poniedziałek, 29 lipca 2013

Zaczynam ogarniać. Week 30. 365 Project.

Już trzeci tydzień w Polandii.
Zaczynam się powoli ogarniać.
Duża w tym zasługa pracy, bo codziennie muszę rano wstać, coś zrobić, wrócić do domu.
Nie mam czasu na siedzenie i pogrążanie się w depresji i narzekaniu, że pogoda zbyt zmienna, ciuchy zbyt drogie a California zbyt daleko.
Najgorsze jest to, że mnie nosi...
Nosi mnie, żeby już-teraz-natychmiast gdzieś pojechać.
Taki świderek.
W Stanach to było tempo.
TU TAM RAZ DWA JEDZIEMY ZWIEDZAMY OGLĄDAMY!!!!
A teraz taki nagły skok: i niiiiiiiiiiiiiiiiiiic się nie dzieje.
Wydaje mi się jakbym tu już siedziała pół roku, nic nie robiła a świat mi przecież ucieka.
I wtedy zaglądam do portfela, w którym zostało  mi tylko tyle, żeby kupić bilet miesięczny na następny miesiąc...
Eh...
Do pierwszej wypłaty głodówka turystyczna całkowita.
Potem będę kombinować :)


209/365
Muszę przyznać, że smak i nawyki żywieniowe bardzo mi się po Stanach zmieniły.
Tam jadłam duużo makaronów, chińszyzny, sałatek no i zdecydowanie najwięcej sushi :)
Było za gorąco na ziemniaki, tłuste mięso itp.
I teraz od powrotu nie jem prawie w ogóle wędlin, mięsa i mega byczych polskich kanapek.
A kto mnie zna wie, że jestem ciągle głodna i muszę coś jeść/kąsać/przegryzać.
Więc muszę kombinować.
Najgorzej jest na śniadanie, więc kupiłam sobie... mleczno ryżową kaszkę dla dzieci :P
Smak malinowy.
Robię jej sporą miską, dosyć gęstą i do tego wrzucam, albo sporo muesli z suszonymi owocami, albo granoli albo świeże owoce.
Pycha i zapycha.




210/365
Dzień zwykły zwyczajny.
Biuro GAWO jest w samym centrum Gdyni i uwielbiam patrzeć przez okna.
Na ludzi, na autobusy, na trajtki.
Jak wszyscy biegną, spacerują, snują się.
Chodzą z celem, bez celu i do celu.
Każdy gdzieś krąży, dąży, ale nie każdy zdąży.

Lepsze niż telewizja.




211/365
Od kiedy skończyłam 7 lat zawsze mieszka z nami w domu świnka morska.
Nasz 4-ty z kolei świnutch skończył dziś 5 lat.
Z tej okazji kupiłam mu w zoologicznym urodzinowego mini hamburgera i Czupur miał uciechę.




212/365
Jutro mam imieniny więc wieczorem zabrałam się z Mamą za pieczenie ciast.
Tzn Mama piekła a ja rysowałam i przeszkadzałam.
Wyszło jak zwykle pyszynie i śmiesznie :)





213/365
Imieniny Panny Anny.
W pracy dostałam pięknego storczyka i czekoladki a w domu czekała mnie niespodzianka: niespodziankowy grill.
I obowiązkowy słonecznik-mój ulubiony kwiat.




214/365
Kiedy wrócłam z moim pięciokilowym pudełkiem wypełnionym magnesami z podróży martwiłam się gdzie ja je wszystkie powieszę...
I okazało się, że rodzinka to zawsze znajdzie rozwiązanie.
Wujek załatawił mi wielkie, metalowe drzwi od biurowej drukarki czy tam innej maszyny.
W 15 minut "tablica" wisiała pięknie na ścianie w moim pokoju. 
A na niej 95 magnesów w tym 7, które dostałam w prezencie np. z Japonii i Meksyku.
Pozostałe były osobiście wybierane i czasami zdobywane w męczarniach.
Mogę doładnie powiedzieć, który gdzie, w jakim sklepie kupiłam i ile go szukałam.
Dołożyłam też parę, które przywiozłam z poprzednich wycieczek.
Tak więc 95 to ilość na dziś, a kto wie ile jeszcze znajdę pochowanych w pokoju.






