niedziela, 20 listopada 2011

Grosz do grosza, a będzie kokosza.

Z cyklu poradnik przetrwania w USA: rozdział o pieniądzach.



Kasę dostaję co tydzień i w ten sam  tydzień bardzo łatwo się jej pozbyć.
Wstyd się przyznać, ale do tej pory to ja i oszczędzanie nie byliśmy sobie zbytnio bliscy.
Bo co będę sobie odmawiać.
Nie po to tu jestem, żeby powiedzieć sobie: nie, nie pojadę tam/ nie kupię tego/ nie wyjdę tu.
Mieszkam tu pewnie pierwszy i ostatni raz w życiu, więc będę zwiedzać i korzystać.
Więc jeżdżę, kupuję, wychodzę.
Aczkolwiek wszystko z głową i rozsądnie.
Do tej pory prawie wszystko co zarobiłam wydawałam na wyjazdy i wycieczki.

Ta reszta "prawie" to kawki, lunch na mieście i waciki.
Ale niestety brutalna prawda jest taka, że trzeba w końcu zacząć coś wkładać do tej skarpety.
Główny powód to taki, że muszę się już niedługo zapisać na następny kurs.
Teraz niestety już muszę sama zapłacić.
Boli, och boliiiii.
Więc ostatnio pół wypłaty ląduje we wspomnianej już skarpecie.
Skarpeta ma postać słoika, na który coraz częściej miło się patrzy, jak tak sobie stoi wypełniony dolarami.
Słoik lepszy niż konto w banku, bo wolę mieć na koncie tyle ile mogę wydać, a nie się zastanawiać czy już aby przypadkiem nie przekroczyłam swojego limitu.
Póki co sprawdza się świetnie.

Apropo konta.
Czas na temat główny.

Zaraz po moim przyjeździe założyłam sobie konto w Citi Banku.
Bo hości też tam mają.
Bo znam bank.
Bo mają najtańsze przelewy do Poladnii.
Bo mieli bardzo dobrą ofertę.
Bo wszystko miało być za darmo.
Ach, och.
Tak przynajmiej twierdził Pan W Krawacie.
Do czasu.
Nastała ogólnostanowa bankowa rewolucja mająca na celu wyciśnięcie z klienta każdego dolara.
I tak oto dwa miesiące temu dostałam uroczy liścik miłosny.
Poinformowano mnie bez krzty romantyzmu, że jeśli nie będę miała  na koncie 1500 $ albo nie będę otrzymywać jednego stałego przelewu i jednego stałego zlecenia do zapłacenia rachunku, to jest im niezmiernie przykro ale będę musiała płacić co miesiać 10 $ za prowadzenie konta plus 5 $ za kartę.
Oburzenie mną targnęło.
Targnęłam się z tym oburzeniem do banku gdzie Pan W Krawcie wszystko potwierdził.
Miałam ochotę go tym krawatem potrząsnąć, że tak nabijają klientów w dolara.
W zamian potrząsnęłam jedynie głową i powiedziałam, że życzę przemiłego dnia i, że zobaczymy się niedługo jak przyjdę zamknąć konto.
I tak zaczęłam kolędowanie po bankach.
Kolęda zakończyła się  w czwartek, kiedy to założyłam sobie konto w Wells Fargo.
Opcja bardzo dobra.
Konto dla studentów.
Tak, tak.
Moja obecność na Berkeley właśnie się zwróciła.
Opłata jest minimalna: 3 $ za miesiąc, chyba, że na koncie  będę miała 500$ to wtedy jest całkowicie za darmo.
Więc muszę wyciągnąć skarpetę i przerzucić trochę kasy na konto coby te 3 dolce zaoszczędzić.

Dolar do dolara to będzie dolarów chmara.

Jak Ci też mnie zrobią w jajo za jakiś czas to dam znać.
A teraz optymistyczny obrazek na koniec:




Oby już niedługo...

.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Kraina winem płynąca.

