Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hawaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hawaje. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

Week 18. Jump! 365 Project.


119/365
Temperatura nie odpuszcza. 
Kolejny dzień jest po 35 stopni. 
Nie ma czym oddychać i w wiadomościach trąbią o pożarach w LA i proszą, żeby uważać i zgłaszać każde najmniejszy zauważony płomyczek. 
 Jako, że mój 3 miesięczyny karnet na gym już wygasł to zaczęłam chodzić na spacery wieczorami, jak już słonko trochę zajdzie i można oddychać.
Zabieram ze sobą psa, bo nie chce sama chodzić a z tym szczekaczem jest śmieszniej.
Niestety przez położenie naszego domu na górze, mam bardzo graniczone chodzenie.
Więc robię szybkim tempem kółko z jednego końca ulicy do drugiego- czyli jakieś 3 mile,czyli ok 5 km






120/365 
Kolejny dzień mega gorąco.
Dzieciaki wróciły ze szkoły mega padnięte, ale jakoś udało mi się je zagonić do zadań domowych.
Za to potem już nie mieliśmy siły na nic i po prostu leżeliśmy na kanapie i oglądaliśmy kreskówkę
"Phineas and Ferb".
Hostka coś tam brzęczała, że nie mamy siedzieć przed pudłem i próbowała zabrać nam pilota, ale dzieciaki tak marudziły i turlały się ze zmęczenia po podłodze, że odpuściła.






121/365
Dzisiaj mieliśmy w domu gościa, na którego czeka każde dziecko w klasie Młodego.
Gość nazywa się  Clifford.
Jest to wielki, czerwony, pies, który jest bohaterem bajek i każde amerykańskie dziecię go uwielbia.
Można by go porównać do naszego, poczciwego Reksia. 
Sprawa z Cliffordem ma się tak, że trafia on do każego w klasie na jeden dzień.
W tym czasie dzieciak musi zrobić parę zdjęć podczas czynności, w których pies brał udział, np. mecz basball'u, budowanie Lego, czytanie książek itp.
I potem musi wkleić zdjęcia do specjalnego zeszytu i ładnie to opisać.
W ten sposób powstaje Clifford's Diary.
Na koniec roku jedno z dzieci może zabrać Clifforda i jego pamiętnik na zawsze do domu.
Młody niesamowicie przeżywa kiedy on trafia na jeden dzień do nas.
Kombinujemy wtedy ile wlezie gdzie zrobić Cliffordowi zdjęcie, żeby było mega orginalnie.
Psiakowy, szkolny zestaw wygląda tak:



122/365
Młody miał dziś mecz baseball'u i mimo, że i hostka i host byli w domu, to żadne nie poszło mu kibicować.
Host siedział i oglądał filmiki na YouTubie, a ona zmywała.
Tak mi się zrobiło szkoda Młodego, że siedziałam cały mecz i mu kibicowałam.
Za każdym razem jak trafił w piłkę sprawdzał czy widziałam i jak reaguję.
Po meczu mnie wypytywał " did you see that?? Did you see my catch??? Did you see how fast my ball go??"
Dla niego to jest bardzo ważne, żeby ktoś był z nim w czasie meczu.
Bo co innego treningi.
Zwłaszcza, że mecz  zaczyna się o 17.00, to myślę, że mogli by znaleźć raz w tygodniu czas...



123/365
Dziś pojechałam zawieźć koleżankę na laserową korektę wzroku.
Pozbyła się okularów raz na zawsze.
Naśmiejszniejsze było to, że okulista miał na imię Hilary...
Tak. Hilary.
Cała procerdura trwała może z 10 minut.
A ja miałam niesamowitą frajdę, bo pozwolili mi siedzieć koło koleżanki podczas zabiegu i mogłam wszystko oglądać na telewizorze.
Było widać mega dokładnie co lekarz robił, jak ciął oko, "laserował" itp.
Dla większości z was pewnie byłoby to obrzydliwe, ale ja mam jakąś taką ciekawość, że chce wszystko zobaczyć, wszystko mnie interesuje i absolutnie nie ruszają mnie takie rzeczy.
Za to obrzydza mnie jak Młoda całuje psa-boksera, prosto w pysk i pozwala się mu lizać po twarzy.
Fuu , fuuu, fuuuu.
Ale pokroić oko i naprawić laserowo wzrok- chętnię spojrzę.
Zdjęcie jest z pokoju, w którym ją przygotowywano. bo na sali zdjęć nie robiłam, gdyż ponieważ byłam zbyt zapatrzona w całą procedurę dłubania w oczach.