215/365 
Drugi dzień dekorowania pokoju.
To nic, że niektóre rzeczy jeszcze leżą w walizkach....
Wystrój wnętrza ważniejszy!
Tym sposobem na drugiej ścianie zawisła gigantyczna korkowa tablica.
Docelowo będzie tam mapa ze szpileczkami w miejscach gdzie już byłam i gdzie chcę pojechać. 
Obecnie szukam odpowiedniej mapy.
Póki co wiszą inne wspomnienia i mapka, którą miałam w pokoju w CA.
Od razu jakoś lepiej się  zrobiło w pokoju.


środa, 24 lipca 2013

Przerwa na reklamę.

Przerwa na reklamę.
Pierwsza i ostatnia związana z moją pracą.
Bo nie chcę mieszać spraw prywatnych i blogowych.
Reklama owa jest po to, żeby Wam: byłym, obecnym, przyszłym i zaprzyszłym au pairkom/au pairom było łatwiej.
Otóż:
proszę polubcie, lajknijcie, zalajkujcie, zapolubcie stronę GAWO na Facebooku


 >>>>>>>>> GAWO FACEBOOK <<<<<<<<


Dlaczego?
Bo np. od paru dni AuPairRoomy  na APC nie działają i próbują to w JuEsEj naprawić i żebyście się nie denerwowali niepotrzebnie będą podawne informacje na Facebooku co i jak.
Jeśli macie jakieś pytania, wątpliwości itp - to śmiało pisać tam na Tablicy.
I podajcie dalej :)

Koniec reklamy.
:D

poniedziałek, 22 lipca 2013

Week 29. Nadrabianie.

Mam zaległości w opisaniu 9 ostatnich tygodni....
Gdzie ja byłam gdy mnie nie było?
Otóż: skończyłam pracę jako au pair, przeprowadziłam się do Jo, objechałam pół Stanów samochodem, zmieniłam kontynent, wróciłam do Gdyni i znalazłam pracę.
Uffff....to sporo.
Ale przez cały ten czas starałam się pstrykać chociaż jedno zdjęcie dziennie co by Project365 nie umarł.
Niestety działo się tyle, że nie miałam czasu usiąść i napisać postów, ale już się poprawiam i żeby nie robić sobie zaległości zaczynam tym tygodniem, który właśnie minął i potem nadrobię pozostałe:)
I z góry przepraszam za jakość niektórych zdjęć, ale są one robione najnowocześniejszym z nowoczesnych AjPhone'ów,Samsungów i tabletów razem wziętych:  moją ukochaną Nokią 6555 z wypasioną klapką.
Prehistoryczny model.
Pani w salonie Plusa na jego widok, aż krzyknęła: ojejjejej.
I było to raczej na nutę: omatkoooojakistary niż wowjakifajny

202/365
Poniedziałek.
Ciąg dalszy  przestawiania się na czas polski.
Śpię już normalnie, ale robię się głodna o najdziwniejszych porach.
Cały dzień próbowałam zrobić coś pożytecznego, ale jakoś nie bardzo mi to wychodziło...
Jedynie wieczorem poszłam na basen z babską częścią Familii i udawałam, że umiem pływać moją kalifornijską ropuchożabką.
Taplałyśmy się ponad godzinkę, więc może z 0,000000325 kg amerykańskiego sadła zniknęło.
W nagrodę za tak dzielne pływanie i wysiłek poszłyśy na ogromną hawajską pizzę.
I to rozumiem!