W Krainie winem płynącej byłam już dwa razy.
I na pewno będę kolejne dwa.....dzieścia.
Napa Valley.
Przepiękna, urokliwa, z klimatem.
Tam się chce wracać i odkrywać każdą winiarnię.
A jest co odkrywać, bo jest ich ponad 450.
Można spędzać każdy dzień przez cały rok w jednej  i tak jeszcze sporo zostanie.
Ja póki co byłam w 8.
Nawet taki niepijacz wina jak ja znalazł tam dwa takie, które trafiły w moje wysublimowane kubeczki smakowe.
Białe oczywiście.
Czerwonego nawet zapach mi nie pasuje.

Zwiedzanie Napy polecam zacząć od Visitor Center, w którym dostaje się mapę z wszystkimi winiarniami.
Pani Visitorowa po wysłuchaniu wynurzeń na temat co chcemy zobaczyć, co i ile wypić, kieruje nas do tych najbardziej odpowiednich.
Jeśli się ładnie uśmiechnie to można się też załapać na kuponiki z darmowymi tastingami, albo takimi  2 w cenie 1.
Koszt  tastingu to zazwyczaj do ok 10-30$, ale w tej cenie dają od 4 do 6 win do smakowania.
Więc można wyjść krokiem chwiejnym, zygzakowatym już po jednej winiarni.
Wiadomo, że pielgrzymowanie od winiarni do winiarni odbywa się samochodem, więc tamtejsza policja wyraża lekką tolerancję w przekraczaniu dopuszczalnych promili.

A teraz bierzemy lampkę wina do ręki o oglądamy zdjęcia dla wzmocnienia smaku:


                                                                  Wchodzimy!

...do tych pól malowanych winem rozmaitem... ;)
 




                                         Test na trzeźwość ostrości lub ostrość trzeźwości.







                                                                          Jak pies z kotem.





                                               Table for two, please! With the view!
  






                                                             Tak, to jest winiarnia:








                                                         Winiarnie jesienią są bajeczne!




Sorry nooo... 










                                           Zwierzę winne w winiarni. Albo i niewinne.





                                     I pamiętać o zakąsce! Bo nie można pić na pusty żołądek

JEDŹCIE I PIJCIE W NAPIE WSZYSCY!

CHEERS :)

środa, 2 listopada 2011

You know you’re an Au Pair in the USA when…

…you always introduce yourself with : ‘Hi! my name is (your name), I’m from (country) and I have (amount of children you are taking care of) children!!’
…everybody is greeting you with a ‘Hi.How are you!’ and you can’t respond fast enough, so you say it first!
…you spent all your money in the mall and you still have nothing to wear
…you say silly  instead of stupid
… you think $200 every week just for shopping and Starbucks is not that much
…you go to playdates
…you’ve seen more movies in one month than in your whole life at home
…you drive over 30 minutes to a friend just for a coffee and you think it’s not so far
…you only have other Au Pairs as your friends
…you say ‘like’, 'seriously', 'awsome' and ‘totally’ every three words
…someone has asked you stupid questions like: ‘do you have cars in your country?’ ‘Where is your country?’or "You don't have Thanksgiving??"
…you park as close to the store as possible so you don’t have to walk even one yard too far
…you cherish moments of silence more than ever before
…you notice yourself saying ‘GOOD JOB’ a hundred times a day
…you wonder why you slept the whole night long so uncomfortable and you notice the next morning, you slept on a barbie, a lollypop, sandtoys etc.
… you need to be creative to find new punishments because a time-out doesn’t work anymore
…you have to admit to mistakes you never did or put the blame on you
…you know now exactly how difficult it was for your parents to have little kids and you feel like saying sorry for all you’ve done to your mom and dad every day
…you’ve learned what it means to be patient. very patient.
…you know what a LCC is
…you know that you should never SHAKE A BABY!!! :P
…you take a nap, after you dropped off the kids at school (after being up for just 2h)
…you miss the good old days when you were able to go to the bakery and get real bread w/ real butter
…you don’t walk into the bank, you use the drive-thru to get your money
…you use Purell instead of washing your hands
…you know how to make MAC&Cheese
…you know what PBJ is
…you can list all the parks and playgrounds within 20 miles from your house
…you pick up kids in car line instead of walking to the school
…you can tell the difference between regular carrots and organic carrots
…people are staring at you when you put ketchup on pizza
…you feel murders guilt, when you forget the right snack for the kid
…you can't say "no" any more if your hostmom asks you "could you please...if you get the chance... just if it is no problem"
…you start apologizing for walking by someone in the grocery store
…the kids want something NOW!
…you didn't think that you can carry so much swim/ baseball/ soccer gear at once
…one cup of coffee doesn`t make you awake anymore. it just makes you alive
…you're sure you don't want your own kids within the next 100 years
…you don't care anymore about your looks when you're on duty
…babysitting in the evening means: watch a family movie and put  kids to bed as fast as possible
…you can take the carpools because you have so many kids in the car


