piątek, 6 stycznia 2012

Przyleciał. Przeleciał. Odleciał.

Samolot oczywiście.
A wam tylko jedno w głowie, zboczuchy  jedne.

W październiku z okazji moich urodzin, San Francisco urządziło pokaz akrobacji lotniczych zaraz przy Golden Gate.
Do samolotów słabość mam, a i owszem, więc prezent jak znalazł.
Główną atrakcją były pokazy grupy akrobatycznej marynarki wojennej Blue Angels.
Byłam oczarowana. 
Latali cudnie.
Prosto na siebie, do góry nogami, bokiem.
Robili pętelki, świderki, kółka, srółka, prostokąty.
Wszystko okraszone rykiem silników zakłócanymi nieustannie moimi ochami, achami, ojejami i wowami.
Kark mnie bolał od zadziernia głowy.
Chwilami nie wiedziałam czy robić zdjęcia, czy skupić się na oglądaniu.
Wygrało oglądanie.
Podobało mi się tak bardzo, że przyjechałam do SF również drugiego dnia, bo mieli powtórkę show.
Niestety chwilę przed pokazem zza Golden Gate wysunęła się gęsta mgła, która uniemożliwiła pokaz.


A teraz historii lekcja krótka:

Blue Angels toutworzona w 1964 w USA i obecnie najstarsza, zarejestrowa, latającą grupa akrobatyczna.
Krótko po zakończeniu II w. św., 24 kwietnia 1946, amerykański generał wydał rozkaz utworzenia lotniczej grupy pokazowej, której głównym zadaniem miało być publiczne prezentowanie możliwości samolotów marynarki wojennej USA i poziomu wyszkolenia jej pilotów.

Wkrótce grupa - stacjonująca na stałe w Jacksonville Naval Air Station (NAS) na Florydzie - pokaz. rozpoczęła ostre treningi i już 10 maja 1946 doszło do pierwszej publicznej prezentacji zespołu - na razie tylko przed przedstawicielami marynarki. Występ bardzo się spodobał. Dzięki temu grupa została dopuszczona do prawdziwych występów. Do pierwszego z nich doszło już 15 czerwca tego samego roku. W okresie tym zespół składał się z czterech pilotów i jedenastu osób personelu technicznego, a sam pokaz trwał zaledwie 17 minut.

19 lipca 1946, nadano zespołowi nazwę Blue Angels, którą zaczerpnięto z... gazety! Tak nazywał się bowiem klub nocny w Nowym Yorku, reklamowany w the New Yorker Magazine.

W 1952, podczas lotu pokazowego na terenie bazy w Teksasie doszło do zderzenia w powietrzu dwóch samolotów. W wypadku zginął jeden z pilotów. Loty wznowiono po 2-tygodniowej przerwie.
W 40. rocznicę utworzenia grupy, 8 listopada 1986, w Pensacola odbyła się uroczystość przekazania personelowi Blue Angels całkiem nowych samolotów F/A-18A/B Hornet - na których zespół lata do dziś.
Tak w latach 1940., gdy Blue Angels dopiero wkraczali w świat latania zespołowego, jak i teraz jednym z najważniejszych zadań zespołu jest oddziaływanie na wyobraźnię młodych ludzi, budującą korzystny wizerunek służby w siłach zbrojnych USA, skłaniający do rekrutacji do US Navy i US Marine Corps.

Blue Angels trenują zwykle na Forrest Herman Field w NAS Pensacola na Florydzie (gdzie na terenie położonego tam Museum of Naval Aviation znajduje się specjalny taras dla gości, umożliwiający obserwację zespołu podczas treningu), jednak w czasie zimowych miesięcy, tj. od stycznia do marca, ćwiczący przenoszą się do Naval Air Facility w El Centro w Californii.

Dowódca grupy musi legitymować się nalotem co najmniej 3000 godzin na woskowych odrzutowcach i doświadczeniem w dowodzeniu jednostką bojową. Lata on F/A-18A z numerem 1. Pozostałymi latają piloci US Navy lub US Marine Corps z nalotem minimum 1250 godzin. Piloci C-130T muszą legitymować się nalotem co najmniej 1200 godzin na samolotach transportowych.
Do grupy należą też m.in. oficerowie ds. administracji, kontaktów z prasą, zaopatrzenia, a także lekarz. Zwykle służba w Blue Angels trwa od dwóch do trzech lat. W sumie, do końca 2006 przez zespół przewinęło się ponad 230 pilotów i 31 dowódców (w tym, jak już wspomniano, dwóch dowodziło grupą dwukrotnie).