203/365
W Gdyni na głównej ulicy jest kawiarnia " Cynamon" mają tam pyszną szarlotkę z bitą śmietaną.
Jest to ulubione miejsce mojej koleżanki i moje, gdzie zawsze chodziłyśmy poplotkować.
Więc oczywiście nasze spotkanie po dwóch latach mogło być tylko tam.
Nakręciłyśmy się na to nasze "rytualne ciasto",  rozsiadłyśmy się,dyskutujemy, która to się bardziej głodziła, żeby zmieścić cały kawałek, kelner podchodzi a my dumnie bez zaglądania w menu "Szarlotkę poprosimy!"  a on: NIE MAAAAA!
Widok naszych zawiedzonych twarzy musiał być bezcenny.
Wybrałyśmy inne ciacho, ale to już nie było to samo...
Dlatego kolejny atak na Cynamon już wkrótce  :)



204/365
Dzień pełnego lenistwa.
Nie robiłam nic, opalałam się, chodziłam w dresie i udwałam, że coś tam porządkuję w pokoju.
Czyli standard lenia.




205/365
Czwartek.
Dziś zaczęłam pracę.
A równo dwa tygodnie temu wylądowałam w Gdańsku kończąc mój AmericanDreamMomentamiThriller.
Pracuję w agencji au pair GAWO, którą napewno zna każda marząca o wyjeździe dziewczyna.
Jak mi minął pierwszy dzień?
Posadźcie kogoś po dwóch, mega intensywnych latach, gdzie wszystko było w ruchu, w biegu, na 8 godzin za biurkiem.....
Tyłek i kręgosłup mnie bolał jak nie wiem :P
Myślę, że za jakiś czas się przyzwyczaję, a póki co to się wiercę przy tym biurku jak jakiś świderek.
Ale będzie dobrze:)
Najważniejsze, że mam pracę, mam gdzie wstawać codziennie rano i nie będę miała czasu na zamartwianie się.


206/365
Piątek. TGIF.
Jednak mam problemy z wstawaniem o 7.00.
W Californii właśnie kładłabym się spać, a tu muszę wstać.
Nawet mi się zrymowało, chociaż nie miało ;)
Mam ustawione 4 budziki, żeby nie zaspać.
Po pracy poszłam sobie posiedzieć chwilę na uroczych, gdyńskich leżakach, które pojawiły się w centrum miasta.
I love Gdynia.
Zdecydowanie.


207/365
Sobota.
Zaczełam ograniać tony wypranych rzeczy i "po amerykańsku" wszystkie koszulki udało mi się zmieścić na wieszakach w moją malutką szafę.
Potem pojechałam na zakupy i załamałam się ceną suszonej żurawiny, którą wchłaniałam w mega ilościach w USA.. 17-20 zł za małą paczuszkę!
Mi by taka ilość na trzy razy tylko starczyła..
Tak samo z mieszankami orzechów..
Chyba zacznę podbierać wiewiórkom...



208/365
Pierwszy raz jechałam sama autem po polskich drogach...
Muszę sobie powtórzyć co te wszystkie białe linie na drodze znaczą i  ogólne, polskie zasady drogowe.
Zdałam prawko zaraz przed wyjazdem do USA więc w Polsce się nie najeździłam prawie nic.
Jestem drogowo wypaczona przez amerykański styl jeżdżenia.
Ale jeszcze parę razy ruszę w miasto i będzie good.
Dzięki Bogu nasz samochód to automat, bo jakbym miała na manualu jeździć to... dziękuję pojadę autobusem.





niedziela, 14 lipca 2013

Guess who's back??!