124/365
Myślę, że wszyscy już wiedzą co AnkaSkanka robiła w sobotę :)
Jedynie wyjaśnię, co ja na tym zdjęciu pokazuję rękoma.
Otóż jest to hawajski gest "hang loose".
Wystawiony kciuk i najmniejszy palec.
Czyli po prostu wyluzuj, bądź szczęśliwy.
Live Aloha.

"Rdzenni mieszkańcy Hawajów używają"hang loose" w celu przekazania tzw. "energii aloha", gestu przyjaźni i zrozumienia pomiędzy poszczególnymi grupami etnicznymi, znajdującymi się na Hawajach. Z tego powodu także gest ten nie ma bezpośredniego odpowiednika w dosłownym tłumaczeniu. 
W zależności od kontekstu, w jakim używany jest ów gest, może on oznaczać także: "dziękuję", "cześć", "jak się masz" etc.
 Może oznaczać także "wyluzuj", "witaj", "żegnaj", "trzymaj się" lub "w porządku", przy czym konkretne znaczenie gestu zależy także od kontekstu w jakim został on użyty." (Wikipedia)



125/365
Dziś byłam na Pierwszej Komuni Świętej synka znajomej.
Była to też moja pierwsza msza w kościele amerykańskim.
W Polsce do kościoła nie chodzę. 
Nie jestem zagorzałą ateistką czy  niewierzącą, tylko po prostu nie zgadzam się z jego formą, z tym co się w nim dzieje i przekazem ze strony księży.
Ale jeżeli wiem, że dla kogoś mi bliskiego,ważna jest moja obecność na mszy, to idę i zawsze wysłucham co tam księża mają do powiedzenia.
I tak właśnie trafiłam na katolicką mszę po angielsku.
Wszystko odbyło się bardzo skromnie, bez wydawania nie wiadomo ile pieniędzy na wystrój kościoła, szarfy, bibułki itp.
Każde z dzieci siedziało przez cały czas z rodziną.
Msza była jak zwykła msza, z tą różnicą, że w połowie ksiądz wyszedł na środek i rozmawiał z dziećmi i rodzinami, zadawał pytania
Dzieci Komunię przyjęły razem z resztą ludzi plus dostały jeszcze do wypicia trochę wina mszalnego.
Nie można było też absolutnie robić zdjęć czy filmować w trakcie mszy, co było świetny posunięciem, bo dzięki temu rodzice nie biegali jak szaleni po ołtarzu, żeby złapać dobre ujęcie.
Dopiero na samym końcu dzieci stanęły całą grupą przed ołtarzem i "paparazzi" mieli 5 minut na zdjęcia.
A jak wygląda amerykańska msza?
Prawie identycznie jak polska.
Wszystkie teksty modlitw były wyświetlane na dwóch dużych telewizorach.
Skrupulatnie sprawdzałam je w głowie i wszystko było bardzo dokładnie przetłumaczone.
Rzeczą, która niesamowicie mi się podobała były piosenki.
Chór stał zaraz przy ołtarzu, a nie schowany gdzieś pod niebiosami za organami..
Obok perkusja, pianino, tamburn, harmonijki.
To co śpiewali, było świetne.
Rytmiczne, niesamowicie wesołe, noga aż sama latała.
Aż wystukiwało się rytm.
Śpiewali o tym, że Bóg się cieszy, że jesteśmy, że żyjemy, że życie jest piękne, żeby dawać z siebie radość i się nią dzielić.
A nie smutne, długie, depresyjne psalmy o tym jak to grzeszymy cały czas, Bóg jest hen hen wysoko, wszystko widzi i musimy się kajać przez cały czas, żeby do tego Nieba trafić.
Kolejną różnicą były np piosenki w obcych językach.
I to nie po hiszpańsku, jakby się mogło logicznie wydawać w CA, ale np.  po filipińsku.
Na dodatek wszyscy je śpiewali...
Nie wiem dlaczego akurat w takim języku, ale się dowiem.
Następna ciekawostka:  podchodzenie do Komunii Świętej.
Ksiądz powiedział przed jej rozdawaniem, że bardzo mu zależy, żeby każdemu dać błogosławieństwo, więc jeżeli ktoś nie czuje się na siłach by przyjąć komunię, to ma przed podjeściem do księdza skrzyżować ręce na ramionach i wtedy go tylko pobłogosławią.
Muszę przyznać, że bardzo dobry pomysł.