Hornety Blue Angels - malowane w oficjalne barwy US Navy - złoty i niebieski - wyposażone są w generatory dymu, który wytwarzany jest poprzez wpompowanie specjalnego oleju bazującego na parafinie (i ulegającego biodegradacji) bezpośrednio do dyszy wylotowej samolotu, gdzie natychmiast wyparowuje, tworząc biały dym. Smuga dymu ułatwia pilotom wzajemną orientację w przestrzeni, tym samym zwiększa poziom bezpieczeństwa lotów. Jednocześnie białe smugi na niebie uatrakcyjniają cały pokaz, umożliwiając widzom śledzenie toru lotu poszczególnych samolotów. W razie potrzeby myśliwce mogą zostać przywrócone do pełnej konfiguracji bojowej (zabudowa działka, którego normalnie są pozbawione i zmiana malowania) w ciągu 72 godzin od wydania takiego rozkazu.Podczas pokazów wykorzystywanych jest tylko sześć samolotów, w tym jeden zapasowy, najczęściej w wersji dwumiejscowej. W tylnej kabinie tego samolotu od czasu do czasu loty odbywać mogą przedstawiciele lokalnych mediów (akredytowani dziennikarze lub osoby rekomendowane przez organizatorów i sponsorów imprezy). Oczywiście muszą oni najpierw przejść badania lekarskie i uzyskać akceptację pilotów Blue Angels. Zdarza się sporadycznie, że loty takie proponowane są też tzw. VIP-om, ludziom z show bussinesu, świata filmu, sportu czy muzyki.  W 2006 r do zespołu należało aż 15 kobiet.

By pokaz mógł dojść do skutku, widoczność musi wynosić co najmniej 5 kilometrów, a wysokość podstawy chmur co najmniej 500 m. W razie potrzeby, zespół może wykonać tzw. flat show, czyli pokaz składający się z kilku, dość ograniczonych manewrów. Najwyżej podczas pokazów piloci Hornetów wznoszą się na wysokość około 4 500 metrów, a najniżej latają na wysokości nawet 15 metrów!
Zespół podzielony jest na dwie nieformalne grupy - Diamonds (samoloty od nr 1 do nr 4) oraz Opposing Solos (numery 5 i 6). Większość pokazu podzielona jest pomiędzy te dwie drużyny. Diamonds wykonują manewry w ciasnej formacji i zwykle na niewielkiej prędkości, natomiast Solos latają zwykle nieco poniżej prędkości dźwięku i maksymalnie wykorzystują możliwości swych samolotów - wykonują m.in. popularne mijanki i figurę zwaną lustro. Obecnie program trwa około 45 minut i obejmuje prawie 30 różnych manewrów.

(źródło: http://www.forum.spotter.pl/)

Ufff, tyle tekstu!
Jak ktoś tu dobrnął to gratuluję i zdecydowanie zasłużył na parę zdjęć:





 


 








W skrócie: zalatana byłam.


.

wtorek, 3 stycznia 2012

Noworoczne przedsięwzięcia.

Dopiero 2 stycznia a postanowienia noworoczne już wzięło w łeb.

Miała się przestać obżerać, coby nie płacić nadbagażu za kwadratowe polsko-amerykańskie dupsko.
A siedzi i zagryza Pringelsy czekoladą, przezssiewa cukierkami i zapija coca colą.
Pringles multi grain, ale jednak.


Miała odkładać rzeczy na miejsce i sprzątać na bieżąco.
A już musi 10 minut sprawdzać czy sierściuch koci jest w jej pokoju, czy nie.
Bo nawet ogonu nie widać spod stosu papierów.


Miała iść spać o cywilizowanej porze.
A musi obejrzeć po raz milionowy "Friends" w tv.
Bo codziennie 4 odcinki pod rząd puszczają. Aż do 1.00 w nocy.
Nie szkodzi, że już prawie wszystkie zna na pamięć.


Miała zacząć oszczędzać.
A tu już 1 stycznia:
oooo balsam taki taaaani, a to trzy wezmę..
oooo jeansy, no taka promocja!
oooo kredka do oczu.. no dla mamy to nie mogę nie kupić..
oooo i pusto w portfelu.
oooooo ojojojojojoj.