I'm back!
Wróciłam!
Wróciłam z Road Tripu.
Wróciłam z Californii.
Wróciłam do domu.
Wszyscy pytali się po co, czemu, dlaczego.
Przecież tak mi było dobrze w tych Stanach.
"Mogłabyś tam zostać na milion różnych sposobów/ zmienić wizę i iść na studia/ wyjść za mąż za milionera/zostać nielegalnie itp itp." (niewłaściwe skreślić )
Więc już tłumaczę.
Za stara i za biedna jestem na amerykańskie studia, mężowie milionerzy na drzewach nie rosną, w sklepach ich też nie sprzedają, a nielegalnie to ja jedynie przechodzę w miejscach bez pasów dla pieszych.
Powód powrotu był jeden.
Bo tak czułam.
Czułam, że  chcę wrócić, bo są osoby, które mnie potrzebują i muszę być na miejscu, na co dzień a nie co trzy dni na Skype.
Koniec kropka.

Tak więc jestem znowu w Gdyni.
W czwartek miałam tak skurczony żołądek, że ledwo co zjadłam w domu i poszłam od razu spać.
Dziwnie było wrócić do swojego łóżka.
Po "moim" kalifornijskim wydawało się ono malutkie i niziutkie.
Tradycyjnie wywaliłam się z nogami na ścianę i dopiero wtedy poczułam się, że jestem w domu.



Następnego dnia rozwaliłam caaaały mój dobytek na podłodze w dużym pokoju, bo okazało się, że wszystkie ciuchy mi dziwnie śmierdzą i wszyyyyyystko trzeba wyprać...
Nie wiem skąd się wziął ten zapach.
Albo to czymś spryskali w samolocie, albo "tak pachnie Ameryka"....
....i nie był to zapach pieniędzy..... :P




Cały bałagan przeniosłam potem do pokoju i zamiast sprzątać zaczęłam od udekorowania go rzeczami, które przywiozłam.
Od razu na ścianie wylądowały nalepki z mądrościami i indiański DreamCatcher nad oknem.
Resztę poprzyczepiam jak już się przekopię przez walizki.








W weekend przyjechała na grilla cała familia i na tą okazję wiozłam przez morza i oceany talerzyki, serwetki i foremki do muffinek z amerykańską flagą.
Było super.
Stęskniłam się za tymi naszymi rodzinnymi zlotami.
To było TO coś, dla którego wróciłam.






Ogólnie szok kulturowy był większy niż myślałam.
Wszystko wydawało mi się mega malutkie.
Zmywareczka jak dla laleczek, praleczka jak dla krasnoludków, kubeczki, szafeczki i wszyściutko inne.
A droga- szerokość jak na hulajnogę!
Dodatkowo każdy kierowca ma ochotę mnie zabić z każdej strony.
Dziury w asfalcie jak w szwajcarskim serze.
Klamki w drzwiach dużo wyżej niż w USA.
Na dworze chłodno. A ja tu same sandałki przywiozłam.
W sklepach zamiast " hi, how are you doing, how is your day so far, did you find everything ok?" Pani Ekspedientka na mnie krzyczy: PRZEJEDZIE MI WÓZKIEM NA DRUGĄ STRONĘ KASY!! SIATKA MA BYC??? ZA DARMO NIE MA! 10GROSZY!  NIE BEDĘ TU PANI KARTOFLI WYBIERAĆ. SZEF MI ZAKAZAŁ ICH DOTYKAĆ! JAKIE SIĘ NABIORĄ ŁOPATĄ TO TAKIE BEDĄ, TO ILE MA BYĆ??....
Ehhh...

Kupiłam  z Siostrą mrożoną kawę na spółkę, niby Large, ale wielkości raczej Small, i skasowali 15 zł!
Zamarzyła mi się bita śmietana, ale to już plus 3 zł extra...  
Parę razy miałam odruch, żeby poprosić o kubek z wodą (bo w USA za darmo zawsze można dostać w restaruacji, chyba, że ktoś woli butelkowaną to wtedy się płaci) ale szybko się ogarnęłam, że tu za darmo to ja słomkę mogę dostać.
Tak czy inaczej szał ciał, że w Gdyni jest jeden Starbucks.