czwartek, 21 lutego 2013

Masz tatuaż.

Ano masz masz.
Nigdy przenigdy nie sądziłam, że będę miała tatuaż.
Owszem,  jak ktoś pokazywał swój to padało zawsze "wow, super, kiedyś też sobie zrobię"
Ale skutek był dokładnie taki sam jak przy : od września będę odrabiać lekcje/ od stycznia zacznę ćwiczyć/ od jutra  chodzę wcześniej spać itp... .
No i jeszcze trzeba by jakiś wzorek wymyslić, żeby nie była to półnaga syrenka lub  różowy słonik z kokardką na ogonie.
To musi być COŚ.
Symboliczne, ważne dla mnie,.
Kolejna kwestia: gdzie go zrobić.
Na czole? Na tyłku? Na nodze? Za uchem?
I najważniejsze bardzo ciężkie do przejścia zdanie wszystkich naokoło: "Po co Ci tatuaż? Pomyślałaś jak będziesz wyglądać jako stara baba? Będziesz 70-cio latką z takim rozciągniętym, wyblakniętym tatuażem?! No i nie wiadomo czy się nie zarazisz! Oni pewnie te igły co miesiąc zmieniają..."
W Polsce każdy z tatuażem traktowany jest jak kryminalista, który wyszedł z odsiadki.
No bo grzecznemu nie wypada przecież.
Jakby tatuaż na ciele miał nagle zmienić cały charakter...
Bo w momencie dotknięcia igłą  nieodwracalnie przechodzimy na ciemną stronę mocy...
Same stereotypy...




Ale teraz do rzeczy: skąd się wziął mój tatuaż.
Otóż pojechałam do raju na ziemi: na Hawaje.
To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Woda, piasek, hawajska muzyka, kultura.
Pochłonęło mnie to całkowicie.
Do tego mężczyźni przecudni i przecudnie wytatuuowani.



Pamiętacie Uroczego z postu o Hawajach?
Też taki na rękach miał:



I wszędzie dookoła widać było hawajski kwiat: hibiscus.





Wtedy pojawiła się myśl, że taki tatuaż byłby całkiem fajny.
Na dodatek w trakcie jednej z naszych wycieczek zrobiłyśmy sobie z Patrycją tatuaże z henny.
Ja swój zrobiłam na nadgarstku.
Był przepiękny
Nie mogłam sie napatrzyć.
Dlatego kiedy się zmył byłam załamana.
Nawet po kilku dniach ciągle odruchowo spoglądałam w to miejsce.
Na dodatek wszędzie: na ulicach, samochodach, w reklamach TV, w internecie, widziałam lub słyszałam coś związanego z Hawajami.
I za każdym razem szczerzyłam się jak głupia.
Wtedy nagle mnie olśniło i już wiedziałam co chcę wytatuować i gdzie.
Najśmieszniejsze było to, że byłam w 100% zdecydowana.
Żadnych wątpliwości.
Więc rysowałam tego kwiatka w milionach różnych wersji, żeby znaleźć ten najbardziej MÓJ.
Kiedy osiągnęłam to co chciałam, poszłam do salonu tatuażu i powiedziałam: tatuuj pan! :)
Tatuażysta obejrzał mój wzorek i powiedział, że trochę go podrasuje i będzie good.
Przyniósł swoją wersję i....nie spodobała mi się.
Zaczęłam mu mówić co dokładnie ma być, jak mają wyglądać płatki itp.
Wzięłam od niego ołówek i sama dorobiłam linie, kreski, kropki, tak, żeby było po mojemu.
No i w końcu przystąpił do tatuowania..



