środa, 21 maja 2014

Moje Wielkie Greckie Rezydentowanie.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

W Turcji mnie nie chcieli, ale za to w Grecji a i owszem.

I tym sposobem już od czerwca będę na wyspie ZAKYNTHOS, zwaną  Zante.

photo: Google


A tutaj mała zapowiedź jak wygląda wyspa.
(Oczywiście wszystkie zdjęcia są z internetu, na moje możecie liczyć za parę tygodni :D)


Słynna Zatoka Wraku:

photo: Google


photo: Google


 Blue Caves:

photo: Google



Żółwie Caretta Caretta:


photo: Google


photo: Google


Miasto Zakynthos:

photo: Google


photo: Google






niedziela, 11 maja 2014

Na tureckim kazaniu...

Jak już pewnie cześć z Was wie z Facebooka zagadka mojego miejsca już się wyjaśniła.

I niestety nie w pozytywny sposób..
Otóż w piątek miał być dzień, w którym uroczyście miałam powiedzieć gdzie się wyprowadzam i co będę robić...
O 4.30 w nocy jechałam półprzytomna do Warszawy  busem, żeby na 10.00 być w Ambasadzie....Tureckiej.
Tak- miałam jechać do Turcji.
Jako rezydent biura podróży.
Zupełnie nowa kultura, nowy kontynent, nowe wyzwanie.
Niestety... Pani w Ambasadzie stwierdziła, że rezydenci muszą mieć ukończone studia z zakresu turystyki lub mieć licencję pilota.
Grzecznie wytłumaczyłam, że przecież  od tego roku nie ma już państwowego egzaminu na pilota, ale Pani mi powiedziała, że muszę wtedy mieć ukończone studia, po czym poradziła mi się na takie zapisać i wrócić za 3 lata...
I to by było na tyle z postawienia nogi na nowym kontynencie.

Ale, ale....
biuro wyśle mnie gdzie indziej :)
Mam się dowiedzieć w przyszłym tygodniu.
Widać Turcja nie była mi pisana i może ten drugi kraj ma dla mnie ciekawsze plany :)



fot.Google


piątek, 2 maja 2014

The adventure is calling so I must go!

Hello po dłuuugiej przerwie!
Dużo się działo w ostatnim czasie i doba była zbyt krótka, by na bieżąco pisać.
Ale już niedługo szykuję niespodziankę.... 


Otóż już pod koniec maja znowu ruszam w świat ! 


I na kilka miesięcy wyprowadzam się do innego kraju, zupełnie innego niż wszystkie w jakich byłam dotychczas...

Więc będą nowe atrakcje, relacje i rewelacje. 

Kto, co, jak i dlaczego napiszę wkrótce :)

fot. Google

niedziela, 16 lutego 2014

Road Trip. Day 6. Salt Lake City.

Po dwóch parkach: Mesa Verda i Arches pojechaliśmy do miejsca noclegu: Salt Lake City.
Miasto to kojarzy się głównie z zimową olimpiadą w 2002 r.
Wjechaliśmy tam późnym wieczorem i po chodzeniu przez cały dzień w 40 stopniach po pustyniach miło było poczuć chłodek i świeże powietrze.
Gdy wjeżdża się do miasta nie sposób zauważyć wielkiego oświetlonego budynku, który wygląda jak zamek.




Budowla ta jednak nie jest zamkiem a kościołem.
Bajkowo oświetlonym kościołem.






 Wyglądał na prawdę nieziemsko..




Salt Lake City jest  miastem w większości zamieszkanym przez mormonów, czyli ludzi wyznających religię Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, po angielsku:. The Church of Jesus Christ of Latter-day Saints – w krajach anglojęzycznych przyjął się skrót LDS.
Główna siedziba znajduje się właśnie w Salt Lake City.




W USA religia ta jest bardzo popularna. Kościół jest w większości krajów świata i liczy około 15 mln wiernych.
Mnie osobiście uczyła Zumby babeczka, która była mormonką i była przecudowną osobą, zarażała wszystkich optymizmem, poświęceniem i radością.
Na prawdę niesamowita kobieta.
Wbrew wszystkim stereotypom mormoni wcale nie uprawiają poligamii. Wręcz przeciwnie.
 "Wierzą w  małżeństwo na wieczność oraz, że związek między mężem a żoną (oraz przyszłymi dziećmi) będzie trwał nie tylko do śmierci jednego ze współmałżonków, ale jeżeli oboje dochowają wierności (sobie nawzajem oraz Bogu i jego przykazaniom), to ich małżeństwo i rodzina będą trwały przez całą wieczność. Mormoni kładą duży nacisk na szczęście rodzinne. Mają też zazwyczaj wielodzietne rodziny" / Wikipedia

Moja babka od zumby miała 4 dzieci :)

Następnego dnia rano udało mi się wyciągnąć Patrycję na szybkie wyskoczenie pod Utah State Capitol.
Nie udało mi się dojechać do Washingtonu, żeby obejrzeć ten najsłynniejszy Capitol, ale po obejrzeniu tego w Salt Lake mogę śmiało powiedzieć, że teraz nie śpieszy mi się tak do tamtego.



Budynek jest nieziemski!
Ogromny, potężny i cudnie góruje nad miastem.



Przed samym wejściem znajduje się ul.
Ul i pszczółki to symbol stanu Utah i nie ma on nic wspólnego z wytwarzaniem miodu czy tym bzyczącym przemysłem.




Otóż założyciel miasta i kościoła mormońskiego po przybyciu na obecne tereny Salt Lake City zdecydował, że tu osiądą a symbolem ich nowego miasta będzie ul, który ma pokazywać, że tylko wspólną pracą wielu ludzi można zbudować coś wielkiego i znaczącego.
I w ten sposób stan Utah został "The Beehive State" i ul znajduje się na fladze stanowej.



Po wejściu do środka można powiedzieć tylko WOOOOOW.
Wszędzie wypolerowany marmur, niesamowita gra świateł wpadająca przez okna, rzeźby i przenikliwa cisza.
Mnie urzekły najbardziej przepiękne schody.
Już widziałam oczami wyobraźni jak schodzę po nich w sukni balowej...AH!




Ta sama wyboraźnia podsunęła mi również wizję jak pięknie ślizgają mi się buty na tych wygładzonych do granic możliwościach schodach i spadam z gracją i łomotem na sam dół...



Dlatego skupiłam się na oglądaniu innych rzeczy.



Wnętrze kopuły:






Po wyjściu z Capitolu w końcu ukazał się przepiękny krajobraz
Osoby tam pracujące mają niezły widok z biura :)









 Potem skoczyłam tylk raz dwa kupić magnesik z Salt Lake City do kolekcji i jechaliśmy dalej, bo czekała nas jazda do Yellowstone.

Ale,ale...
Jakże wyjechać z Salt Lake City bez zobaczenia tytułowego Salt Lake?
Otóż terrorem i stanowczością zarządziłam, że nie ma takiej możliwości, żeby nie podjechać i chociaż z daleka zobaczyć tego jeziora.
Bo muszę i kropka.
Wypytałam parę spotkanych osób, gdzie w kierunku naszej jazdy, jest jakiś punkt widokowy i okazało się, że to wcale nie taka prosta sprawa.
Więc po sterroryzowaniu reszty grupy pojechaliśmy na Antelope Island, które było jednym z najlepszych punktów.


Czemu Salt LAke jest takie sławne?
Otóż jest ono po Morzu Martwym drugim najbardziej słonym akwenem świata oraz czwartym co do wielkości jeziorem bezodpływowym na świecie.
W jeziorze nie występują ryby, tylko algi i jakieś małe skorupiaczki pędraczki.
Wielkie Jezioro Słone stanowi pozostałość plejstoceńskiego jeziora Bonneville, które miało powierzchnię ok. 50 tys. km². (Wikipedia) /dla porówniania: to cała powierzchnia Słowacji /
Woda w nim jest tak gęsta, że można wręcz pić herbatę leżąc na powierzchni wody :)





Na wyspę wjeżdza się dłuuuuuuuuuuuuuuuuuugą drogą po której bokach jest tylko sól, sól, martwe zasolone żyjątka i kosmiczny krajobraz.
Ale potem, po wjechaniu już na wyspę ukazuje się takie cudo:


O ile np widoki na Hawajach skłaniają do rozpływania się w marzeniach, zachody słońca wywołują romantyczny nastój a Wielki Kanion do przemyśleń o wielkości tego świata i potęgi natury, tak tutaj mogłabym absolutnie siedzieć i medytować.
Idealne miejsce do yogi, wyciszenia się.









Natura tutaj milczy. Cisza. Zupełnie nic.

Woda jest tak idealnie równa, szklana, że aż wydaje się sztuczna.




Tylko cisza i niesamowity spokój.