Potem miałam niezłą terapię wstrząsową gdy pojechałam na zakupy.
I wtedy załamałam się polskimi cenami.
Jestem w szoku jakie wszystko jest drogie!!! 
Przy płaceniu miałam ochotę parę razy wybuchnąć płaczem, bo 250 zł, które wsadziłam do portfela wydałam na parę warzyw, 3-4 kosmetyki i mięso na grilla. 
Ceny są tak kosmiczne, że po całym dniu wróciłam do domu i zaczęłam wyć.
Że chcę wracać do Cali, że w życiu tu pracy nie znajdę i że 100zł to teraz warte tyle co nic.
Czarna rozpacz.
Najczarniejsza.
Wyryczałam się za wszystkie czasy przez cały wieczór.
Potem Mama mnie ustawiła do pionu i wszystko zwaliłyśmy na jetlag,  zmianę kontynentu, zmianę czasu i zmianę wszystkiego co możliwe.

W USA przez dwa lata bujałam sobie beztrosko w chmurach ( dosłownie też:P)  a tu bach twarde lądowanie.
Potrzebuję trochę czasu, żeby się przestawić. 
Bo prawda jest taka, że do łatwego życia łatwo się można przyzwyczaić.
Nie musiałam się przez dwa lata martwić o płacenie rachunków, płacenie za jedzenie, beznynę, auto itp.
A tu łatwo nie ma.
Minął już nieco ponad tydzień jak wróciłam i nadal wszystko mnie zadziwia.
Ceny najbardziej.
Dodatkowo najbardziej aktywna i GŁODNA robię się ok 1-2 w nocy, a wstawanie rano mnie zdecydowanie przerasta i budzę się, a w zasadzie próbuję otwierać oczy. przez godzinę minimum.
I za każdym razem jak się budzę to zastanawiam się gdzie jestem.
Ostatnie parę dni minęło tak szybko, że nie wiem sama kiedy.
To było szaleństwo.
Z każdym się spotkać, z każdym pogadać i opowiedzieć jak to w tej Hameryce było. 
Naprawdę dopiero dziś siedzę cały dzień w domu, w dresie i mam chwilę, żeby ogarniać zdjęcia.
Bo relacja z Road Tripu czeka.
Siedzi i czeka...

















poniedziałek, 17 czerwca 2013

Road Trip. Dzień przed.




To już jutroooo!!!
Nie wierzę, że ten czas tak zleciał i jutro zaczynamy naszą wyprawę!
Dopiero co przecież planowałam trasę!
Wszystko już mam spakowane i przygotwane.
Ciuchy spakowane w bagaż podręczny, apteczka pozbierana, są i kremy z filtrem w rozpiętości od 15-50 SPF.
Wczoraj jeszcze kupiłam cooler, w którym będziemy trzymać butelki z wodą obłożone lodem.
Przy okazji wzięłam też taką srebrną giga "zasłonkę" do osłonięcia samochodu w środku, żeby się za mocno nie zagrzał.
Drugą mam od znajomego, więc obłożymy auto z każdej strony :)
W Page (Arizona) od tygodnia jest po 38-40 stopni, więc myślę, że nie kupiłam tego na darmo.



Kupiłam też sobie zupki chińskie, płatki oatmeal takie tylko do zalania wodą i batony.
Tak, żeby było coś na szybko do zjedzenia.
Do tego dostałam od koleżanki już jakiś czas temu czajnik elektryczny, więc go też zabieram.
Śpimy wszędzie w hotelach, ale tutaj raczej mają automaty do kawy na wyposażeniu a nie czajniki do zagotowania wody.



Wydrukowałam wszystkie potwierdzenia z hoteli i przejrzałam też wszystkie punkty na trasie gdzie będziemy się zatrzymywać.
Mam na papierze ich godziny otwarcia, adresy, koszty wstępu itp.
Niestety okazało się, że Griffith Observatory w Los Angeles jest zamknięte w poniedziałki...
A my będziemy kiedy: w poniedziałek oczywiście :]
Ale to  nic, wjedziemy jak najwyżej się da i panoramę miasta nocą i tak zobaczymy.
Wydrukowałam też listę chyba z 5 darmowych show w Las Vegas, więc będziemy biegać z jednego do drugiego.