Jak przyłożył maszynę pierwszy raz do skóry to poczułam straszne pieczenie.
Uczucie jakby ktoś ciął rozpalonym nożykiem albo igłą.



Kiedy podniósł tą maszynkę do góry i przetarł rękę, żeby zetrzeć pierwszy nadmiar tuszu, dopiero doszło do mnie, że to wszystko jest prawdziwe i na prawdę robię sobie tatuaż...
Ja-Ania.
Nikt by w życiu się nie spodziewał, że grzeczna Ania zrobi sobie tatuaż!
I wiecie co - byłam przeszczęśliwa!
Zrobiłam to dla siebie, bo w 100000% czułam, że chcę go mieć.
Nie mogłam się doczekać jak całość będzie wyglądała po zakończeniu.




Kiedy widziałam jak ten facet rysuje te linie byłam w szoku.
Jaka precyzja!
Dokładność!
Zero drgań ręki!
Tutaj mały filmik jak to wyglądało.
I brzmiało.
Jak u dentysty-sadysty..


W trakcie tatuowania jeszcze mu wymyślałam co chce, żeby zrobił i on cierpliwie to wszystko znosił :)
Wszystko zajęło mu ok 45 minut.
Gdy zobaczyłam efekt końcowy byłam ZA-CHWY-CO-NA!!!!!
Tatuaż jest piękny.
Dokładnie taki jak chciałam!
Hawajski hibiskus z polinezyjskim wzorkiem tribal.





Nie mogę przestać się w niego wpatrywać!
Wczoraj zaczęłam go przemywać wodą dwa razy dziennie i smarować cieńką warstwą specjalnego kremu.
Bo teraz zaczyna się etap gojenia.
Tatuaż wygląda jak trójwymiarowy, ale ta gruba warstwa w ciągu tygodnia, dwóch odpadnie.
Przez ten czas całość musi oddychać jak najwięcej, nie wolno go moczyć i wystawiać na słońce.
Jedynym dyskomfortem jest uczucie swędzenia, które po tygodniu powinno zejść.
Acha- tatuaż zrobiłam w jednym z najlepszych salonów w całej okolicy SF.
(EDIT:  http://sacredrosetattoo.com/home.html)
Bo jak już coś robić- to porządnie.

Jestem przeszczęśliwa, że go sobie zrobiłam.
Nie załuję ani kropelki tuszu, która siedzi w mojej skórze i tworzy to cudo
A jak będę z nim wyglądać jako 70 letnia babcia?
Jeżeli jeszcze będę w stanie podnieść rękę na 3cm od oka, to spojrzę na niego,jeśli  całkowicie do tego czasu nie oślepnę i i uśmiechnę się swoją zębową protezą i przypomnę sobie jak cudownie było na Hawajach...
....oczywiście jeśli jeszcze nie stracę pamięci.. :P

Aloha!











środa, 14 listopada 2012

Oahu-Go-Round. Hawaii vol. 4

Na dworze zimno, ciemno, więc najwyższa pora wrócić na Hawaje.
Kolejną atrakcją, którą wykupiłysmy w biurze była wycieczka busem dookoła wyspy.


Można by powiedziec, że jest to pójscie na łatwiznę.
Bo co to za zwiedzanie w autokarze, przez szybkę.



Otóż nie jest to zupełnie pozbawione sensu, bo pozwala się swietnie rozeznać w terenie co, gdzie, jak i wtedy wiem gdzie chce wrócić.
Zwłaszcza jeśli ma się tak napięty grafik jak my i mało czasu.
Kolejnym plusem jest to, że kierowca ,rodowity Hawajczyk, przez cały czas opowiadał ciekawostki  i anegdoty związane z miejscami, w których bylismy.
Niektórych informacji na próżno szukać w przewodnikach.
Minus był tylko jeden.
I to dosłownie minus.
Jedno słowo: KLIMATYZACJA.
Zimno, zimniej, lodówka.
Pogoda na wyspie również nie rozpieszczała tego dnia.