and so on....and so on.....

We are not just Au Pairs. 
We are Gremlin Management Specialist.
 
 
 /Tekst znaleziony, podkradziony i trochę zmieniony/

 .

środa, 26 października 2011

Pani Hilary.

Nie Clinton.
Żona tego Hilarego co okulary zgubił.
Ale on je znalazł na nosie.
Moich tam na pewno nie ma.

A były na trasie drzwi wejściowe - mój pokój.
Po drodze wstawiłam pranie i pogłaskałam kota.
Położyłam się spać.
Wstaję za dwie godziny, a okularów nie ma.
Zniknięcie całkowite.
PUFFF!

Przetrzepałam pranie.
Przetrzepałam kota.
On był jedynym świadkiem.
Nic się nie dowiedziałam.
Nie drgnął nawet wąsem.

Fatalnie, bo to te przeciwsłoneczne z korekcyjnymi szybkami.
W Kaliforni rzecz niezbędna.
Bo nawet jak słońca nie ma, to jest i razi.
Tu i mgła razi.


I tak razi mnie już dwa tygodnie, bo okularów jak nie było, tak nie ma.
Dzieci zmotywowałam dużymi lodami dla znalazcy.
Nie pomogło.
Dla lodów by wymiękły, więc to znaczy, że one ich nie zabrały.

Może powinnam kota Whiskasem przekupić?

Postanowiłam więc zrobić takie magiczne przeciwsłoneczne tu.
No nie udało się.
Nie mam recepty --> okulista od recepty kosztuje majątek--> majątku za okulistę nie pokrywa ubezpieczenie --> okulary nawet z receptą kosztują najmniej 150$ --> nie mam 150$ na okulary.

Niestety biznes okularów przeciwsłonecznych  w Kaliforni jest potężny, bo to nie co w PL, że nosi się je przez góra dwa miesiące.
I nie ma taniego Fielmann'a czy Vison Express, że robią badanie za 1 zł albo nawet za darmo.

No więc co zrobiłam?

"Mamoooooooo....."

I Mama poszła z misją do Fielmann'a, gdzie robiłam poprzednie okulary.
Zrobią mi takie same za 79 zł, bo mają taką promocję. http://www.fielmann.pl/okulary/modne_okulary.php.

Haczyk jest taki, że można wybierać tylko z oprawek za 19.50.
A oprawki za 19.50 są malutkie, cieniutkie i nie przypomniają okularów przeciwsłonecznych.
Te co ja miałam, były największe.

A wracając do misji.
Zrobią mi takie same szkła, tylko nie mają już czarnych oprawek...zostały im tylko różowe.
Wszyscy wiedzą jak bardzo u-wiel-biam ten kolor.
Czujecie ironię?
To dobrze.

Będą więc słitaśne, ruszoffiutkie okularaski.
I chyba będę musiała do nich robić dzióbek na zdjęciach.

Damy radę.

Mogę się założyć, że jak mi Mama przyśle te ruszoffiutkie to kot do tego czasu wymięknie i powie gdzie przetrzymuje moje czarne.


sobota, 22 października 2011

Trzęsawica.

Trzęsł się samochód.
Trzęsła się ziemia.
Trzęsło się trzęsienie.
A na końcu najabrdziej trzęsły mi się ręce.

