piątek, 11 maja 2012

Ale jazda! vol. 1

Dziś będzie post edukacyjny.
Samochodowo-edukacyjny, bo auto w stanach rzecz niezbędna.
Bez niego ani rusz.
Chyba, że się mieszka w samym centrum wielkiego miasta,,
Ale w sumie to wtedy jest też ani rusz: "ani się ruszysz w tym korku".
Ja w samochodzie spędzam dziennie ok 4 godz.
A dupsko rośnie...
Samo zwiezienie dzieci do szkoły plus powrót, plus odebranie ich i dowiezienie do domu to w sumie 2,5 godz.
Jak dobrze pójdzie bez korków.
W jedną stronę mam 10 mil więc: zawieźć, wrócić, pojechać, odebrać to daje x4= 40mil, czyli 65 km.
Na samą szkołę!
To jak z Gdyni na Hel.
Z Warszawy do Garwolina.
Z Krakowa do Rabki albo do Mysłowic.
I tak 5 razy w tygodniu.
Plus po szkole trzeba porozwozić towarzystwo po dodatkowych zajęciach co daje dodatkowo ok 15 mil (24km).
Bywa, że jak jest mega napakowany dzień to spokojnie 100 km robię.
A dupsko rośnie...
Ale nie o dupsko mi tu chodzi.
Otóż chciałabym wyliczyć parę rzeczy, które są istotne w ruchu drogowym w CA, i które może ułatwią świeżynkom poruszanie się na amerykańskich ulicach.
Bo jeśli się do wszystkiego zastosujemy to obędzie się bez stłuczek, bez mandatu i ogólnie ułatwimy sobie czas spędzony w samochodzie, a w USA trochę go będzie.
Dziś część pierwsza, bo jest tego sporo, a chcę to ładnie, poetycko opisać.



ROZDZIAŁ PIERWSZY.
O ZATRZYMYWANIU SIĘ.

Po pierwsze primo.
Można skręcać w prawo na czerwonym.
Tak wiem, dziwne.
Ja dopiero po dwóch tygodniach tutaj dowiedziałam się dlaczego niektórzy na mnie trąbili jak nie jechałam i grzecznie na prawym pasie czekałam na zielone.
Przy tym skręcaniu oczywiście  najpierw trzeba się zatrzymać, uważnie rozejrzeć i dopiero wtedy jadymy.
Na niektórych skrzyżowaniach jednak jest taki znak:

No to wtedy nie można :)


Po drugie primo.

Skrzyżowania równorzędne ze STOPem.


BARDZO popularne w USA.
Wygląda to tak, że mam znak STOP z 4 stron i ruch odbywa się na zasadzie: kto pierwszy ten lepszy.
Zasada te obowiązuje również, gdy zepsute światła drogowe migają na czerwono lub żółto.
Jeśli jest to małe, nieruchliwe miejsce to jest oczywiście prosto, bo bardzo łatwo jest ogarnąć trzy pozostałe samochody i zobaczyć,  który zatrzymał się pierwszy.
Gorzej jak jest parę pasów i np. 6 innych aut.
Tak ciekawie jest w moim miasteczku, na  głównym skrzyżowaniu, gdzie światła często się psują.
Tam zazwyczaj jest więcej niż 6 samochodów..


Niezły kocioł. Oczy dookoła głowy. I zgadywanie, który samochód zatrzymał się sekundę przede mną, a który po mnie.
Co najlepsze: nigdy nikt na nikogo nie trąbi, każdy spokojnie czeka na swoją kolej, nikt nie macha w obraźliwych gestach do innych.
Nie ma tak, że wszyscy na raz wjeżdżają na skrzyżowanie i klops.
Zawsze, gdy ta sytuacja ma miejsce i to w godzinach szczytu, nie mogę wyjść z podziwu jak  ruch płynnie przebiega.
Bez żadnego problemu.
I od razu przypomina mi się artykuł, w którym pomysł wprowadzenia tego typu skrzyżowań na obrzeżach Gdańsku, został zmiażdżony i wyśmiany przez internautów.
Osobiście również nie wyobrażam sobie tego w Polandii.
Nie ta kultura jazdy. Niestety.
I raczej nikt nie zaprzeczy.
Przykro mi, ale widzę to tak:





Trzecie primo.
W USA często odlicza się, jak to fajnie nazwał Ross w "Friends": Mississipply.
Czyli: One mississippi, two mississippi itd.
Chodzi o to, że czas w jakim to wypowiadamy równa się jednej sekundzie, i w ten sposób można łatwo równomiernie odliczać czas.
No więc mississipi do zatrzymania samochodu ma się tak, że prawidłowe zatrzymanie na znaku STOP powinno trwać minimum One Mississippi.
Żeby dokładnie ocenić, kto był pierwszy.
Żeby oszacować niebezpieczeństwo.
Żeby nie dostać mandatu.
A mój host takowy właśnie za nieodliczanie dostał.
Bo policja się czai jka ten czajnik za równorzędnymi skrzyżowaniami i czyha.
I patrzy kto tylko muśnie hamulec, zwolni do 1mph i będzie udawał, że się zatrzymał.
Bez litości. 250 dolarów.
Więc radzę odliczać..





Po czwarte.

Jeśli gna straż pożarna, karetka, policja lub cokolwiek co ma światełka na dachu i hałasuje to robimy PULL OVER, czyli zjeżdzamy na bok i się zatrzymujemy.
W mieście należy uważnie się rozglądać i patrzeć na którym pasie jedzie pojazd, bo od tego zależy czy musimy zjechać na bok czy mamy stanąć.
Gdy jesteśmy na autostradzie to należy zjechać na prawo i zwolnić.
Na drodze do szkoły młodych jest szpital, więc mam okazję często przepuszcząc karetki  i również za każdym razem jestem pozytywnie zaskoczona jak ludzie reagują.
Ostatnio byłam blisko dużego skrzyżowania i usłyszałam karetkę.
I mimo, że było zielone światło nikt nie śmiał wjechać na to skrzyżowanie.
Wszystko zamarło, jedynie samochody obok mnie zjechały na bok by przepuścić ambulans.
Dopiero jak on przejechał na bezpieczną odległość ruch wrócił na drogę.
I nie ma polskiego zwyczaju, że gnamy za karetką, bo ona robi fajny, pusty pas za sobą :]




Po piąte.
School Bus.
Jeśli ma wystawiony znak STOP i migające światełka nie wolno dookoła niego jeździć.
Gdyby ktoś jednak bardzo chciał to przyjemność kosztuje 250$.
Tak więc zatrzymujemy się i czekamy cierpliwie aż milion dzieci z niego wysiądzie.
Albo i dwa  miliony.




Po szóste.

Zatrzymywanie się dłuższe, czyli parkowanie.
Znaków na ograniczenie parkowania jest tysiąćpięćsetstodziewięćset.
Do tego są jeszcze koloru krawężników:
czerwony: nawet nie podchodź!
żółty: hop z i hop do samochodu w celu wyrzucenia pasażera lub czegoś i nie może to zająć więcej niż 3 minuty.
biały: hop z/ hop do plus występują inne ograniczenia w postaci godzin, lub specyfikacji miejsca, przed którym ów krawężnik jest.
zielony: ograniczenia czasowe, z reguły w minutach
niebieski: tylko inwalidzi

Do limitów czasowych podchodzi się tu bardzo serio, o czym może świadczyć chociażby opisany już wcześniej mandat za moje 11 minutowe spóźnienie.
Więc jeżeli jest napisane, że ten parking jest na 27 minut, to radzę wam tam być już po 25 min.
Tak na wszelki wypadek jakby policji zegarek szybciej chodził.





Koniec części pierwszej.
CDN....



CZĘŚĆ DRUGA: Ale jazda! vol 2
CZĘŚĆ TRZECIA: Ale jazda! vol 3

piątek, 4 maja 2012

Duża ryba.



No nie do końca ryba.
Bo wieloryb. Ssak.
Ale, że taką miałam wizję tytułu to będzie ryba i koniec.

