Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja USA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2012

Gramatyka. Challenge accepted.

Nareszcie zaczęłam kolejne zajęcia na UCBerkeley.
Przez 12 najbliżych śród będę jeździć do SF na bardzo mądrze brzmiący kurs:              
Grammar, Mechanics and Usage for Editors.
Cóż to takiego?
Jest to pierwszy z czterech etapów by zostać edytorem tekstów.
Na tym kursie uczą poprawiać teksty w języku angielskim, wyszukiwać wszelkie możliwe błędy i jak używać znaków korektorskich.
Kobitka, która tego uczy wygląda jak Sybilla z Harrego Pottera:


GRAMMAR, GRAMMAR EVERYWHERE!!!!

A to czego uczy to istna czarna magia.
Na dzień dobry trzeba było wypełnić ankietę z pytaniami typu: kiedy ostatni raz uczyłeś się gramatyki i budowy zdań etc, dlaczego chcesz być na tym kursie, czy miałeś już styczność z edytowaniem tekstu i co  w gramatyce sprawia ci największe problemy.
Następnie rozdała nam milion kartek z zasadami obowiązującymi na kursie oraz rozpiskę tego, czego będziemy sie uczyć.
Od razu  z Patrycją zauważyłyśmy, że wg. rozkładu dziś ma być test sprawdzający naszą wiedzę.....
I był.
Kiedy dostałyśmy kartki z zadaniami, wyglądałyśmy mniej więcej o tak:



Zadanie pierwsze: ok 40 zdan do poprawienia.
Interpunkcja, gramatyka, szyk zdania, literówki.
Haczyk: tylko dwa zdania są dobre.
Czytam, czytam, naczytuję, obczytuję.
Houston mamy problem... bo w sumie to 3/4 zdań wygląda dobrze.
Patrzę na Patrycję.
Czyta, czyta, naczytuje, obczytuje, stęka.
Znaczy, że ma ten sam problem.
Natrzaskałam przecinków, cudzysłowów, znaczków, gwiazdeczek, półksiężyców ile się da
i dalej: kolejne zadanie.
Dwadzieścia słów. Zaznaczyć literówki.
To myślę: o, łatwe będzie, bo dobra jestem w literki .
Czytam, czytam, naczytuję, obczytuję.
I nie jestem pewna, czy niektóre wyrazy są w ogóle po angielsku....
Zaznaczyłam ufając mojej ortograficznej, językowej intuicji.
Patrzę na Patrycję.
Czyta, czyta, naczytuje, obczytuje, stęka.
I zakreśla jak szalona co drugie słowo.
Jak liczby w totka.
Na ślepo.
Ok, zadanie trzecie.
Poprawić kolejne 15 zdań.
Niektóre są dobrze, niektóre są źle, a niektóre są @$%%#^#&^$#@.
Patrzę na Patrycję.
Czyta, czyta, naczytuje, obczytuje, stęka.
A może to tylko ja tak głośno stękam?


W trakcie naszej intelektualnej katorgi zostaliśmy poinformowani, że mamy jeszcze napisać esej, dlaczego chcemy się uczyć akurat na tym kursie.
Ochh dużo jak na pierwsze zajęcia....
Kto skończył mógł wyjść wcześniej.
Zgadnijcie kto się zerwał pierwszy.
Tak.
Dobrze zgadliście.

Oczywiście wyszłyśmy załamane.
Sybilla załamie się jeszcze bardziej od nas, gdy zacznie czytać nasze prace.
Wstyd tym większy, że na samym początku powiedziała, iż nie jest to kurs ESL (English as a Second Language) i trzeba być very very good at grammar.



Po jej zajęciach zdecydowanie cofnęłam się do etapu: me start grammar english learn.
Będzie bardzo ciężko.
Babka jest wymagająca, materiał trudny nawet dla amerykanów, a co dopiero dla obcokrajowców.
Ale kto nie da rady - ja? JA?!
Challenge accepted.





Jeszcze informacja pod au pairskim kątem: kurs daje mi 30h lub 2 kredyty.
Kosztował 600$, czyli i tak stówkę dopłaciłam.
Jak uda mi się w miarę przyzwoicie przejść ten kurs, to w następnym semestrze pójdę na kolejny poziom wtajemniczenia edytorskiego :)

Koniec na dziś. Kropka.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Naukowo.

Człowiek uczy się przez całe życie, a au pair musi się jeszcze uczyć tak, żeby uzbierać odpowiednią ilość unitów.
I znowu wyjdzie biznesowa opowieść, bo rzecz będzie o edukacji.

Jako au pair w ciagu naszego rocznego pobytu w USA musimy chodzić na kursy. 
Możemy się zapisać na uniwersytet, do college'u lub do adult school.  Jednak nie mogą to być kursy on-line lub w stylu jogi,nauki pływania itp.
Najważniejsze są tzw kredyty lub unity. 
Musimy ich zrobić ok 6 w zależności od agencji. Niektóre zgadzają się też na wyrobienie odpowiedniej ilości godzin zamiast kredytów.
Rodzina, u której jesteśmy musi nam dać 500$.
I tu jest haczyk.
Haczyk wygląda tak, że to 500 nie wystarcza. 
Owszem są kursy po np. 40 $, ale są organizowane przez jakieś instytucje, o których już w sąsiednich miastach nikt nie słyszał :]
Wiadomo, że wypadałoby zrobić coś, co nam się naprawdę przyda, gdzie czegoś nas nauczą i jeszcze będzie się przepięknie prezentowało w CV.
I tu mamy wspomniany haczyk.
np ja znalazłam zajęcia dla siebie w dość dobrym i znanym college'u za 3 unity. 
1 unit kosztuje 200$ więc całość kosztuje-600$ za jeden kurs, który trwa 2 miesiące. 
Te 500$ od hostów dostajemy raz na cały rok więc łatwo zauważyć, że musimy sporo dołożyć do interesu. Jakieś 700$ gdybym chciała powtórzyć tę przyjemność :] A będę musiała.

Więc ja zrobiłam jeszcze coś innego. 
Stwierdziłam, że jak coś już robić to porządnie i zapisałam się na zajęcia na University of California, Berkeley.


A konkretniej na UC Berkeley Extension co jest amerykańskim odpowiednikiem studiów podyplomowych/wieczorowych.
Zwłaszcza z tymi programami nuklearnymi :P
Jednak bomby atomowe będą musiały trochę poczekać, bo z miliona kursów,  które koniecznie chciałabym zrobić jako przyszła pani nadredaktor lub cudwydawca, wybrałam na początek Academic Writting za 500$ za 2 unity. 
Mam już upatrzone dwa cudne kursy: Editorial Workshop I: Introduction to Copyediting oraz Grammar, Mechanics, and Usage for Editors. 
Jednak można się na tam zapisać tylko z super biegłą znajomością angielskiego. 
Mój angielski, mimo licznych komplementów na jego temat, jeszcze tak do końca nie biegnie, więc zacznę w tym roku od tego pisania, potem  zaliczę jeszcze inne mądre zajęcia i w przyszłym roku zapiszę się na tamte :) 
A po drodze jeszcze muszę pamiętać, żeby mieć czym za to wszystko zapłacić :P


To dostałam dziś pocztą:


Co by nie mówić: jestem przeszczęśliwa, że było miejsce na tych zajęciach i od 26 września będę dylać na wykłady :D :D






WELCOME TO: