wtorek, 24 stycznia 2012

Mysterious Mystery Spot.


W ostatni weekend nawiedziłam Ankę w Sunnyvale i wybrałyśmy się do Santa Cruz.
Bo nam się morza zachciało.
Ale o tym w kolejnym poście, bo zanim rzuciłyśmy się w otchłań fal morskich, zrobiłyśmy sobie  na trasie przystanek w Mystery Spot.
Brzmi tajemniczo?
Dobrze.
Mystery to Mystery.
Ale w pisaniu chodzi o to, żeby rąbka tajemnicy uchylić, więc uchylam deczko.
Otóż owy tajemniczy punkt to drewniany domek w środku lasu.



W drewnianym domku nie było by nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że stał on w zupełnie innym miejscu na wzgórzu, ale sobie zjechał w dół, do samego centrum magicznego okręgu.
Owy okrąg ma właściwości bardzo tajemnicze, i wszystko co się w nim dzieje przeczy zdrowemu rozsądkowi.
Oszukuje wszystkie zmysły.
Na pewno jakis naukowiec wytłumaczy te sytuacje logicznie i bardzo naukowo, ale  nie o to przecież chodzi.
Nam się nawet taki jeden w grupie trafił.
Biegał wszędzie ze swoją poziomicą i udowadniał, że jest milimetrowy spadek to tu a to tam.
Psuł nam zabawę, więc go szybciutko grupa uspokoiła.
No więc wracając do rzeczy magicznych.
Po wejściu do domku błędnik natychmiast wariuje.
Ania kujon-w-pierwszym-rzędzie wpakowała się oczywiście pierwsza :P
I... ledwo mogłam się utrzymać na nogach w środku!



Grawitacja ściągała( albo i spychała?) mnie tylko w jedną stronę, tak że aby pójść w drugą trzeba było włożyć duuużo siły.
Machałam rękoma jak napity koliber, żeby się utrzymać "w pionie".
Ahh pion.
Istotne słowo i zjawisko, ktorego ciężko było tam doświadczyć.
Pan za mną też trochę przegiął:

           Może wygląda to zwyczajnie, ale wierzcie mi, że utrzymać się tam to nie lada sztuka!

Kiedy już cała grupa napitych kolibrów wpakowała się do środka, nasz uroczy, słodziutki przewodnik pokazał nam słynny stół pod ścianą, do którego prowadziły trzy, malutkie schodki.
O mamo, to były najgorsze trzy schodki w moim życiu!
Kontrola ciała poziom -100!
Jak już udało się wdrapać na ten stół, to aby w pełni poczuć wariacje miejsca trzeba było przyjąć pozycję
a) wersja dla panów: na Supermana
b) wersja dla pań: Rose z Titanica

Zaczęłam od Rose..


ale jakoś bardziej pasował mi Superman:



Fachowo:



Cały pic polega na tym, że gdy staniemy na krawędzi stołu to tak nienaturalnie nas wygina, że nagle wisimy pochyleni o jakieś 45% do podłogi i powinniśmy już dawno spaść.
Upadły koliber jak nic.
A tu niespodzianka i można się wyginać, i wyginać do przodu a magiczna moc nas odpycha z powrotem.

W kolejnym pokoju kręciło w głowie jeszcze bardziej.
Mój błędnik był już chyba gdzieś w okolicach pięt, a tu czas na kolejne doświadczenie.

Trik nr 1.
Słodziutki przewodnik stanął przy kawałku skośnej podłogi i rzucił się na nią aby zademonstrować pompkę.
Pompka jak pompka. Ale..
Jak się podnosił z tej pompki (w takim samym ułożeniu ciała jak do pomki) to się tak wolno podnosił, że zdążył 4 razy wooooolno klasnąć w ręce.
Oczywiście też to przetestowałam.
Moja pompka raczej przypominała sflaczałą dętkę, ale efekt wolnego podnoszenia odczułam.
No nie ukrywajmy: gdyby nie ta magiczna siła to w życiu bym się nie podniosła :P

Trik nr 2 polegał na wejściu na pionową ścianę po kwadratowych, kilkucenymetrowych schodkach.
Niewykonalne bez trzymanki.
A jednak.
Człowiek wchodzący po pionowej ścianie wygląda tak:



(Zdjęcie nie jest zrobione całkowicie w pionie , więc traci trochę uroku, ale widać o co chodzi)

Fachowo:


Trik nr 3.
Pendulum vel wahadło vel dyndadło.
Jak wisi i dynda każdy wie.
Na tej półkuli ziemskiej powinno dyndać w kierunku zgodnym  z wskazówkami zegara, czyli w prawo.
A tu masz! Kręci się tylko w lewo.
Co więcej: skoro sobie dynda swobodnie powinno się je dać rozbujać lub pchnąć w każdym kierunku tak samo.
A tu masz! Nie da się!
Na zewnątrz domku- bardzo chętnie.
Do wewnątrz - zatrzymuje się. foch. nie buja się dalej.
Moja pełna aprobaty, naukowa mina mówi sama za siebie.



Po wizycie na salonach wychodzimy przed dom.
I nagle pach. Błędnik z pięt wraca na swoje miejsce.
Jak gdyby nigdy nic.
Ale to nie koniec magicznych pokazów.
Słodziutki przewodnik szuka ochotników.
Ania kujon-w-pierwszym-rzędzie oczywiście pierwsza. JA ja ja JA!
Tym razem wybrał w sumie 5 ochotników i ustawił nas na idealnie prostej, poziomej ławce.


Staliśmy od najmniejszego do największego wzrostem ( od lewej do prawej patrząc)
Kazał nam się obejrzeć, popatrzeć nawzajem i zobaczyć jaka jest różnica pomiędzy  skrajnymi osobami.
Następnie mieliśmy zamienić się miejscami, tak żeby najwyższa osoba stała na miejscu najniższej.
I co się okazało??
Jakimś cudem różnica wzrostu między tymi osobami była dużo większa!
Dryblas zrobił się jeszcze bardziej dryblasowaty a pani się skurczyła jeszcze bardziej.
A deska była idealnie pozioma.



Ehhh... moja mina- bezcenna...)
To doświadczenie robiliśmy  jeszcze raz po wyjściu z domku i raz na samym początku.
Zawsze osoba stojąca bliżej granicy okręgu była dużo niższa.
Nawet sceptyczna druga Ania przyznała, że zrobiło to na niej wrażenie :)
Ja tam szalałam z zachwytu jeszcze zanim doszliśmy do bramki z biletami.
Zdecydowanie nie byłam tam ostatni raz.
Następnym razem wybiorę się tam z kamerą to pokażę dokładnie co i jak.
Ahhh tyle frajdy, a bilet tylko 6$!

Dla zainteresowanych: http://www.mysteryspot.com/

6 komentarzy:

  1. to na pewno sprawka kosmitow :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Magda- dopiszcie to sobie do listy rzeczy do zwiedzenia jak będziecie jechać w kierunku SF :)

    Lidka- oczywiście, że kosmici!

    OdpowiedzUsuń
  3. chyba muszę się tam wybrać ;)

    OdpowiedzUsuń