Natalia, u której spałam pracowała do 20.00.
Cały dzień przechodziłam ciągnąc za sobą swoją walizkę, co jak się domyślacie nie było zbyt wygodne.
Pytałam się w milionie miejsc czy jest gdzieś w centrum przechowalnia bagażu, ale każdy kręcił przecząco głową.
Więc ja i moja walizka turlałyśmy się po mieście.
Oczywiście natychmiast gdy wysiadałam pojechałam do Millenium Park, w którym znajduje się fasolka vel Cloud Gate.
Znajdziecie mnie w odbiciu?
Takie małe, w różowym polarku z zieloną walizką u boku.
95/365
Chicago day 2.
Słońce w pełni, więc wykorzystałam to na zwiedzenie miasta.
Z samego rana "wdrapałam się" na niegdyś najwyższy budynek na świecie: Sears Tower- dziś nazywane Willis Tower.
Cel: Skydeck, czyli cztery balkoniki zbudowane z przeźroczystego szkła na wyskości 413 m.
Dla porównania: taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki jest na wys114 m.
Widok z wieży-rewelacja!
Wejście na ten balkon- bezcenne!
Jeśli ktoś ma choć trochę lęk wysokości to nie polecam.
Ja się tam kładłam, siadałam i skakałam.
To takie czarne tam co się opiera o scianę to ja.
96/365
Cały dzisiejszy dzień spędziłam w Museum of Science & Industry.
Poszłam tam ze względu na jedną wyjątkową wystawę pt Animal Inside Out, której autorem jest Gunther von Hagens.
Jest to bardzo kontrowersyjny anatom/lekarz/artysta, który opracował nowatorską metodę preparowania ludzkich zwłok nazwaną plastynacją.
Tą metodą "konserwuje" zwłoki, pokazując nasze wnętrzości, mięsnie i kości, a potem przedstawia je na wystawach.
Jak łatwo się domyślić towarzyszą temu wielkieeee kontrowersje.
Ja uważam, że nie ma w tym nic złego, jest to wyjątkowe pokazanie ludzkiego ciała, zajrzenie do jego wnętrza i gdybym kiedyś mogła oddać swoje cielsko w takim (lub badawczym/lub przeszczepowym) celu, to bardzo chętnie to zrobię, o czym wie moja rodzina.
W końcu mi będzie to i tak obojętne :P
Czaiłam się na jego poprzednie dzieło- Body Worlds już jakiś czas, ale zawsze mi gdzieś uciekała, więc baaaardzo sie ucieszyłam, że akurat w Chicago otworzyli jego drugą wystawę- tym razem ze zwierzakami w roli głównej.
W środku nie można było robić zdjęć, więc pozostało mi uwiecznienie wejścia.
Struś pozbawiony skóry wyglądał dokładnie tak jak ten na plakacie.
Spędziłam tam ponad godzinę, oglądając mięsień po mięsniu, żyłkę po żyłce wszystkich zwierzaków tam wystawionych.
Więcej o tym napiszę potem.
I jakkolwiek dziwnie by to teraz zabrzmiało: wystawa była świetna, unikatowa i wyszłam zachwycona.
97/365
Ostatni dzień w Chicago.
Poszłam dziś do Field Museum,w którym znajduje się największy i prawie w całości zachowany szkielet tyranozaura pieszczotliwie nazwanego Sue.
Więcej o Sue i innych dinozaurach również napiszę w osobnym poście.
Cały dzień znowu przechodziłam sama z walizką i mapą w garści.
A jak nie z mapą to z Googlemaps w telefoni.
I tak wieczorem, wymęczona po 4 dniach chodzenia po 8-9 h po mieście, pojechałam na lotnisko i marzyłam tylko o swoim ciepłym kalifornijskim łóżku.
Mimo, iż było wietrznie i momentami baardzo zimno, to muszę powiedzieć, że Chicago bardzo mi się spodobało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