Earthquake from To-Do-List: CHECKED!


A było to tak:
czekałam wczoraj na parkingu niedaleko szkoły młodych i użerałam się przez telefon z wydziałem DMV w Sacramento, który to powiedział mi, że na prawko to mogę sobie nawet i pół roku czekać, bo oni muszą sprawdzić wszystko mega dokładnie czy abym na pewno była tu legalnie.
Wtedy już zaczęło się we mnie coś trzęść ze złości.
A potem samochód zaczął się bujać.
Lewo, prawo, góra, dół.
Naprawdę mocno.
Oczywiście przemknęło mi przez myśl, że to może trzęsienie ziemi.
Jednak rozsądek obstawał przy swojej pierwszej wersji, czyli: silnik się krztusi, samochód się psuje i pewnie zaraz wybuchnie, rozleci się na milion kawałków a dzieci spóźnią się na chiński.
Na szczęście pojechał jak trzeba i ustawiłam się grzecznie w car line i wtedy dostałam sms od koleżanki: "czułaś trzęsienie? właśnie w tv o tym mówią "
Oj czułam czułam.
Czyli jednak miałam dobrą pierwszą myśl.
Trzęsienie nie było niby aż tak duże, bo tylko 4 stopnie, ale epicentrum było bardzo blisko, w Berkeley, dlatego było je tak dobrze czuć.
Było pod samym campusem UC Berkeley.
Może po prostu studentom chemii jakieś doświadczenie nie wyszło....

I tak oto przez cały dzień się cieszyłam z tego, że zaliczyłam pierwsze, kalifornijskie trzęsienie ziemi.
Wieczorem już mi nie było tak do śmiechu....

Po 20.00 siedziałam na łożku z kompem, a tu nagle  rzeczy na biurku zaczynają się przesuwać, drzwi skrzypią, łóżko skrzypi i słuchać taki dziwny, dudniący dźwięk.
To już nie było tak fajne jak to trzęsienie rano.

Mój pierwszy odruch? Złapałam za telefon.
Czemu?
Nie wiem :P
W sumie dobrze.
Dom jest postawiony na mega stromym wzgórzu, więc jakby porządnie zatrzęsło, to się ślizgamy prosto w dolinę a cała chałupa leci na mój pokój.
Z telefonem by mnie przynajmniej szybko zlokalizowali.

Jak już przestało to poleciałam zobaczyć co robią hości z dziećmi.
A oni jak gdyby nigdy nic czytali im bajki.
Więc wróciłam z moimi strasznie trzęsącymi się rękoma do pokoju.
I potem do poźnej nocy reagowałam nerwowo na każdy trzask czy skrzypnięcie.
Pytałam się dziś Młodych czy coś czuli wczoraj wieczorem, to powiedzieli, że tak i nawet stali przez chwilę z rodzicami pod ramą drzwi.

Żeby było śmieszniej, tego dnia w całym stanie jedncześnie odbywały się wielkie ćwiczenia właśnie na wypadek trzęsienia.
Nazywa się to The Great California Shake Out. (http://www.shakeout.org/)
O godz 10.20 wszyscy chowają się pod ławki, stóły łóżka lub cokolwiek gdzie by wskoczyli w razie prawdziwej katastrofy.
Fachowa nazwa tej czynności brzmi: Drop. Cover. Hold On.




W szkołach przeprowadzane są próbne ewakuacje, nauczyciele rozmawiają z dziećmi jak się zachować, gdzie pójść itd.
Hostka mi kiedyś opowiadała, że dzieci muszą raz na jakiś czas przynieść taki zestaw małego earthquak' owego survivalowca  z wodą, suchym jedzeniem,latarką, apteczką itd i razem z nauczycielem sprawdzają czy wszystko jest sprawne, świeże i przydatne.
W sklepach można takie zestawy za 20$ kupić.
Tak obywateli od przedszkola szkolą.
Są przygotowani tak na wszelki wypadek.
A u nas drogowcy co roku są zaskoczeni, że zimą śnieg pada.
Mimo, iż to dużo łatwiejsze do przewidzenia i zapobiegnięcia niż trzęsienie ziemi.
Eh. Cóż.