Tak na Hawajach też bywa brzydko.
Więc na pierwszym stopie, poleciałam do sklepu i kupiłam najtańsze pareo jakie znalazłam, żeby chociaż trochę się przykryć.
Pati kupiła sobie jedno też, ale że jej nie było zimno, to ukradłam to jej również i zawinęłam się w oba jak takie ludzkie burritko tudzież nalesnik.
Nalesnik w pozycji chodząco-zwiedzającej wyglądał jak porządna arabska pozakrywana kobieta:



Wycieczka trwała 8 godzin, w tym godzinny postój na lunch.
Zobaczyliśmy m.in:
Plantację DOLE gdzie rosną najsłynniejsze anansy.
Apropo rośnięcia to byłam bardzo zdziwiona, że te owoce rosną w ziemi!


Znalazłam również drogowskaz z paroma sugestiami na kolejne wycieczki :)



Ktoś tu przedawkował ananasy...


Jest tam również najwięjszy labirynt na świecie.
Poradzono nam nie wchodzić, ze względu na ograniczony czas wycieczki oraz obawy przed zgubionymi turystami.
Podobno paru z zeszłotygodniowej wycieczki jeszcze się tam błąkało....



Udało się nam też zobaczyć Monk Seal- najstarszy gatunek foki na świecie.
Jest  to zagrożony gatunek, dlatego gdy tylko jakaś sztuka wylegnie na plażę, natychmiast dostaje swojego Guarda, który pilnuje by foczysko się wyspało i nikt jej ogona nie zawracał.



Tak więc foka spała a inne foki robiły sobie zdjęcia.
Foka polska wygląda tak:



Kolejny stop był moim ulubionym, bo dawali jeść :)
Dotraliśmy na planatację orzeszków.
Orzechy makadamii są bardzo zdrowe i pełne witamin, ale mają największą ilość tłuszczu z orzechów, dlatego nie wolno ich wcinać jak cukierków.
Ciekawostką jest, że  z niewiadomych powodów  te orzeszki są trujące dla psów i kotów i to nawet w niewielkiej ilości.
Ludziom zdecydowanie nie szkodzą o czym przekonałam się na własnej skórze próbując ok 10 różnych rodzajów i smaków.
Były karmelowe, popcornowe!, kawowe i kilka innych.
Robiło się jedną rundkę między koszami i można było brać skromnie po ok 2-3 orzeszki, ale ja, jako konser i degustator, by dosmakować każdy okruszek zrobiłam jeszcze dwie rundki.
A co!
Najpyszniejsze orzechy jakie jadłam!!!
Po tej, jakże udanej konsumpcji trafiłyśmy na tyły sklepu gdzie Hawajczyk W Przepasce Z Liści Na Biodrach,
otwierał kokosy, robił z nich sok na życzenie i malował pięknie na skorupach.
Komentujemy z Pati zawzięcie wszystko dookoła, a tu nagle słyszymy Dzień Dobry piękną, płynną  polszczyzną, z akcentem i N z dziwną kreseczką.
Odwróciłyśmy się napięcie i szukamy, kto to powiedział.
A to Hawajczyk W Przepasce.
I się śmieje.
Ale skąd , jak to, skąd ta poprawna wymowa????
"A bo moja dziewczyna była z Polski...ale zostawiła mnie dla Polaka,,,ehhh"

 Ah te Polki!