Jutro tylko rano odbiorę samochód, zgraniam resztę i sruuuuuuuuuuuuuu RUSZAMY.
Trzymać kciuki, żeby wszystko się udało, pożary w Colorado nas ominęły a gejzer w Yellowstone wystrzelił godnie przed naszymi oczami.
No i żeby udało nam się zobaczyć Misia Yogi...


 Yellowstone aka Jellystone :)


 
OGŁOSZENIE DUSZPASTERSKIE:
Gdyż ponieważ, nie będzę miała dostępu to kompa, trasę naszego przejazdu i co gdzie robimy,
 będzie można śledzić, tylko na facebooku:  BLISKO DO SAN FRANCISCO FACEBOOK
Będę się check-in' ować na każdym wygwizdowiu :)







środa, 12 czerwca 2013

Prezenty na goodbye.

Nie wyobrażałam sobie wyjechać i nie dać im jakiegoś prezentu.
Miało tu być jednak coś, czego nie rzucą w kąt jak to robią ze wszystkim co dostają.
Kombinowałam, kombinowałam, aż w końcu wykombinowałam.
Zrobiłam im placemats,czyli podkładki pod talerze na stół z naszymi zdjęciami.
Oni używają tego non stop, więc będą mieli okazję popatrzeć na moją gębę i powspominać jaka to byłam fajna :D
Na kartce papieru z jednej strony nalepiłam zdjęcia tylko z Młodą /tylko z Młodym- żeby każdy dostał swoją wersję, a na drugiej stronie pełno naszych wspólnych zdjęć, na których się wygłupiamy.
Potem w sklepie kupiłam nalepki, którymi poozdabiałam całą stronę.
Tak przygotowane zaniosłam do zalaminowania.
Koszt każdego 5$.
Facet, który tam pracował sam przyznał, że to jest bardzo cwane i pomysłowe, i że chyba zrobi sam takie coś dla syna.
Do tego dokupiłam każdemu paczkę cukierków i dla Młodego piłkę plus zegarek a dla Młodej Pillow Pet.
Pillow Pet jest to poduszka, która po złożeniu  wygląda jak maskotka.
Historia z tym była taka, że przez dwa lata kiedy w trakcie Młodego kung fu chodziłyśmy po drogerii, gdzie Młoda cały czas mi gadała: Let's buy Pillow Pet Let's buy Pillow Pet Let's buy Pillow Pet i targała jakąś poduszką pod pachą i zostawiała dopiero przy kasie.
Za każdym razem!
Oczywiście nie było mowy o kupieniu, bo taka poduszka kosztuje ok 20$.
Ale jako, że dostałam od niej gift card na Amazon.com to postanowiłam wykorzystać pieniądze z karty właśnie na to.
Poza tym chciałam, żeby Młoda miała coś "przytulaśnego" ode mnie, żeby mogła się poprzytulać jak jej będzie smutno.
I tym sposobem dziś przyszła pocztą wielka, fioletowa podszuka-biedronka :)
Z dzieciakami będę się widziała w piątek, więc dam znać czy im się podobały prezenty.
Dla hostów nie mam nic.
Powinni się cieszyć, że nie wyniosłam kota.
O!


Dla Młodej:






 Dla Młodego:





piątek, 7 czerwca 2013

Dwa lata po.

Dokładnie dwa lata temu 6 czerwca 2011 wsiadałam w samolot lecący do USA.
Dwa lata młodsza.
Dwa lata głupsza.
Dwa lata bardziej niezdecydowana.
Dwa lata bardziej bez celu w życiu.
I 10 kilo chudsza....