Żeby było jeszcze trochę śmieszniej to 22 lata temu, trzy dni wcześniej -17.X.1989, miało miejsce tzw The Loma Prieta earthquake - największe trzęsienie ziemi od czasu w tego, które zmiotło San Francisco  w 1906.
Miało siłę 6,9 w skali Richtera, zabiło 63 osoby, prawie 4000 osób zostało rannych a tysiące zostało bez dachu nad głową.
Trzęsienie to zasłynęło jeszcze tym, że jako pierwsze wystąpiło na żywo w TV.
Jak?
W tym czasie rozgrywany był mecz baseball'owy San Francisco Giants vs Oakland Athletics.





Podsumowując:

następnym razem już będę wiedziała, że jak już złapię za ten telefon to mam biec pod biurko :)

A teraz:

Come on, shake, shake
Shake, shake, shake it

Shake, shake
Shake, shake, shake it :P

czwartek, 13 października 2011

Dzień szkolny zwyczajny.




To może coś z cyklu dzień szkolny, zwyczajny.
Do bólu powtarzalny.

Dziecięcia moje szły w tym roku do szkoły jako jedne z ostatnich. 
Na szczęście w końcu tam dotarły i od tej pory moje dni  upływają względnie spokojnie, według schematu i mam  więcej czasu sama dla siebie.

Dostarczanie dzieci do szkoły, odbieranie i przygotowywanie wygląda znacznie inaczej niż u nas.
Moje młode e są w tej samej, prywatnej szkole, co jest bardzo wygodne i zaoszczędza mnóstwo czasu.
Przed pierwszym dniem szkoły dzieci miały tradycyjny  Ice Cream Social.
Jak nazwa wskazuje jemy lody i się socjalizujemy.
Dzieciaki spotykają się pierwszy raz po wakacjach, mamy wymieniają się opowieściami gdzie to oni nie byli na wakacjach, a ojcowie się chwalą kto dalej uderzył piłkeczkę do golfa.
A au pairki uderzają do lady z lodami razem z dziećmi, załapują się na dużą porcję i uśmiechają się do wszystkich, bo a nóż widelec któraś mama będzie potrzebowała kogoś do pilnowania dzieci.
A pilnowanie dzieci = dodatkowa kasa.
Tak więc przechadzałam się w te, i w tamte, i znowu w te  i się uśmiechałam, zagadywałam i byłam zagadywana.
Wici rozpuszczone.
Sezon na polowanie na rodziców uważam za rozpoczęty.

Po rundce między rodzicami zwiedzałam z dziećmi szkołę.
Każda sala jest wyposażona w taki sprzęt, że szczęka opada.
Wszędzie projektory, tablice elektroniczne a od przyszłego miesiąca całe przedszkole, w tym mój młody, będą pracować na iPadach.
Mówiłam już, że to 5 LATKI?!

Na iPadach.
Chrzanić UniBerkeley! Mammooo zapisz mnie do tego przedszkola!

W klasie młodej- nasza 3 klasa- w biurkach czekały już gotowe książki, zeszyty i ołówki.
Wszystko zostaje w szkole. Do domu przynoszą tylko taki cieniutki, zielony folder, gdzie po jednej stronie jest zakładka dla informacji na lini rodzice- nauczyciel a po drugiej miejsce na kartki z zadaniem domowym.

Młody narazie przynosi do domu, tylko kolorowanki, które robił w przedszkolu.