Z wielorybem było tak, że trafiła się dobra oferta ze strony www.travelzoo.com, i tak za 4 godzinny rejs zamiast 50 $ zapłaciłam tylko 25$.
Statek vel Łajba wypływał o godz 10.00 z Moss Landing w zatoce Monterey. 


Ekipa polująca na Moby Dicka była godna: Cookie Monster, ja i dwie Monsterowe koleżanki.
Pani Kapitan Z Portowej Gdyni wygląda tak: 


Zanim wturlaliśmy się na pokład, Pani Z Załogi uświadomiła nas, że nie należy wyskakiwać za burtę, nie wolno rzygać pod wiatr i poprosiła aby uprzejmie poinformować chwilę wcześniej, że owe rzygi będzie się uskuteczniać.
W celach zapobiegawczych Pani Z Załogi dała wszystkim specjalny olejek eteryczny, którym naciera się miejsce za uszami i poinformowała, że na pokładzie jest pełno cukierków, batoników i herbat z imbirem, który super koi rozlatany żołądek.
No to płyniemy.
Wbiłyśmy się na sam przód łodzi i rozsiadłyśmy się na "kanapie".


Zwarte i gotowe na spotkanie z wielorybami.
Ahoj!
Jak tylko wypłynęliśmy z zatoki zaczęło nieźle bujać.
Wszyscy siedzieli w środku i trzymali się ścian, a my dziarsko na rufie bujamy się od lewej do prawej i się chichramy. 
Po godzinie od startu pierwsze jednostki zaczęły się wykruszać, tzn nie pomogły ani olejki, ani ciasteczka z imbirem.
Po półtorej nasze towarzyszki też wymiękły i dołaczyły do zielonkawej części wycieczki.
Słyszałam jak Pani Z Załogi mówiła do Kapitana, że dawno tak chorej ekipy nie mieli.
A my tam z Monsterem szalałyśmy ze zdjęciami i biegałyśmy po całym pokładzie :P
Titanic, wersja kalifornijska:




Po dwóch godzinach Kapitan krzyczy: WIELORYB!!!!
A nawet i dwa.
To się poderwałyśmy i wpatrujemy się w tą wodę jak ta sroka w gnat.. i NIC!
Pani Z Załogi przez mikrofon mówi, że jest, pływa i się wynurza, a my nic nie widzimy!
Fala, fala, woda, woda, fala.
I NIC!
No przecież wieloryba rozpoznam!!
Cóż za frustracja...


No w końcu udało nam się ich wypatrzyć. 
Matka z dzieckiem.
Za dużo się nie pokazywali, ale..
Płetwa była? Była.
Ogonem pomerdał? Pomerdał.
Fontannę wypuścił? Wypuścił.
Znaczy się rejs udany. Wieloryb widziany. :)
Nawet niektórzy Zieloni się ocknęli i wstali zobaczyć co to tam pływa.
A pływało to:















I co- duża ryba nie? :P


Następnym razem mam nadzieję, że tak będą skakać z radości na mój widok:


  A tak prawdopodobnie wyglądały pod wodą: 




Na koniec jeszcze troszkę biologii:

Humbak należący do rodziny płetwali osiąga rozmiar od 11,5 do 17 m i wagę od 30 do 48 ton. 
Zwykle żyją samotnie lub w małych przejściowych grupach, które łączą się i rozpadają niekiedy w ciągu kilku godzin.
Średni wiek to ok40-50 lat jednak niektóre osobniki dożywają nawet 80. 
Humbak jest gatunkiem bardzo rzadkim i zagrożonym wyginięciem. 
Słynie z wydawania wyjątkowych pieśni, niskich złożonych dźwięków, słyszalnych na przestrzeni setek kilometrów, trwających około 10–25 minut. 
Każdy osobnik ma unikatowy dla siebie wzór na płetwie ogonowej.
Zaloty: Rywalizacja jest zwykle zacięta. Grupy liczące niekiedy 20-30 samców zbierają się wokół jednej samicy lub małej grupy samic, po czy zaczyna się prezentacja. Samce próbują zainteresować samicę dzięki popisom, w tym wysokim wyskokom nad wodę czy też uderzeniom płetw ogonowych o powierzchnię wody. Zaloty mogą trwać nawet kilka godzin, ponieważ w miejsce odrzuconych samców pojawiają się kolejne. Niekiedy obserwuje się zaloty ponad 40 samców próbujących uzyskać względy u jednej samicy.