Naszym ostatnim stopem było miejsce, w którym był gejzer Halona Blow Hole , ale niestety trzeba mieć dużo szczęścia, żeby trafić kiedy wylatuje w powietrze.
Nam udało się zobaczyć malutkie piernięcia Matki Natury.
Zawsze coś!
Do tego widzieliśmy żółwia w wodzie. O.
Ja dopiero za trzecim razem go wypatrzyłam, bom ślepa, ale w końcu zobaczyłam.
No i najbardziej niesamowitym zjawiskiem w tym miejscu były skały, a w  zasadzie skamieniała lawa.
Idealnie było widać jak lawa układała się warstwami, jak wpadała do oceanu i jak wodą ją zatrzymywała.
Dopiero tam faktycznie było widać, że Hawaje to jeden wielki wulkan.
No nie powiem, ale jakąś mała erupcję to bym sobie obejrzała,
Ale to następnym razem, na innej wyspie.








A tu jeszcze parę widoczków po drodze:

















I FRYTKI DO TEGO!!! :D 

 Chinaman’s Hat, wyspa, która zagrała w wielu  filmach i serialach, m.in: Piraci z Kraibów, Karate Kid II czy Lost.


Aloha!


wtorek, 30 października 2012

Polinezja-Finezja. Hawaii vol. 3

Kolejny punkt na liście MUST DO dla odwiedzających Hawaje:
Polynesian Cultural Center.



Jak to, gdzie to, za ile to, jak długo?
Jak: oczywiście idziemy do biura z wycieczkami
Gdzie: North Shore. w skrócie: my byłyśmy na Waikiki a to jest dokładnie po drugiej stronie wyspy, ok 1h20min jazdy
Za ile:  no przyjemność nie należy do najtańszych : prawie 100$ plus (fakultatywne) oprowadzanie z przewodnikiem 25 $ (wliczone w cenę: transfer, lunch i dinner -all you can eat, pokazy i wieczorny 1,5 h show z zarezerwowanymi wcześniej miejscami)
Jak długo: 12 h. Tak. Dobrze przeczytaliście. 12 h.
Co  można robić za 125$, przez 12 godz w centrum kulturowym?
Można na przykład zakochać się w obcej kulturze, muzyce, tańcu.
I to nie tylko hawajskiej.
Jak sama nazwa wskazuje: polinezyjskiej.
Cóż to?
Polinezja to ponad 1000 wysp i wysepek na Pacyfiku oczywiście z Hawajami na przedzie, jako największą i najbardziej zaludnioną wyspą.
Tak więc w tym centrum można wpaść np na Fiji:






Z pod hotelu zabrał mnie i 40 innych osób Uroczy Przewodnik.
Droga do PCC zajmuje ok 1,5 godziny, w trakcie której Uroczy opowiadał nam o historii wyspy, mijanych miejsc, uczył pokrętnych hawajskich słów i jak pokazuje się rękoma tekst gdy tańczymy hula.
Zdecydowanie był to bardzo wesoły autobus.
Zanim weszliśmy do środka dali nam do wyboru dwie opcje zwiedzania: albo na własną rękę biegamy, bo Centrum i próbujemy obejrzeć wszystkie show, albo za 25 $ Uroczy doprowadza nas wszędzie na czas i do tego umila nam zwiedzanie swoimi żartami i samym sobą.ahhh.



Prawie cały nasz autobus (w tym ja oczywiście też ) wykupił opcję z Uroczym.
Bo nie będę biegać jak szalona z mapką, po wielkim parku i stresowała się, że nie zdążę na pokaz hula lub gry na bambusie.
No właśnie: gra na bambusie.
To był nasz pierwszy show.
Każdemu wręczyli babmusową rurkę i uczyliśmy się wystukiwania hawajskich rytmów.
A nasz Teacher śpiewał ludowe pieśni.
Melodia prosta, rytmiczna, ale piękna. 
Powiedział nam też, że całe historie rodzin przekazywane są z pokolenia na pokolenie za pomocą takich pieśni.
Jego 9 letni syn umie opowiedzieć historię swojej rodziny do 93 generacji wstecz!