Miała coś przedsięwziąć...
a tu niespodzianka, bo i przedsięwzięła.
Na dwa kolejne kursy się zapisała.
Popłynie w rejs po zatoce oglądać wieloryby.
Idzie na kurs nurkowania.
Kupiła półroczny karnet na zumbę (żeby się sama w wieloryba nie zamienić).
Idzie na warsztaty fotograficzne do San Francisco.
Zaczęła wiązać włosy i się okazało, że pod lokensami jakaś twarz jednak jest.
Byle jaka, ale jest.
No i zamiast na Hawaje to kupiła bilet na dwa tyg w lutym do Polandii.
Bo się stęskniła przeokrutnie.



A wy jaki szerg przed i po noworocznych przedsięwzięć przedsięwziujecie**?
Bo każdy coś przedsięwzi.
Wszyscy coś wezmą, jeden przedsięwzie, drugi przedsięwzi, trzeci przedsięwzi, oni wszyscy wziują.
Zwłaszcza 1 stycznia.

Więc na Nowy Rok życzę wszystkim szczęścia w przedsięwziewaniu, a nie zdrowia i pieniędzy.
Bo na Titanicu wszyscy byli zdrowi i bogaci, tylko szczęścia im zabrakło.



Szczęśliwy człowiek przedsięwziujący każdą chwilę grudniowego słońca wygląda tak:






**Soczysta, niegramatyczna odmiana trudnego słowa zaczerpnięta z:

piątek, 23 grudnia 2011

Ho Ho Ho!

Wiersz nr 1. Poezja własna z elementem przepowiedni:

Merry Christmas, Christmas Merry,
po świętach grubszam o kilo cztery.



Wiersz nr 2. Znalezione gdzieśtamkiedyśtam i co roku śmieszy mnie tak samo. A nawet i bardziej.


When snow pada na trotuar
And the children happy are,
When ślizgawka on the street,
And we all a grzaniec need,
Then you know, to wydarzenie:
It is coming Boże Narodzenie.


All parkingi są zajęte,
People jeżdżą jak najęte,
Tesco, Auchan, Hypernova,
Gorączka nearly zawałowa
Shopping choinkowe things
And the Christmas rings.


Mother in the kitchen bakes
Sernik, piernik i z polewą keks
Daddy zaś w living pokoju
Choinkę wielką ustroił
He is hanging big balls szklane,
Wherever he only z drabiny nie spadnie…


Finally rodzinka liczna i cała
W living roomie się zebrała
Now sings the happy family
„Oh, what a wonderful christmas tree”
And in the house każdy zajęty
Bo choinkowe roz-packing prezenty.


Mama ukrytą finds pod choinką
Patelnię z teflonu i bardzo red szminkę,
Papa gets socks and red krawatkę,
Children zabawki i shirts na dokładkę.
President speaks potem on TV,
Wszystko around in harmony.


Póki się mother do kitchen nie udała
i gęsi świątecznej all burned nie ujrzała.

And so comes brave straż pożarna,
Na wszystko ready i bardzo ofiarna
And they bring very, very long węże
I także drabiny jak mountains potężne.
Otwarli zawory i woda aż chlupie,
Christmas mają wszyscy już teraz w…


Merry Christmas, Merry Christmas,
Hear the music, enjoy ten czas,
Wesołych świąt, wesołych świąt,
Merry Christmas, pozdrawiam was…




WESOŁYCH ŚWIĄT!!

środa, 21 grudnia 2011

Chora od zaraz..

 Zaraz. Taki duży zarazek.