No proszę jak się panowie muszą namęczyć :D

I tym oto śmiesznym faktem kończę i odpływam w siną dal.
Ahoj!



piątek, 27 kwietnia 2012

Po drugiej stronie mostu.

Każdy kij ma dwa końce.
Most też.
Jeden koniec Wiadomo Jakiego Mostu jest SF, drugi w Sausalito.
Ponieważ pogoda w ostatni weekend bardzo dopisała (32stopnie!) to wrzuciłam koleżanki w samochód, co by się paliwko zwróciło, i pojechałyśmy do owego Sausalito.
Drugą opcją dojazdu jest Golden Gate Ferry.
Statek płynie ok pół godziny i można zabierać rowery.
Koszt biletu to niecałe 10$, ale niestety nie wiem ile za żelastwo.
Ale wiem na pewno, że należy kupić bilety dużo wcześniej, jeśli chcemy wyjechać o konkretnej godzinie, bo kolejki  do budek były nieziemskie, klienci poddenerwowani a miejsca na statku ograniczone.
Wrócimy  do miasteczka.
Jest ono przeurocze, przemalownicze, przeżeglarskie, przezatłoczone i do przejścia w całości w niecałe 3 godziny.


 Po takim spacerku wszystkie byłyśmy godnie przypieczone i zmęczone, ale dzień wykorzystałyśmy maksymalnie.
Zresztą co ma zmęcznie do takiego widoku podczas lunchu:




Jedną z atrakcji Sausalito, na którą polowałam, są kamienie.
Konkretniej to stos kamieni.
A jeszcze konkretniej to balansujący stos kamieni.
Wygląda to tak:





Super glue jak nic.
A tu nic z tego.
Pan Kamieniarz ustawia je osobiście przed licznie zgromadzoną publicznością.
Pyka tymi kamolcami, obciera jeden o drugi, coś tam zaklina pod nosem, rzuca zaklęcie, zabiera ręce, no i masz!
Balansują jak się patrzy.



Dla zainteresowanych polecam obejrzeć ten filmik, gdzie widać więcej konstrukcji: http://www.youtube.com/watch?v=CuMAC6Dy66c
A tu strona Pana Kamieniarz Billa, który jak nikt inny umiał znaleźć balans i równowagę w swoim życiu.http://www.rock-on-rock-on.com/index.html
;)


Tak więc jak już zostałyśmy wyprowadzone z równowagi poszłyśmy się pobujać.

A bujałyśmy się w pływającej dzielnicy Sausalito Floating Homes w skrócie Houseboats
czyli jak Cię nie stać na działkę w mieście to kup sobie kawałek wody.
Musi ich fajnie kołysać do snu.












    a to z cyklu: kochanie wpłynąłeś samochodem do garażu??


A na koniec będzie koniec.
Koniec mostu.

te czerwone przęsła po prawej to oczywiście GG



i jak tu nie kochać SF? i jak tu nie kochać Golden Gate?


Nie obejdzie się również bez filozoficznego, czarno białego, nostalgicznego autoportretu z kawałkiem jakiegoś żelastwa w tle.




A już w najbliższą sobotę płynę polować na Moby Dicka, czyli szykuje się 4godzinny rejs z zatoki Monterey w pogoni za wielorybami :)

wtorek, 24 kwietnia 2012

Wkurz.

Stwierdzam wkurzoność, płaczliwość i nerwowość
bo poniedziałek.
bo gremliny.
bo moja agencja jest beznadziejna.
bo kobiecość.
bo wszystko.
foch.