Oczekiwałam amerykańskiego snu, znalezienia celu w życiu  i marzyłam, żeby pojeździć na łyżwach na lodowisku przed Rockefeller Center w NY.
I co z tego wyszło?
W amerykańskim śnie trafiły mi się postacie jak z horroru.
Na łyżwach nie pojeździłam.
Cel znalazłam.
Zrobiłam, zwiedziłam, zobaczyłam więcej niż mogłabym sobie wyobrazić.
Między innymi:
Pływałam z delfinami.
Skakałam ze spadochronem.
Zrobiłam sobie tatuaż.
Jeździłam konno po plaży.
"Snorkelingowałam" na Hawajach.
Leciałam na spadochronie za łódką.
Płynęłam statkiem oglądać wieloryby.
Widziałam najprawdziwsze rodeo.
Nie mówiąc już o miastach i miasteczkach, które odwiedziłam:
m.in Los Angeles, Sacramento, Seattle, Chicago, Napa Valley, New York, San Diego, Hawaje, San Francisco ;)
A mnóstwo jeszcze przede mną do zwiedzenia w trakcie road tripu za dwa tygodnie.
Przekonałam się na własne oczy, że te wszystkie cuda niewidy, które pokazują w amerykańskich filmach, są  jak najbardziej prawdziwe.
Są żółte autobusy, czerwone kubeczki i beer ping pong.
Są dzikie amerykańskie imprezy.
Na uniwerkach sa mega tajne stowrzyszenia Lambda Pi, Alfy Omegi i inne greckie literki.
Ludzie chodzą do sklepu w piżamach i nikt nie zwraca na to uwagi.
Co drugi 16-latek jeździ do szkoły najnowszym Mercedesem, wypasionym BMW,  albo inną furą, którą ogląda się tylko w TVN Turbo.
Starbucks jest na co drugiej ulicy.
Można skręcać na czerwonym świetle w prawo.
Na widok policji zwalniają nawet przechodnie.
Jedną normalną porcją dania w restauracji można by spokojnie wykarmić 4 osobową rodzinę.
Są bankomaty, kawiarnie i skrzynka pocztowa DRIVE THRU.
Krótkie spodenki, bluzka na ramiączkach i UGGsy na nogach przy 30 C są czymś naturalnym jak kalosze gdy pada deszcz.
Pytanie "How Are You Doing?" jest chyba zakodowane w ich DNA.. amerykanie strzelają nim z prędkością karabinu i wcale nie oczekują na odpowiedź. Po prostu tak trzeba się spytać i koniec.
W sklepach mają prawo Cię poprosić o dowód aż do 30 roku życia.
Po dowiedzeniu się, że jestem z Polski każdemu się przypomina, że miał chłopaka  w połowie polaka /dziewczynę z Polski/dziadek przypłynął na tratwie do Chicago/Papież to fajny gość był/prababcia zawsze robiła "pierogies" a tak w ogóle to czemu my nadal mamy komunizm i w której cześci Rosji dokładnie leżymy...