No i pieczenie marshmallows po nocach w grudniu wyszło mi bokiem.
Boczkami też, bo tak  mi zasmakowały..
A bokiem wyszło mi tak, że sobie z Jo przy ognisku zaczęłyśmy śpiewać.
Płonie ogniskoooo w lesieeeeee....
Tyle słońcaaaa w cAAAAłym mieścieeee...
Od wyboru to koloru.
Idol, Mam Talent i Jaka to melodia w jednym.
Po 3 godz jak opuściłyśmy to ogniskowe ciepełko to zaczęło mnie boleć gardło.
Calutką niedziele przeleżałam w łóżku faszerując się tutejszym Fervexem, witaminami i herbatą z miodem.
A tu w poniedziałek rano ani me, ani be ani kukuryku.
Na dodatek dzieciaki zaczynały ferie zimowe..
Dźwięk z mojego gardła przypomniał raczej zatkaną, krztuszącą się rurę wydechową.
Nawet śliny nie mogłam przełknąć.
Szeptem wydukałam hostce, że nie mogę mówić i, że w sumie to bym musiała iść do lekarza.
Tylko gdzie?
Zadzwoniłyśmy do mojej LC, ale ta niestety nie obierała telefonu.
Przypomniało mi się, że na szkoleniu dostaliśmy ubezpieczenie na cały nasz pobyt i tam jest adres strony, na której mamy znaleźć lekarza, który ma podpisaną umowę z agencją.
HM mi go wyszukała i umówiła wizytę.
Lekarz starszawy hindus.
Mówił strasznie niewyraźnie, i sytuację tę tylko pogorszył zakładając maseczkę.
Juuuu szhuuuuddd taaaakekeke blablabla.
Za przyjemność spędzenia 3 minut z hindusem plus wypisanie recepty policzyli sobie 100$ :/
Masakra.
W aptece przed wydaniem leku poprosili mnie o pokazenie ubezpieczenia i powiedzieli, że oni tego nie uznają, więc muszę zapłacić pełną cenę.
Na szczęście od ceny leku nie dostałam jeszczej większej gorączki.
Bo po kwocie 100$ za wizytę, 16$ za antybiotyk nie zrobiło na mnie dużego wrażenia.
Mam go brać przez 4 dni i się wygrzewać.
Jak się domyślacie chora au pair to problem dla rodziny.
Zwłaszcza jak dzieciaki akurat mają wolne.
Na szczęście zamiast mnie mogła przyjść moja koleżanka.
A ja leżakuję już trzeci dzień.
Przewracam się z boku na bok, śpię, słucham świątecznej listy przebojów i nadal jestem chora.
Ale na szczęście mogę już mówić.
Więc antybiotyk zaczyna działać.
Teraz pozostaje czekać czy w ubezpieczalni zadziała system oddawania pieniędzy za lekarza.
Muszę powypełniać jakieś formularze, porobić kopie rachunków i uzbroić się w cierpliwość.
Zobaczymy jak to działa w praktyce.
Jak tylko czegoś więcej się dowiem to na pewno dam znać :)




.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Świątecznie przed.

Za tydzień już święta.
A nastroju nie ma.
Brak śniegu- brak nastroju.
Choć wiem, że w PL śnieg jeszcze też nie zalega tonami na ulicach.

Co bym nie narzekała, to nie zaprzeczę, że to miła odmiana, tak sobie popatrzeć na palmy z choinkowym oświetleniem.
I, że  w połowie grudnia o 22.00 siedziałam przy ognisku piekąc swoje pierwsze w życiu marshmallows.
No dobra...pierwszego zjarałam całkowicie.
Ale reszta wyszła idealnie.

Jednak klimat jest tutaj bardzo świąteczno-konsumpcyjny.
W sklepach są ogromne przeceny więc wszyscy szaleją.
Więcej, taniej, jeszcze więcej, kupmy to!
Ileż oni tu mają gadżetow, pierdółek, dekoracji, drobiazgów świątecznych to się w głowie nie mieści.
Jedną z moich ulubionych rzeczy jest renifer.
Próbowałam sama zrobić zdjęcie renifera, ale niestety jest to bardzo ciężkie.
Wszystkie renifery, które mijałam poruszały się bardzo szybko lub były otoczone ludźmi więc nie było jak się dopchać.
Tak więc wstawiam zdjęcie znalezione w internecie.
Renifer wygląda tak:



I jak tu się nie uśmiechnąć.
Zwłaszcza jak można się czasem natknąć na całe stado! :)

Jak ktoś nie lubi reniferów to ma też wersję ze zwykłym wieńcem:



Tak więc jak widać święta u Amerykanów w pełni/

Oczywiście nie może się obejść bez odpowiedniej oprawy muzycznej.
Tradycyjnie co chwilę słyszę, że Marysia tylko mnie chce na święta, choć Dżordż  twierdzi, że już w zeszłe święta oddał mi swoje serce.
A ja nie chciałam i oddałam.
Głupia ja. Oj głupia.
Jednak najbardziej rozczula mnie Jaś, który swoim seksownym zachrypniętym głosem prosi mnie, żebym wróciła na święta do domu.
Niestety nie mogę wrócić.
I będą to moje pierwsze święta bez familii.
Więc ile razy on to śpiewa to mnie ściska.
A jak nikt nie widzi to i nawet intenstywnie nawilżam oczy.
Domyślam się, że nie ja jedna.