Najpierw  wstałam niewyspana i to jeszcze złą stroną łóżka.
Pogoda zła, łyżeczka za głośno miesza herbatę, tost za spalony.
Na dodatek PMS.
Więc wiadomo, że bez kija lepiej nie podchodzić.
Potem mail od agencji, że a i owszem dokumenty o przedłużenie roku dostali, ale muszę mieć mega oficjalne, biurowe, opieczętowane potwierdzenie z adult school, że robiłam tam kursy.
Problem w tym, że szkoła takich nie wydaje.
Pani W Sekretariacie tak powiedziała.
I to trzy razy.
Bo trzy razy pytałam, żeby się upewnić.
Raz osobiście, potem telefonicznie  i na końcu mailowo.
Pełna konspira.
Chyba się jednak zorientowała, że to jedna osoba pyta.
Jak nie dają zaświadczeń to nie.
Dlatego wcześniej ściągnęłam ze strony agencji odpowiedni formularz, które nauczycielki mi podpisały i ten wysłałam.
Źle.  Bad. Schlecht.
I teraz dumają co mam zrobić.
Ta agencja jest bardzo chaotyczna.
Na dodatek moja LC jest beznadziejna.
Nic nie wie co, jak, z czym, do kiedy.
Olewa wszystko zupełnie.
Chyba jej aż osobny post niedługo poświęcę.
Tak więc z całym tym  papierowym bajzlem sama sobie muszę dać radę.
Po południu odebrałam młode.
Utknęliśmy w korku więc, żeby zabić ciszę pytam się czy były w takim aquaparku niedaleko, bo chciałabym je tam zabrać w wakacje.
Chciałam dobrze....
A oni ni gruszki ni z pietruszki zaczęli mi wyliczać jakie to inne nianie są fajne, bo pozwalają  wpierniczać cukierki, pić coca colę, i w takie super miejsca je zabierały, a ja im tylko każę lekcje robić i zmuszam do grania na pianinie.
A może ja to w mało miejsc je zabierałam?!
Może mało ciekawych rzeczy w mieście im znajdywałam?
A może to moja wina, że teraz są starsze, mają zadania domowe i mnóstwo rzeczy do robienia ze szkoły?
A może to ja sobie wymyśliłam te ich wszystkie zajęcia dodatkowe i obowiązki?
Grrrr.
Wieczorem w domu obiad za pikantny.
Młode skaczą po głowie i nawet po pracy siedzą ze mną.
A we mnie bomba tyka.
Na dodatek pająk wielki, czarny, kudłaty chodzi i szyderczo się uśmiecha.
Normalnie to bym go od razu w łeb kapciem.
Ale w dniu dzisiejszym to chyba go własnym wzrokiem zabiję...



SIOSTRO! CZEKOLADĘ! SZYBKO!!!!!!!!!!!!!!!!!
ALBO I ZE TRZY!


środa, 18 kwietnia 2012

IHAAAAA!

Zanim zaczniecie czytać proszę o wydanie z siebie porządnego okrzyku kowbojskiego jak w tytule, coby się wczuć w klimat.
Co odważniejsi mogą założyć kowbojski kapelusz, owinąć szyję apaszką, puścić "Walk the line" i zacząć to czytać w samo południe....



No i stało się.
Jeden z głównych punktów na liście TO-DO oficjalnie odhaczony.
Rodeo, rodeo, rodeo.
Wszystko odbywało się w miasteczku Oakdale, (2h od SF ) które uznawane jest za kowbojską stolicę świata ze względu na posiadnie największej ilości profesjonalnych kowbojów. 
Rodeo organizowane jest raz do roku i trwa dwa dni.
Tegoroczna edycja była 61-szą.
Wybrałam się tam z trzema koleżankami, w tym Cookie Monsterem i wszystkie oczywiście godnie kowbojsko się wystroiłyśmy.
Panna Anna wydanie kowbojskie wygląda tak:




Dojechałyśmy tam na 11.00 i od razu poczułyśmy się jak na rodeo, bo wjeżdzamy sobie grzecznie na parking,  a tam pani mówi : proszę jechać za koniem. kon wskaże wam miejsce. czaaaad.