Z punktu widzenia pracy nie był to łatwy czas.
Bywało bardzo ciężko ze względu na hostów, a i cudownie ze względu na dzieciaki.
Wychowanie ich zajęło mi tak naprawdę cały pierwszy rok.
Jestem z siebie dumna, że udało mi się w nich tyle wpakować, nauczyć, pokazać.
Jak wiecie z ich rodzicami było różnie i podłużnie.
Nie był to perfect american dream.
Ale widać tak miało być, bo dzięki ich zachowaniu w stosunku do dzieci zrozumiałam co to znaczy być rodzicem i po przeanalizowaniu własnego zachowania jak byłam mała, jestem niewyobrażalnie wdzięczna Rodzicom, że mnie nie zostawli na pierwszym lepszym zakręcie lub komuś nie oddali..
Bo ja bym sama siebie od razu zatłukła...
Zawsze się mówi, że dopiero jak się ma własne dzieci to można się na własnej skórze przekonać co nasi własni rodzice z nami przechodzili.
Ja poniekąd własne miałam przez ostatnie dwa lata.
I z ręką na sercu przyznaję, że nigdy w życiu nie sądziłam, że wychowywanie i ogarnianie dzieci jest tak wyczerpujące, zajmujące i męczące.
Ile jest do przypilnowania, zrobienia, ile trzeba myśleć do przodu. Szaleństwo!
Jeżeli gdziekolwiek znowu usłyszę lub przeczytam w jakieś gazecie, że matki to przecież nic nie robią cały dzień, tylko siedzą w domu a takie niby zmęczone wieczorem, to go autentycznie wypcham tą gazetą!
Do tego trzeba jeszcze wychowywać to to, żeby na jakiegoś człowieka wyrosło.
Gdybym trafiła do normalnej rodziny, w której rodzice się zajmują dziećmi a ja jestem tylko do pomocy, to pewnie bym tego nie zauważyła.
Ale tutaj to ja musiałam planować wizyty u ortodonty, dentysty, pamiętać kiedy co spakować, kto wyrósł z kaloszy i iść kupić nowe, kto nie ma spodni na nowy rok szkolny, kto ma gdzie zebranie, kto idzie na urodziny i trzeba kupić prezent, kto musi oddać książki do biblioteki itp.
Po nocach mi się przypominało, że jutro musza mieć ubrane to i to , a przecież tego jeszcze nie wyprałam a buty nadal się suszą na balkonie!
Dwa lata temu dostałam małe dzikuski, które tak wychowałam cierpliwością i systematycznością, że przez ostanie pół roku rano siadałam z herbatą w garści i wystarczyło, że spojrzałam na Młodego a już wiedział, że piżama ma "się podnieść" z podłogi, wystarczyło, że chrząknęłam raz EKHM a już Młoda wiedziała, że ciuchy mają "się wrzucić" do kosza na brudne rzeczy.
Nie wierzyłam Mamie, kiedy mówiła, że patrząc mi w oczy wiedziała czy kłamię czy nie.
A teraz: jedno spojrzenie na Młodego i dokładnie wiem po jego minie, że zagrał na pianinie cztery razy zamiast pięciu, chociaż idzie w zaparte, że of course he played five times, po czym gdy chrząknę EKHM, odwraca się grzecznie i idzie zagrać ten jeden, ostatni piąty raz...
Będzie mi ich brakowało..
Spędziłam z nimi tyle czasu, że dziwnie mi będzie bez nich.
Młody wczoraj chodził i powtarzał: nie wierzę, że to już dwa lata minęły.. wydaje mi się jakbyś wczoraj przyjechała...dziś się wszystko kończy bo już wyjeżdżasz..
I to jest najmilsze i najcudowniejsze z tego całego wyjazdu i bycia au pair, nianią czy opiekunką - ta wdzięczność dzieci, bezinteresowność, po prostu mówią co czują i myślą.
Myślę, że to co ich nauczyłam zostanie im na długo długo w głowach.

Czy zdecydowałabym się na taki wyjazd drugi raz?
Tak.
Myślę, że tak miało być i kropka.
Sama nauczyłam się mnóstwo rzeczy o sobie, o innych, zrobiłam rzeczy o których bym się w życiu nie podejrzewała i przede wszystkim znalazłam ten cel w życiu, który tak długo szukałam.
Nie jest to rzecz, nie jest to osoba, jest to ogólne poczucie co chcę robić, w jakim kierunku iść i jak chcę, żeby wyglądało moje życie.
Bo "prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu"

NOW ITS YOUR TIME FOR YOUR AMERICAN DREAM!!!
I nie poddawać się, gdy rodzina okaże się inna niż się wydawała, bo nikt nie obiecywał, że ten pobyt w Hameryce będzie taki wymarzony jakbyście chcieli.
To jest na prawdę kompletnie inna kultura, sposób życia i myślenia.
Ale warto się o tym przekonać na własnej skórze, bo jest to świetna lekcja życia :)