Niestety moje wyciszenie i stan zrelaksowania prysnęły kiedy wybuchnęłam śmiechem po przeczytaniu tej oto instrukcji wiszącej w Visitor Center na wyspie:




I tak oto bizońskim akcentem zakończyliśmy pobyt w Salt Lake City.
A na koniec  jeszcze człowiek-zwiedzacz w pełnym rynsztunku,
plecak:checked!
lustrzanka: checked!
na-paśnik w pasie: checked!
zdjęcie z ręki w lustrze: checked! :)














wtorek, 28 stycznia 2014

Don’t date a girl who travels.



She’s the one with the messy unkempt hair colored by the sun. Her skin is now far from fair like it once was. Not even sun kissed. It’s burnt with multiple tan lines, wounds and bites here and there. But for every flaw on her skin, she has an interesting story to tell.



Don’t date a girl who travels. She is hard to please. The usual dinner-movie date at the mall will suck the life out of her. Her soul craves for new experiences and adventures. She will be unimpressed with your new car and your expensive watch. She would rather climb a rock or jump out of an airplane than hear you brag about it.




Don’t date a girl who travels because she will bug you to book a flight every time there’s an airline seat sale. 




She wont party at Republiq. And she will never pay over $100 for Avicii because she knows that one weekend of clubbing is equivalent to one week somewhere far more exciting.
Chances are, she can’t hold a steady job. Or she’s probably daydreaming about quitting. She doesn’t want to keep working her ass off for someone else’s dream. She has her own and is working towards it. She is a freelancer. She makes money from designing, writing, photography or something that requires creativity and imagination. Don’t waste her time complaining about your boring job.




Don’t date a girl who travels. She might have wasted her college degree and switched careers entirely. She is now a dive instructor or a yoga teacher. She’s not sure when the next paycheck is coming. But she doesn’t work like a robot all day, she goes out and takes what life has to offer and challenges you to do the same.


Don’t date a girl who travels for she has chosen a life of uncertainty. She doesn’t have a plan or a permanent address. She goes with the flow and follows her heart. She dances to the beat of her own drum. She doesn’t wear a watch. Her days are ruled by the sun and the moon. When the waves are calling, life stops and she will be oblivious to everything else for a moment. But she has learned that the most important thing in life isn’t surfing.




Don’t date a girl who travels as she tends to speak her mind. She will never try to impress your parents or friends. She knows respect, but isn’t afraid to hold a debate about global issues or social responsibility.



She will never need you. She knows how to pitch a tent and screw her own fins without your help. She cooks well and doesn’t need you to pay for her meals. She is too independent and wont care whether you travel with her or not. She will forget to check in with you when she arrives at her destination. She’s busy living in the present. She talks to strangers. She will meet many interesting, like-minded people from around the world who share her passion and dreams. She will be bored with you.



So never date a girl who travels unless you can keep up with her. And if you unintentionally fall in love with one, don’t you dare keep her. 

Let her go.




Żródło tekstu: https://medium.com/better-humans/802c49b9141c

niedziela, 26 stycznia 2014

Road Trip. Day 5. Arches National Park.

Prosto z Mesa Verda  w Colorado pojechaliśmy do Arches National Park, który znajduje się na pustyni Moab w stanie Utah.
Pustynia jest wybitnie czerwono-pomarańczowa i wybitnie gorąca.



Zawsze się wciśnie do zdjęcia:
 


Jest to największe skupisko łuków skalnych na świecie.
Gdzie się nie spojrzy tam stoi jakiś łuk, ciekawa skała czy formacja.









Ten park zwiedziliśmy metodą na lenia tzn. Sightseeing z samochodu.
Droga prowadząca przez park idealnie się do tego nadawała w przeciwności do idealnie nie nadającemu się do zniesienia upałowi, który roztapiał wszystko i wszystkich.












Wyznaczyłam więc na mapie parę Viewpoints, gdzie po 20 minutowym spacerze od parkingu roztaczały się widoki na to co chciałam zobaczyć :)






Najsłynniejszym i największym łukiem jest Landscape Arch do którego nie doszliśmy.
Łatwo było zgadnąć w którym kierunku trzeba się udać, ponieważ tłumy ludzi, jak te mróweczki, sunęły w jego kierunku.
Ale widziałam inne słynne łuki i kamloty, a tamten zostawiam sobie na drugi raz :)

Skyline Arch:


Jest i pokemon ;)









Delicate Arch:










Balanced Rock:




Tower of Babel:


Three Gossips, czyli trzy plotkary:




 I ruszyliśmy w dalszą drogę do Salt Lake City.