Przyznać się tu, która tam zagranicą by na święta chciała być w domu...
Choćby nie wiem jak nam za tą granicą dobrze było, to "dom Twój tam , gdzie serce Twoje"...i barszcz z uszkami plus pierogi :)

A teraz czas na świąteczną listę przebojów. Kolejnośc przypadkowa. Uwielbiam wszystkie.
Opróczy trzech nieśmiertelników, które wymieniłam już wcześniej, w dzisiejszym notowaniu znalazły się:

1. It's beginning to look alot like Christmas
2. Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!
3. Have a holly jolly Christmas!
4. Rockin' Around the Christmas Tree
5. Santa Claus is Coming To Town
6. Do they know it's Christmas time
7. Santa Baby
8.
9. Here Comes Santa Claus
10. Blue Christmas




Ho! Ho! Ho!

środa, 7 grudnia 2011

0,5..

 ...nie litra na głowę.
Pół roku minęło.
Aż pół, tylko pół czy po prostu pół?




Siedzę właśnie w amerykańskim rozciągniętym dresie z amerykańskim MAC-em na kolanach, gadam sama do siebie i to po angielsku na dodatek.
Nie dziwią mnie już ludzie w piżamach w sklepie.
Za to pani w skarpetkach  chodząca po ulicy trochę tak.
Szczerze odpowiadam na tysięczne pytanie "How are you doing?"
Na śniadania zamiast polskiej buły wcinam pełnoziarniste tosty z przeorganicznym dżemem.
Ale nadal zapijam herbatą.
Uwielbiam lunch'e i  brunch'e.
Kocham tutejsze autostrady i szerokie drogi.
Podoba mi się bardzo pomysł ze skrętem w prawo na czerwonym świetle.
Nie wkurzam się kiedy jest korek. Bo i tak się pruje 90 km/h.
110 /h to ja na kawę jadę.
Starbucks kosztuje grosze.
I miło jak mówią do mnie po imieniu.
Nie szkodzi, że jestem raz Ana, innym razem Hannah a jeszcze innym Annie.
Ludzie w supermarkecie jak mnie mijają to przepraszają, że musnęli i naruszyli swoim podmuchem  moją przestrzeń osobistą.
Z hamerykańskim uśmiechem oczywiście.
W sklepach można wszystko zwrócić.
Poza wczorajszym nieświeżym obiadem.
Ciuchy, buty, gumki do włosów, pinezki, wykałaczki.
Cokolwiek co nam się przestało podobać.
I nie trzeba się godzinę tłumaczyć czemu i wypełniać milion papierków, z podaniem i trzema zdjęciami włącznie.
"I'm not satisfied" i kropka.
Nasz klient, nasz pan.
Kasa z powrotem, fenk ju wery macz, si ju egen!
Pogoda jest cudna.
Wstaję rano i aż chce się wyjść.
Słońce, słońce i jescze raz słońce.
Aczkolwiek  "Last Christmas" w połączeniu z palmą przozdobioną bożonarodzeniowymi lampkami bardzo razi.
Śniegu nie ma, ale nie jeden bałwan się znajdzie.
Wkurzają mnie inch'e, feet'y, mile i farenheit'y.
Ameryka jest za daleko od Gdyni.
Zdecydowanie Pangea była by mi bardziej na rękę.
Tęskno, smutno i samotno mi czasem.
Ale można przywyknąć.
Coś za coś.
Widok Wielkiego Kanionu rekompensuje wszystko.
I na szczęście mam grupę wspaniałych znajomych, bez których nie wyobrażam sobie życia tutaj.
Dlatego następne pół roku minie jeszcze szybciej.
I trzeba będzie się znowu zastanowić co dalej.
Co, gdzie, jak wybrać.
Bo oczywiście wolałoby się mieć wszystko.
Ale nie można.

A jeśli się podoba w dwóch miejsach?
To problem z wyborem będzie podwójny.
Ehh.
Żeby nie było zbyt podnośle, to z okazji Mikołajek świąteczny pokemon do kolekcji:
Ho Ho Ho!


I obyście byli niegrzeczni! :)



P.S. szklanka szklance nie równa.

No i która szklanka jest wasza?
Bo ja pomyślałam o frytkach...........


Good Night America.

czwartek, 24 listopada 2011