Kolejnym przystankiem była nauka tańca hula.
Najpierw tańczą wszytskie panie.
Pani Hula-nka pokazuje, my małpujemy.
Wstajemy, uginami nogi i bioderkami w lewoo,w prawooo, w lewoo, w prawoooooooo.
Moje mięśnie bolały w rytm melodii.
A do tego jeszcze rękami :  a to pokazujemy niebooo, potem że woda, że życie, że ona kocha, on nie, że na hawajach cudnie jest.
I jeszcze się uśmiechamy.
Za dużo funkcji ciała na raz.
Na pewno nie wychodziło to nam tak uroczo jak Pani Hula-nce
Ale gromkie brawa od panów i tak dostałyśmy.
Hop siup, zmiana tancerzy.
Teraz panowie.
Na scenę wszedł Uroczy i uroczo zaczął pokazywać tańce godowe mężczyzn.
Panowie, o dziwo, powtarzali grzecznie wszystkie ruchy.
Wyszło prześmiesznie
U nich to jednak myśli gdzie indziej hula-ją.



Kobitki dostały również oficjalne pozwolenie na zrywanie kwiatów i upchnięcie go sobie za uchem.
Za  prawym: panny.
Za lewym: mężatki i narzeczone.
Dwie młode dziewoje z naszej wycieczki natychmiast zerwały po jednym i pac we włosy.
Siarczyście to obśmiałam.
A za 10 minut sama paradowałam z jednym.
Bo każda wariatka powinna mieć we włosach kwiatka! o !




Kolejne przystanki to rzut dzidą, robienie czapek z liści, rejs canoe, nauka wchodzenia po palmach, szybki kurs krzesania ognia i jak jednym ruchem rozłupać kokos.







ty byc Tarzan, ja Jane, my zamieszkac w dzungla
EDIT:
Specjalnie na życzenie Anity- Tarzan z bliska. Można pobierać jako tapetę ;)




Jednym z ciekawszych pokazów była parada canoe połączona z prezentacją poszczególnych wysp.
Na każdym canoe tańczyli i śpiewali przedstawiciele polinezyjskich kultur.
Piękne to było!





Przez calutki dzień non stop coś się działo.Nie było czasu usiąść, napić się wody.
Ok.17.30 mieliśmy uroczystą kolację tzw. Ali'i Luau.

Czyli świniak z ogniska i uczta bez ograniczeń.
Dowiedziałam się jednej ciekawej rzeczy o sobie: nie lubię prosiaczyzny.
Nie, oj nie.




Więc wsuwałam podwójnie krewetki.
Oczywiście próbowałam wszystkiego co nowe i nieznane.
I tym sposobem okazało się, że na Hawajach robi się pampuchy w kolorze fioletowym!
Bo są barwione słodkimi ziemiakami.
Pycha.
Z drugiej stronych smacznych pampuchów stało POI.
Jak to określiła nasza sąsiadka przy stole: smakuje jak klej do tapet.
Okropieństwo!
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że była to najokropniejsza rzecz jaką dotąd próbowałam.
Zjadłabym trzy świnki razem z raciczkami zamiast małej miski tego.
Więc ostrzegam: nie jedzcie kleju do tapet!



Po kolacji przyszedł czas na show.
Najlepsze show na całych Hawajach: "HA: Breath of Life"
Tutaj mały zwiastun z ich strony:




Show jest magiczne!
Siedziałam zaczarowana.
Chłonęłam każdy element tej kultury, każdy taniec, każdy ruch dłonią.
Chyba, żadna kultura nie wywarła na mnie takiego wrażenia.
Jest niesamowicie przepełniona radością, szczęściem, wolnością.
Czuć na każdym kroku pełną harmonię z naturą, z biegiem życia i tradycją.
Tego uczucia szuka chyba każdy z nas.
Tak czułam się, gdy w nocy poszłam się wykąpać w oceanie.
Na Waikiki było pełno ludzi, ale tylko ja byłam w wodzie.
Łapalam fale, dotykałam aksamitny piasek i z dala od brzegu, w zupełnej ciszy dryfowałam na wodzie podziwiając niesamowicie gwiaździste niebo.
To był mój raj.
Czułam się niesamowicie wolna i przeszczęśliwa.
Dlatego muszę tam wrócić.
Bo do takich miejsc trzeba wracać.
Aloha!