Mój dzień od pierwszego dnia szkoły wygląda tak samo:

start godz 6.30
zapakować do osobnej torby lunch, do osobnej snack i osobno picie
obudzić
zapakować w mundurki
nakarmić
umyć zęby
nasmarować kremem z filtrem
uczesać
wcisnąć w buty
dociążyć plecakiem
upchnąć w samochodzie
uciszyć w czasie jazdy do szkoły
ominąć korek
wyrzucić w car line
pomachać
utknąć w korku
jak najszybciej wrócić do domu z powrotem spać

Ok 14.20 muszę wyjechać z domu, żeby ich o 15.00 odebrać.
Ogólnie przywożenie i odbieranie dzieci najlepiej określa wyrażenie: drive thru.
Rano podjeżdzam samochodem w tzw. car line przed szkołę gdzie ok 4 osoby z dyrektorem na czele otwierają drzwi auta i przechwytują dzieciaki.
Przez pierwszy tydzień dyrektor stał na samym dole przy wjeździe do szkoły i wszystkim machał na dzień dobry.
Integracja na całego.
Bardzo podoba mi sie takie podejście.

Wróćmy do drive thru.
Dzieci można odbierać  w car line o 14.30 lub 15.00.
Mnie obowiązuje ten drugi.
I znowu ok 4  nauczycieli stoi rozstawionych na trasie tym razem z walkie-talkie.
Jak ten pierwszy widzi samochód po konkretnego dzieciaka, to podaje info dalej i Ci co stoją przed szkołą go wywołują, podprowadzają i wpuszczają do samochodu.
Jak w McDonaldzie.
I frytki do tego.
Jednorazowo obsługują po 4 do 5 samochodów więc idzie to na prawdę szybko.
Ja przez pierwsze 2 tyg musiałam kłaść za szybą tabliczkę z nazwiskiem  młodych, bo jeszcze mnie nie znali i nie kojarzyli samochodu.
Jestem dumna i blada, bo szybko się nauczyli, że to kudłate za kierownicą to po Młodych.

Car line:


 Wygląda niepozornie, ale za mną stoi jakieś 20 samochodów, a kolejne jeszcze dojadą.


Po przechwyceniu dzieci zaczyna się skakanie po zajęciach dodatkowych: kung fu, chiński, soccer, baseball.
W omijaniu korków i w manewrowaniu po zatłoczonych 6 pasmowych autostradach dochodzę już do perfekcji.

W domu lądujemy zwykle przed 18.00.
Wtedy Ania -kat musi zmusić młodą do odrobienia lekcji a potem oboje do ćwiczenia na pianinie min 15 minut.
I do kolacji jakoś schodzi.
Niestety kolacje tak jak były w wakacje ok 18.30 tak teraz przeważnie są ok 19.00-19.30 więc zanim dotrę do pokoju to już 20.00 wybija.
I wtedy to mi się już nic nie chce.
I tak leżę i myślę.
I coś tam obejrzę, pomarnuję czas w internecie i spać.
I tak codziennie.
Muszę sobie jakieś twórcze zajęcie znaleźć, bo mi moja energia życiowa przygasa ostatnio, więc trzeba ją znowu wkrzesić.

A teraz jako, że czas w kompie już pomarnowałam to według grafiku czas na jakiś film.


See you later, alligator!

środa, 5 października 2011

Ćwierćwiecze.




Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że swoje ćwierćwiecze będę świętować w USA to bym go szyderczo wyśmiała.

A tu masz!

Jedni odliczają do osiemnastych, inni do trzydziestych, a amerykanie do dwudziestych pierwszych urodzin.
Dla mnie tą granicą są właśnie te urodziny.
Nie wiem czemu. Tak po prostu.
Pewnie myślałam, że nastąpi jakiś przełom.
A jutro wieczorem zdmuchnę świeczki na torcie... i nic się nie stanie.

Jak byłam w podstawówce to wydawało mi się, że mając 25 lat będę rządzić światem, 
mieć super pracę, mieszkanie i będę taka mega dorosła.
No nic z tego nie wyszło :P
Ale nie poddajemy się, nie poddajemy.
Może się uda do trzydziestki.

Wczoraj zrobiłam szybki życiowy bilans.
Jak ta stara babcia przed 80tką. (spokojnie testamentu jeszcze nie spisałam :P)
I myślę, że jest bardzo dobrze, choć bywało i różnie.
Ale w życiu musi być dobrze i niedobrze.
Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze.
 
A teraz.... JEDZMY TORT !!!