Po dwugodzinnych ochach i achach z powodu obecności tylu kowbojów, zasiadłyśmy w końcu na trybunach gotowe na wielkie show.
Zawody rozpoczęły się  paradą o 1.30.
Na końcu jechał koń bez jeźdzca,  który symbolizował wszystkich tych, którzy zginęli  w czasie rodeo, wypadkach na koniach itp.
Wszyscy w tym momencie wstali i ściagnęli kapelusze oddając hołd.
Na minutę nastała idealna cisza.
Niesamowite przeżycie.




Potem były oklaski, wiwaty, okrzyki, no i się zaczęło....
była jazda na bykach, na koniach, łapanie cielaków na lasso, i na dwa lassa oraz wiązanie cielaka.
Upadki i zmagania były bardzo efektowne gdyż cała arena była pokryta conajmniej pół metrowym błotem.
Więc jak ktoś spadał z byka to było jak z tą kromką chleba: posmarowanym do dołu.
Znaczy się twarzą.
Dopingowałyśmy wszystkich bardzo intensywnie.
Przeżywałyśmy każdy upadek i każdy wyniki.
Wczułyśmy się na maxa.
Siedziałyśmy jak zaczarowane przez pięć godzin.
Do samego końca.

Potem miałyśmy trochę czasu wolnego i o 19.30 wybrałyśmy się na imprezę country.
Przystojnych kowbojów jak "mrówków"a my niewiasty siedziałyśmy sobie na snopku siana i tylko się szczerzyłyśmy.
Przez cały czas miałyśmy uczucie, że oni wiedzą, że my to nietutejsze.
Że o! panny z MIASTA przyjechały.
Ubrały się w jeansy i koszulę w kratę i myślą, że są kowbojkami.
Ano myślą.
Więc poplumkałyśmy trochę w rytm country i o północy wylądowayśmy w domu.
Bawiłyśmy się świetnie i oczywiście za rok też jedziemy!

My tu gadu gadu a zdjęcia czekają.
Tutaj wrzucę tylko parę. Resztę znajdziecie na blogowym facebooku.
Nakręciłam też filmiki, które będą na moim kanale na YT, tylko sobie najpierw muszę hasło przypomnieć :P

 IHAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!



















                                                            my future husband :D













Dodaj napis



                                                        patrz synu. ależ ona ma tyłek! klacz oczywiście.....



                                   a mówili: nie wciskaj kapalusza na ten swój wielki dekiel :]

IHAAAAA!

sobota, 7 kwietnia 2012

Ale jaja!


Dwa kurczaki w koszu siedzą
I rzeżuchę sobie jedzą,
Baran w szopie zioło pali
Pewnie zaraz się przewali,
Ksiądz za stołem już się buja
Wesołego Alleluja!!


życzą dwie zakonnice w przebraniu:)

środa, 4 kwietnia 2012

Wyrok.

Wyrok brzmi: rok w zawieszeniu na dwa lata, bez możliwości wcześniejszego zwolnienia warunkowego
...
...









...
czyli przez najbliższy rok nadal mam zamiar być zawieszona w amerykańskiej rzeczywistości i nie mam zamiaru wracać ani dnia wcześniej, dopóki nie zobaczę wszystkiego co chcę :)

Tak. Zaczęłam procedurę przedłużania pobytu o 12 miesięcy.
Tak. Jak już całą papierkową robotę zakończę to ładnie, poetycko to opiszę.
Tak. Nie mam pojęcia kiedy ten czas od czerwca zleciał.
Tak. Mogłabym zmienić HF i wyjechać na drugie wybrzeże, ale lepiej z rodziną na pewno nie trafię, no i zakochałam się w Californii.
Tak.  Nie wyobrażam sobie, że miałabym teraz już wrócić, bo jeszcze tyleeeeeee mam do zobaczenia.
Tak. Cieszę się bardzo, że mogę tu zostać.
Tak. Już zaczynam się zastanawiać, co by tu wykombinować po powrocie.
Tak. Kończę już na dzisiaj i idę spać.
Tak. Dziś będzie bez obrazka.
Dobranoc.